Szóstej nocy (tej drugiej, spędzonej w pawilonie bez ukochanej) męki wicekonsula osiągnęły apogeum. Jak najsrożej zakazawszy sobie myśleć o przyczynie, dla której O-Yumi nie mogła dzisiaj przyjść, Erast Pietrowicz wezwał na pomoc logikę: jest trudna kwestia, trzeba znaleźć rozwiązanie – słowem: cóż prostszego, niż sięgnąć po metodę analityczną?
I co? Rozwiązanie bezzwłocznie się znalazło, i to tak oczywiste, tak proste, że Fandorina zdumiała własna ślepota.
Ledwie doczekawszy wieczoru, wcześniej niż zwykle zjawił się w pawilonie. Gdy tylko usłyszał przybliżające się kroki O-Yumi, od razu rzucił się jej na spotkanie.
– Jestem b-bałwan! – wykrzyknął, biorąc ją za ręce. – Nie musisz się wcale bać Bullcoksa. Weźmiemy ślub. Jako żonie rosyjskiego poddanego ten człowiek nic ci nie zrobi!
Ofiarowanie ręki i serca spotkało się z niezwykłym przyjęciem.
O-Yumi rozchichotała się, jakby usłyszała niezbyt mądry, ale okropnie zabawny dowcip. Cmoknęła radcę tytularnego w nos.
– Głupstwa mówisz. Nie możemy zostać mężem i żoną.
– A t-to dlaczego? Że jestem dyplomatą? To podam się do dymisji. Dlatego że boisz się Bullcoksa? Wyzwę go i zabiję! Albo jeśli… ci go żal, po prostu stąd wyjedziemy!
– Nie w tym rzecz – tłumaczyła O-Yumi cierpliwie jak dziecku. – Zupełnie nie w tym.
– A w czym?
– Popatrz, jaką ty masz lewą brew. Biegnie półokręgiem, o, tak… I z góry, o, tu, można wyczuć maleńką zmarszczkę. Jeszcze jej nie widać, ale za jakieś pięć lat się pojawi.
– A co ma z tym wspólnego zmarszczka? – Erast Pietrowicz tajał pod jej dotknięciami.
– Mówi o tym, że będzie cię kochać bardzo wiele kobiet, a to wcale mi się nie spodobało… No i jeszcze ten odrobinę opuszczony kącik ust – świadczy o tym, że po raz wtóry ożenisz się nie wcześniej niż około sześćdziesiątki.
– Nie śmiej się ze mnie, ja przecież mówię serio! Weźmiemy ślub i wyjedziemy. Chcesz, to popłyniemy do Ameryki? Albo na Nową Zelandię? Lockston tam był i powiada, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
– I ja też mówię serio. – O-Yumi wzięła jego ręce, poprowadziła po swojej skroni. – Czujesz, gdzie przechodzi żyłka? Na sun i ćwierć od skraju oka. To znaczy, że nigdy nie wyjdę za mąż. A jeszcze mam przecież pieprzyk, o tu…
Podwinęła skraj kimona i obnażyła pierś.
– Tak, wiem. I cóż to on znaczy wedle sztuki ninsō? – zapytał Fandorin i nie mogąc się powstrzymać, schylił się, by pocałować pieprzyk pod obojczykiem.
– Tego ci zdradzić nie mogę, ale proszę, nie mów ze mną więcej o małżeństwie ani o Algiem.
W jej oczach nie było już uśmiechu – przemknął przez nie smutny, surowy cień.
Erast Pietrowicz nie wiedział, co ubodło go mocniej: „Algie”, twardość odmowy czy umyślna śmieszność wytoczonych przez nią racji.
„Wystrychnęła mnie na dudka niby młokosa” – zadźwięczało w głowie Fandorina. Przypomniał sobie, jak niedawno Doronin spytał: „Co się z panem dzieje, kochaneczku? Pięknieje pan i młodnieje w oczach. Po przyjeździe wyglądał pan na lat trzydzieści, a teraz wygląda pan w pełni na swoje dwadzieścia dwa, nawet z siwizną na skroniach. Japoński klimat i niebezpieczne przygody wyraźnie panu służą”.
Szybko, prawie zachłystując się, by się nie opamiętać – wypalił:
– Skoro tak, więcej się nie spotkamy, póki się z nim nie rozstaniesz.
Powiedział to i zagryzł wargi, żeby natychmiast nie cofnąć tych słów.
Milcząc, patrzyła mu w oczy. Pojąwszy, że więcej nie usłyszy, opuściła głowę. Nasunęła na ramię opuszczone kimono i powoli wyszła.
Fandorin nie zatrzymał jej, nie okrzyknął, nawet nie spojrzał za nią.
Ocucił go ból dłoni. Podniósł je do oczu i bezmyślnie wpatrzył się w krople krwi, nie od razu domyślając się, że to ślad paznokci.
„No i tyle – rzekł sobie radca tytularny. – Lepiej tak niż stać się kompletnym zerem. Żegnaj, śnie złoty”.
I wykrakał. Sen porzucił go rzeczywiście. Wróciwszy do domu, Erast Pietrowicz rozebrał się, położył do łóżka, ale usnąć nie mógł. Leżał na boku, patrzył w ścianę. Najpierw prawie nie było jej widać, coś tylko niejasno szarzało w mroku. Potem, z nadejściem świtu, ściana zaczęła bieleć, pokryła się mglistym deseniem, który nagle zamienił się w pączki róż. Potem zaś w okno zajrzało słońce i rysowane kwiaty wybuchły pozłotą. Czas było wstawać.
Erast Pietrowicz postanowił żyć tak, jakby wszystko w świecie miało przemyślany, logiczny charakter. Tylko to mogło go uchronić przed kłębiącym się w duszy chaosem. Wykonał codzienne poranne ćwiczenia z hantlami i gimnastykę oddechową, pobrał od Masy lekcję strącania nogą kłębka z kolumienki łóżka, przy czym dość dotkliwie uderzył się w stopę.
I ćwiczenia fizyczne, i ból były w sam raz na miejscu, sprzyjały skupieniu woli. Fandorin czuł, że jest na dobrej drodze.
Przebrany w pasiasty trykot, udał się na zwykły bieg poranny – przez park, a potem dwadzieścia rundek aleją wokół placyku krykietowego.
Sąsiedzi z Bundu, po większej części Anglosasi, zdążyli przywyknąć do dziwactw rosyjskiego wicekonsula i widząc wywijającą rytmicznie łokciami pasiastą postać, uchylali tylko na powitanie kapeluszy. Erast Pietrowicz machał im i biegł dalej, licząc w skupieniu wydechy. Dziś bieg wydawał mu się trudniejszy niż zwykle, a oddech w żaden sposób nie chciał się wyrównać. Z uporem zaciskając zęby, radca tytularny zwiększył tempo.
Osiem, dziewięć, trzysta dwadzieścia; raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, trzysta trzydzieści; raz dwa, trzy, cztery…
Na placyku krykietowym, nie bacząc na ranną porę, już grano. Zespół klubu sportowego przygotowywał się do zawodów o Puchar Japonii – sportsmeni posyłali kolejno piłkę do bramki, po czym na łeb na szyję gnali na drugą stronę.
Obiec pola Fandorin nie zdołał. W połowie pierwszej rundy ktoś go zawołał.
W gęstych krzakach stał inspektor Asagawa – blady, mizerny, z gorączkowo płonącymi oczyma, czyli w istocie bardzo podobny do Erasta Pietrowicza.
Fandorin obejrzał się, czy ktoś nie patrzy.
Raczej nie. Graczy pochłonął trening, a prócz nich nie było w parku nikogo. Radca tytularny dał nura w gąszcz akacji.
– No i co? – z marszu, bez żadnego „dzień dobry”, „jak się pan ma”, zaatakował go inspektor. – Czekam cały tydzień. Dłużej nie mogę. Wie pan, że Sugę mianowano wczoraj intendentem policji? Poprzedni dostał dymisję za to, że nie zdołał uchronić ministra. Wnętrzności mi się wywracają. Nie mogę jeść, nie mogę spać. Wymyślił pan coś?
Erastowi Pietrowiczowi zrobiło się wstyd. Też nie mógł jeść i spać, ale z całkiem innych przyczyn. O Asagawie w ostatnich dniach nie pomyślał ani razu.
– Nie, nie w-wymyśliłem…
Ramiona Japończyka opadły bezwolnie, jakby stracił ostatnią nadzieję.
– Tak, oczywiście… – mrocznie powiedział inspektor. – Według was, Europejczyków, nic tutaj zrobić się nie da. Ani poszlak, ani dowodów rzeczowych, ani świadków. – Zbladł jeszcze bardziej, stanowczo potrząsnął głową. – No i dobrze. Skoro nie można po europejsku, postąpię po japońsku.
– Jak to „po japońsku”?
– Napiszę list do jego cesarskiej mości. Wyłożę wszystkie swoje podejrzenia pod adresem Sugi. I zabiję się w dowód szczerości.
– Siebie? Nie Sugę? – zawołał wstrząśnięty Fandorin.
– Zabicie Sugi oznaczałoby nie ukaranie zbrodniarza, lecz dokonanie nowej zbrodni. Mamy starą, szlachetną tradycję: kto chce zwrócić uwagę władz i społeczeństwa na jakąś podłość, dokonuje seppuku. Kłamliwy człowiek zawaha się przed rozcięciem sobie brzucha. – Spojrzenie Asagawy było rozpalone i bolesne. – Ale żeby pan wiedział, Fandorin-san, jak straszne jest seppuku bez sekundanta, który miłosiernym ciosem miecza skraca twe męki! Niestety, nie mam się do kogo zwrócić z tą prośbą, moi koledzy nigdy się na to nie zgodzą. Jestem całkiem sam… – Nagle podskoczył, chwycił wicekonsula za rękę. – A może pan? Raptem jeden cios! Mam długą szyję. Trafi się bez trudu!