– Jeszcze czego! – zaprzeczył zachwycony Lockston. – Z pana, Go, kawał zucha. Tylko się uczyć.
Tym razem Goemon Asagawa nie wniósł protestu przeciw amerykańskiej familiarności, lecz uśmiechnął się, pochlebiony.
– To istne odkrycie! – kontynuował sierżant, wpadając w coraz większy zapał. – Jakież perspektywy otwiera przed policją! Co robić, gdy przestępca zapiera się i nie chce wydać wspólników? Dawniej zakuwano ludzi w dyby, kłuto rozżarzonymi szpikulcami i tak dalej. Po pierwsze, to metody niecywilizowane, po drugie – są tacy twardziele, że nie skruszy ich żadna tortura. A tu proszę: kulturalnie, naukowo! Wdrożyć takiego uparciucha do morfiny, a potem trach, wstrzymać do niej dostęp. Wszystko zezna jak anioł. Proszę posłuchać, Go, rąbnę o tym artykuł do „Gazety Policyjnej”. Nie zapomnę i o panu, choć idea, rzecz jasna, moja. Panu wyszło to przypadkiem, a metodę wynalazłem ja. Nie będzie pan miał nic przeciw temu jako kumpel? – zaniepokoił się Lockston.
– Nie będę miał, Walterze, nie będę. O mnie może pan wcale nie wspominać. – Inspektor podszedł do kraty i popatrzył na chlipiącego księcia. – Niech pan powie, doktorze: znajdzie się w pańskim sakwojażu jakaś ampułka morfiny i strzykawka?
– Oczywiście.
Onokoji wyprostował się, spojrzał błagalnie na Asagawę.
– No cóż, wasza wysokość, pogadamy? – spytał czule inspektor.
Aresztowany przytaknął, oblizując suche, fioletowe wargi. Fandorin nachmurzył się, lecz milczał – teraz prym dzierżył japoński inspektor.
– Dziękuję, doktorze – powiedział Asagawa. – Proszę napełnić i dać mi strzykawkę. Może pan wracać do łóżka.
Twiggs wyraźnie nie śpieszył się z odejściem. Z ciekawością przyglądał się skrępowanemu, powoli gmerał w swej walizeczce, starannie otwierał ampułkę, długo badał strzykawkę.
Wtajemniczać doktora w sekrety zakulisowej polityki nikt nie myślał – wyszło samo.
– No, szybciej, szybciej! – zawołał książę. – Na Boga! Czemu się pan tak grzebie? Malutki zastrzyk i powiem wszystko, co wiem o Sudze.
Twiggs od razu nastawił uszu.
– O kim? O Sudze? Intendencie policji? A co on przeskrobał?
Cóż mieli robić – trzeba było wszystko wyjaśnić. Tym sposobem zespół badający sprawę dziwnej śmierci kapitana Błagolepowa znów spotkał się w dawnym składzie. Tylko status miał odmienny: nie uczestników oficjalnego śledztwa, lecz – w gruncie rzeczy – spiskowców.
Gdy już aresztanta rozwiązano i zrobiono mu zastrzyk, prawie zaraz nabrał rumieńców, zaczął się uśmiechać, stał się rozmowny i swobodny. Gadał jak najęty, o wszystkim z wyjątkiem rzeczy istotnych.
Według słów Onokojiego, świeżo upieczony intendent policji wziął udział w spisku przeciwko wielkiemu reformatorowi, bo taił w sercu urazę za podporządkowanie go arystokratycznemu beztalenciu o wysokich koneksjach. Suga, człowiek perfidny i mądry, uknuł intrygę tak, by osiągnąć naraz dwa cele: zemścić się na ministrze, który nie docenił jego przydatności, oraz zwalić odpowiedzialność na bezpośredniego zwierzchnika i zająć jego miejsce. Wszystko to Sudze bezbłędnie się udało. W towarzystwie, oczywista, krążą różne słuchy, lecz martwy lew z króla zwierząt staje się zwykłą padliną. Stąd nieboszczyk Ōkubo nikogo już teraz nie obchodzi. W wyższych sferach wieją dziś nowe wiatry, pupilów zabitego ministra zastępują protegowani opozycji.
– Uczestnictwo Sugi w spisku to p-plotka czy p-pewność? – spytał rozczarowany tą płochą paplaniną Fandorin.
Książę wzruszył ramionami.
– Dowodów, ma się rozumieć, nie ma. Ale moje informacje bywają zwykle ścisłe, inaczej dawno umarłbym z głodu. Kutwa Tsurumaki, choć tyle naszej rodzinie zawdzięcza, wypłaca mi tak nędzną pensję, że ledwie starcza na przyzwoite koszule.
Pięć tysięcy jenów miesięcznie, przypomniał sobie Fandorin. Dwadzieścia wicekonsularnych pensji.
– A kto kierował s-spiskiem? Kto dał Sudze w nagrodę posiadłość Takarazaka?
– Satsumscy samuraje zawiązali całą organizację, której członkowie poprzysięgli sobie zniszczyć „zdrajcę Ōkubo” Przygotowani byli na długie łowy i zebrali spore sumy. Starczyłoby na tuzin posiadłości.
Dalsze indagacje nic nie dały. Onokoji wciąż powtarzał to samo lub kierował rozmowę na wielkoświatowe intrygi i wreszcie zamieszał wypytującym w głowach.
Tak czy owak, zrozumiawszy, że nic więcej ciekawego się nie dowiedzą, odeszli na bok i zaczęli obmyślać plan dalszych poczynań.
– Prócz upewnienia się, że Suga naprawdę jest winien, i paru niepotwierdzonych żadnymi dowodami drobiazgów, nic więcej nie mamy – rzekł kwaśno Erast Pietrowicz, nie wątpiąc już, że tylko niepotrzebnie nawarzył piwa. Przemyślna i wątpliwa z moralnego punktu widzenia operacja niewiele przyniosła.
Asagawa też był przybity, ale nie tracił stanowczości.
– A jednak nie wolno rezygnować. Suga musi zapłacić za zbrodnię.
– A może by zrobić tak? – zaproponował Lockston. – Intendent dostaje anonim, w którym czyta: „Myślisz, że jesteś spryciarz i wszystkich wystawiłeś do wiatru? Nic podobnego, chłopie, wpadłeś! Ja coś na ciebie mam. Na Ōkubo pluję, nic mnie on nie obchodzi, ale diabelnie trzeba mi grosza. Zjaw no się tu a tu, dokonamy wymiany: ja ci dam dowody, ty mi, powiedzmy, dziesięć tysięcy”. A na dowód wiarygodności wspomnieć w liście o tych czy owych jego sprawkach. Kradzione raporty, knebel albo posiadłość. Suga jak nic się spłoszy, zechce sprawdzić, co to za szantażysta i czym dysponuje. Jeśli nie przyśle na wyznaczone miejsce oddziału policji, tylko zjawi się sam, już poda się nam na talerzu. No i jak mój plan? – Sierżant chełpliwie popatrzył na towarzyszy. – Niezły?
Radca tytularny ostudził go.
– Kretyński. Nigdy się nie uda. Suga za nic by nie przyszedł. Nie jest taki głupi.
Lockston nie poddawał się.
– Przyśle policjantów? Wątpię. Nie zechciałby ryzykować. A jeśli szantażysta naprawdę ma jakieś dowody?
– I p-policjantów nie będzie. Zjawią się nowi Satsumczycy i pokroją nas na talarki.
– Hmmm… to bardzo możliwe – przyznał doktor.
Inspektor zaś nie powiedział nic, tylko zasępił się jeszcze bardziej. Uczestnicy narady zamilkli.
– Ej! Co wy tam szepczecie? – krzyknął Onokoji, podchodząc do kraty. – Nie wiecie, jak zahaczyć Sugę? Powiem wam! A wy za to wypuścicie mnie na wolność. Zgoda?
Wszyscy czterej naraz odwrócili się do aresztanta. Na łeb na szyję podbiegli do kraty.
Książę wyciągnął rękę przez pręty.
– Jedną ampułkę na zapas. I strzykawkę. W charakterze zaliczki.
– Proszę dać – polecił doktorowi Asagawa. – Jak zacznie pleść bzdury, to mu się odbierze.
Napawając się chwilą, światowiec pograł publiczności na nerwach. Strzepnął pyłek z pomiętej nieco klapy, poprawił mankiety, ampułkę umieścił czule w kieszonce kamizelki, całując ją przedtem i szepcząc: „Mój ty łucie szczęścia!”. Uśmiechnął się zwycięsko.
– Ach, jak mało mnie cenią! – zawołał. – Jak kiepsko płacą! A niech się tylko coś stanie, od razu do mnie: „Proszę opowiedzieć, proszę wybadać, proszę sprawdzić!”. Onokoji wie wszystko o wszystkich. Wspomnicie, dżentelmeni, moje słowa. W nadchodzącym stuleciu, którego z racji wątłego organizmu bodaj nie dożyję, najdroższym towarem stanie się informacja. Droższym od złota, brylantów, a nawet morfiny!
– Dość gadania! – warknął sierżant. – Bo odbiorę!
– Oto jak traktują rudzielcy latorośl starego japońskiego rodu – poskarżył się książę Asagawie, lecz gdy ów z pogróżką złapał go za klapy, przestał strugać wariata. – Pan Suga to wielki pedant. Istny poeta sztuki biurokratycznej.