Выбрать главу

– A hańba? – skomentował Asagawa. – Pan, potomek prastarego, sławnego rodu, zamieszany w brudny skandal? Pańscy protektorzy może i pana uwolnią, ale zerwą z panem stosunki. Świat odwróci się od pana jak od zadżumionego. Żadnych protekcji, żadnych względów u rodaków.

Onokoji zmrużył oczy. Ten człowiek był bodaj całkiem niegłupi.

– Czego ode mnie chcecie? Bo przecież widzę, że do czegoś zmierzacie. Mówcie po prostu: jeśli cena będzie uczciwa, zawrzemy umowę.

Asagawa i Fandorin spojrzeli na siebie.

– Suga – powiedział cicho inspektor. – Potrzebny nam Suga. Niech pan powie wszystko, co pan wie o jego roli w zabójstwie Ōkubo, a puścimy pana.

Twarz księcia zbladła tak błyskawicznie, jakby ktoś pociągnął mu czoło i policzki pędzlem umaczanym w bieli cynkowej.

– O tym nic nie wiem… – wybełkotał.

– Tydzień temu opowiadał pan Algernonowi Bullcoksowi, jaka nagroda oczekuje Sugę za zręcznie przeprowadzoną robotę – włączył się do gry Fandorin. – Proszę nie przeczyć, to daremne.

Książę z rozpaczą wbił wzrok w wicekonsula – widać nie oczekiwał ataku z tej strony.

– Skąd pan?… Byliśmy w pokoju we dwóch! – Zamrugał ze zmieszania.

Erast Pietrowicz był pewien, że cherlawy utracjusz w tej chwili się załamie, tymczasem sam poczuł się niepewnie.

– A! – zawołał aresztowany. – To jego utrzymanka, tak? Ona szpieguje dla Rosjan? Jasne! Służących w domu nie było, tylko ona!

– Jaka utrzymanka? O kim to pan?… – pośpiesznie (bodaj nazbyt pośpiesznie) zapytał Fandorin. Poczuł skurcz serca. Brakuje tylko, by ściągnąć kłopoty na O-Yumi! – Nie trzeba b-było ględzić przy otwartym oknie, gdzie mogą podsłuchiwać cudze uszy.

Trudno wyczuć, czy tą repliką udało mu się odwieść Onokojiego od groźnych podejrzeń, lecz książę nadal trzymał język za zębami.

– Nic ode mnie nie usłyszycie – burknął posępnie. – Hańba hańbą, ale droższe mi życie. Wasz agent wszystko pokręcił. Niczego podobnego o intendencie Sudze nie wiem.

I dalej obstawał przy swoim. Nie wzruszały go zapowiedzi skandalu. Żądał tylko uparcie, by powiadomić natychmiast tokijską policję o aresztowaniu osobistości z wyższych sfer, krewnego z bocznej linii czterech generałów, kuzyna dwóch ministrów, kolegi szkolnego dwóch książąt krwi i tak dalej, i tak dalej.

– Japonia nie pozwoli, by księcia Onokoji trzymano w cudzoziemskiej pace – rzekł na koniec.

„Ma rację?” – spytał wzrokiem Fandorin inspektora. Ten przytaknął. „Co robić?”.

– Mam wrażenie, sierżancie, że musi mieć pan na głowie masę papierkowej roboty: korespondencję, sprawozdawczość, całą dokumentację? – spytał Asagawa.

– E, nie bardzo – zaperzył się Lockston.

– No, jakże to? – rzekł z naciskiem inspektor. – Przecież odpowiada pan za cały Settlement z obywatelami piętnastu państw i furą statków w porcie, a ma tylko dwie ręce.

– Co prawda, to prawda – przyznał sierżant, próbując zrozumieć, dokąd zmierza Japończyk.

– Wiem, że o aresztowaniu japońskiego poddanego ma pan prawny obowiązek powiadomić nas w ciągu dwudziestu czterech godzin, ale może pan przecież w tym terminie nie zdążyć.

– Racja. Mogą zejść ze dwa, trzy dni, jak nie cztery… – jął podtrzymywać grę Amerykanin.

– A więc powiedzmy, że za cztery dzionki dostanę od pana oficjalną informację. A ja też mam mnóstwo spraw. Ledwie dajemy radę, brakuje etatów. Zanim zaraportuję do departamentu, mogą upłynąć jeszcze trzy dni.

Onokoji przysłuchiwał się tej rozmowie z narastającym niepokojem.

– Proszę posłuchać, inspektorze! – wrzasnął. – Przecież już pan tu jest. Wie pan, że aresztowali mnie cudzoziemcy!

– To co, że wiem? Muszę się dowiedzieć na drodze służbowej, zgodnie z przewidzianą procedurą! – Asagawa mentorsko uniósł palec.

Radca tytularny nie całkiem rozumiał, co znaczy ten dziwny manewr, lecz dostrzegł, że twarz aresztanta przebiegł nerwowy tik.

– Ej, dyżurny! – krzyknął sierżant. – Tego do celi. I posłać do burdelu po jego odzież.

– Co nam da ta zwłoka? – zapytał półgłosem Fandorin, kiedy odprowadzono księcia.

Asagawa nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął.

* * *

Znów była noc. Erast Pietrowicz znowu nie spał. Nie dręczyła go bezsenność, sen przestał jakby istnieć, znikł jako potrzeba. A może szło głównie o to, że radca tytularny nie tyle leżał w łóżku, ile nasłuchiwał. Drzwi na korytarz zostawił otwarte i wielokrotnie zdawało mu się, że ganek skrzypi pod lekkimi krokami, jak gdyby ktoś stał tam w ciemności, nie decydując się zapukać. Raz Fandorin nie wytrzymał: wstał, szybko przeszedł do sieni i szarpnął drzwi. Ma się rozumieć, na ganku nie było nikogo.

Gdy rozległo się wreszcie pukanie, było ostre i głośne. O-Yumi tak się dobijać nie mogła, więc serce Erasta Pietrowicza nie drgnęło. Spuścił nogi z łóżka, zaczął wciągać buty, a Masa prowadził już nocnego gościa korytarzem.

Był to konstabl municypalnej policji. Sierżant prosił pana wicekonsula o jak najrychlejsze przybycie do komisariatu.

Fandorin szedł szybko ciemnym Bundem, postukując laską. Z tyłu, ziewając, wlókł się Masa. Spierać się z nim nie miało sensu.

Na policję sługa nie zamierzał wchodzić. Siadł na stopniu, zwiesił ostrzyżoną na jeża głowę i zapadł w drzemkę.

– Japoniec ma konwulsje – poinformował wicekonsula Lockston. – Drze się, wali łbem w ścianę… Epilepsja, czy co? Na wszelki wypadek wolałem zawiadomić. Posłałem po pana, po Asagawę i doktora Twiggsa. Doktor już tu jest, inspektor jeszcze nie przybył.

Wkrótce zjawił się i Asagawa. Wysłuchawszy sierżanta, nie zdziwił się ani trochę.

– Tak szybko? – powiedział, ani myśląc wyjawić więcej. Dziwny spokój inspektora, a i cały jego „manewr” wyjaśniło wejście doktora Twiggsa.

– Dobry wieczór, dżentelmeni – powitał radcę tytularnego i inspektora. – To nie epilepsja. Zwykłe abstynenckie drgawki. Ten człowiek to nałogowy morfinista. Całe żyły na rękach ma skłute. Uwzględniając nawet objawy histerii i słabość charakteru, w tym stadium człowiek na ogół nie wytrzymuje bez kolejnej dawki dłużej niż dwanaście godzin.

– Mówiłem panu przecież, Fandorin-san, że książę hołduje wszystkim możliwym nałogom – zauważył Asagawa. – Teraz inaczej nam zaśpiewa. Chodźmy.

Rolę celi spełniała wnęka korytarza, odgrodzona grubą żelazną kratą.

Na drewnianych narach siedział ze związanymi rękami i nogami Onokoji, dygocząc w gorączce i szczękając zębami.

– Doktorze, proszę zrobić mi zastrzyk! – wrzasnął. – Umieram! Zaraz wyzionę ducha!

Twiggs pytająco spojrzał na pozostałych.

Lockston niewzruszenie żuł cygaro, Asagawa wpatrywał się w cierpiętnika z satysfakcją, tylko wicekonsul czuł się wyraźnie nieswojo.

– Głupstwo – powiedział sierżant. – Za tydzień pan wyjdzie i zrobi sobie zastrzyk.

Książę zawył, zgiął się wpół.

– To tortura – półgłosem powiedział Fandorin. – Wy, panowie, róbcie jak chcecie, ale ja takimi metodami uzyskiwać zeznań nie zamierzam.

Inspektor wzruszył ramionami.

– Czy my go torturujemy? Sam siebie torturuje. Nie wiem, jak u was, cudzoziemców, ale u nas, w japońskich więzieniach, zatrzymani narkotyków nie dostają. A może policja municypalna ma inne zasady? Trzyma pan morfinę dla ulżenia zatrzymanym morfinistom?