Выбрать главу

W tym też tkwi sekret jego potęgi. Przez lata służby w zarządzie policji zebrał sekretne archiwum złożone z setek teczek.

– Nigdy o tym nie słyszałem – inspektor pokręcił głową.

– Naturalnie. Ja też. Tak długo, aż pewnego pięknego dnia Suga zawezwał mnie do gabinetu i coś pokazał. Ach, bo ja, człowiek z fantazją, żyję jak motylek. Nietrudno złapać mnie grubymi paluchami za skrzydełka. Wy, panowie, nie jesteście pierwsi, którym się to udało… – Książę westchnął z goryczą. – A zatem w trakcie bardzo nieprzyjemnej dla mnie rozmowy Suga pochwalił się, że ma takie haczyki na mnóstwo wpływowych osób. O, pan intendent pojmuje doskonale, jak wielka przyszłość czeka informację!

– Czego od pana chciał? – zapytał Fandorin.

– Tego, co wszyscy. Informacji o pewnym człowieku. I dostał ją. Bo widzicie, zawartość mojej teczki jest tego rodzaju, że nie ośmieliłbym się opierać.

Sierżant chrząknął.

– Małe dziewczynki?

– Ach, gdybyż tylko… Ale tego panowie wiedzieć nie muszą. Dla was ważne, że dałem Sudze, czego chciał, lecz ani myślałem być marionetką w jego rękach. Zwróciłem się więc o pomoc do mistrzów spraw tajnych, ma się rozumieć, nie sam – przez pośrednika.

– Mistrzów spraw tajnych? – wykrzyknął Twiggs. – Nie mówi pan chyba o shinobi?

Doktor i wicekonsul spojrzeli na siebie: czyżby?

– Właśnie o nich – jak gdyby nigdy nic odrzekł Onokoji i ziewnął, wytwornie zakrywając usta manikiurowaną rączką. – O słodkich, kochanych ninja.

– T-to znaczy… To znaczy, że oni istnieją?!

Przed oczyma Erasta Pietrowicza jedna po drugiej zjawiły się najpierw rozwarta paszczęka żmii, potem purpurowa maska człowieka bez twarzy. Wicekonsul zadrżał.

Lekarz niedowierzająco pokręcił głową.

– Gdyby ninja przetrwali, byłoby o tym wiadomo.

– Ci, co trzeba, wiedzą – książę wzruszył ramionami. – Uprawiający to rzemiosło nie drukują reklam w gazetach. Nasz ród już od trzystu lat korzysta z usług klanu Momochi.

– Tych Momochi? Potomków wielkiego Momochiego Tamby, co zastrzelił z łuku czarownicę, która udawała księżyc?!! – Głos doktora zadrżał.

– Aha. Właśnie tych.

– Czyli że w roku tysiąc pięćset osiemdziesiątym pierwszym na górze Hijiyama samuraje zabili nie wszystkich? Ktoś się uratował?

– Na jakiej górze? – Onokoji był wyraźnie niezbyt mocny w ojczystej historii. – Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że mistrzowie z klanu Momochi obsługują bardzo wąską klientelę i biorą za robotę bardzo drogo. Za to znają swoje rzemiosło. Mój pośrednik, najstarszy samuraj nieboszczyka taty, porozumiał się z nimi i przekazał im zlecenie. Shinobi odkryli, gdzie Suga chowa swe sekretne archiwum. Jeśli ciekawi was spisek przeciwko Ōkubo, możecie być pewni, że tam właśnie spoczywają wszystkie potrzebne wam dowody. Suga nie niszczy dokumentów. To jego inwestycja na przyszłość.

– Nie wątpię, że moje zaginione raporty też tam są – szybko powiedział do Fandorina Asagawa.

Ale radcę tytularnego w tej chwili zajmowali bardziej mistrzowie spraw tajnych.

– A jak się porozumieć z ninja? – zapytał.

– Na naszym dworze znał ten sekret najstarszy samuraj, zausznik księcia, potomek zawsze tego samego rodu, który służy nam już prawie czterysta lat, to znaczy służył… – Onokoji westchnął. – Teraz nie ma już książąt ani oddanych wasali. Ten nasz, dusza człowiek, po dawnej znajomości spełnił moją prośbę. Nawet zapłacił Momochi zadatek z własnych środków. Złoty staruszek! W tym celu musiał zastawić rodową posiadłość. Shinobi spisali się dobrze i, jak już powiedziałem, znaleźli skrytkę. Ale nie otwarli jej, znów zażądali pieniędzy – takie były warunki umowy. Ja zaś, jak na złość, utkwiłem właśnie na mieliźnie i nie mogłem zapłacić w porę. Ninja na takie rzeczy są chorobliwie wrażliwi. Niech klient naruszy warunki, koniec z nim. Zabiją go, i to w jakiś koszmarny sposób. O, to straszni, naprawdę straszni ludzie!

– Ale przecież pan, przyjacielu, raczej żyje – zauważył Lockston.

– A cóż ja mam z tym wspólnego? – zdziwił się książę. – Ich klientem był przecież nasz wasal. I on też poniósł skutki. Nagle, ni z tego, ni z owego staruszek zapadł na dziwną chorobę. Spuchł mu i wylazł język, potem sczerniała skóra, wyciekły oczy. Biedak wrzeszczał dwie doby na całe gardło, po czym umarł. Wiecie panowie, ninja to wirtuozi w fabrykowaniu najrozmaitszych osobliwych mikstur, zarówno zbawczych, jak i śmiercionośnych. Mówi się, że shinobi…

– Do diabła z tymi shinobi! – przerwał ku niezadowoleniu Erasta Pietrowicza sierżant. – Gdzie skrytka! Samuraj zdążył powiedzieć?

– Owszem. Skrytkę ma Suga zawsze pod ręką. W zeszłym roku wzniósł nowy gmach zarządu policji w dzielnicy Yaesu. Suga, podówczas wiceintendent, osobiście kierował pracami i w tajemnicy przed wszystkimi kazał dobudować do swego służbowego gabinetu tajne pomieszczenie. Pracami kierował amerykański architekt. Potem utonął. Pamiętacie tę smutną historię? Pisały o niej wszystkie gazety. W podzięce za świetne wykonanie zlecenia zarząd policji zaprosił architekta i najlepszych pracowników na morską przejażdżkę, a parowiec nie wiedzieć czemu nagle się przewrócił… Wśród wyróżnionych byli trzej budowniczowie skrytki.

– Cóż za draństwo! – oburzył się inspektor. – Teraz pojmuję, czemu jako szef policji Suga zachował dawny gabinet. A ludzie wpadli w zachwyt: jaki skromny!

– Jak się dostać do skrytki? – spytał Fandorin.

– Tego nie wiem. Jest tam jakaś sprytna dźwignia. To wszystko, co zdradzili mojemu staruszkowi shinobi. Więcej, dżentelmeni, nic nie wiem, ale zgodzicie się, że moje informacje mają dla was nadzwyczajną wartość. Moim zdaniem, powinniście mnie zaraz puścić.

Asagawa i Fandorin wymienili spojrzenia. Zrozumieli się nawzajem bez stów.

– Jak wrócimy, zobaczymy – orzekł inspektor. – Ale na swój łut szczęścia pan zarobił.

Jak chcesz, się staraj:

Nawet i łuta szczęścia

Uszczknąć nie zdołasz.

2.18

Na robotę (jak w złodziejskim żargonie nazwał na swój użytek tę operację Fandorin) wyruszyli we dwójkę. Doktor, jako podpora społeczeństwa i ojciec rodziny, nie rwał się do udziału w ryzykownym przedsięwzięciu. Lockston owszem, lecz został zdyskwalifikowany. Bez wszelkich meandrów japońskiej kurtuazji Asagawa orzekł, że Amerykanin trąci na milę wonią cygar i piwa, że Japończycy tak nie pachną, a w ciemności blond głowa zbyt rzuca się w oczy. Co innego rosyjski wicekonsul, ten ma włosy normalnej ludzkiej barwy. W cztery oczy z Erastem Pietrowiczem inspektor wypowiedział się o sierżancie jeszcze dobitniej:

– Tu trzeba mózgów. A nasz amerykański bizon umie tylko nacierać jak taran.

Dzień minął na przygotowaniach. Asagawa odwiedził zarząd policji, jakoby służbowo, a faktycznie w niedwuznacznym celu: podpiłował języczek zasuwki lufcika w klozecie. Radca tytularny nabył rekwizyty nocnej przygody: maskę balową i obcisły czarny strój do fechtunku, po czym pociągnął szuwaksem pantofle gimnastyczne na kauczukowej podeszwie.

Próbował się wyspać. Nic z tego.

Gdy zaczęło się ściemniać, odprawił Masę, by ów nie ruszył jego śladem, do Grand Hotelu po wieczorną gazetę, sam zaś pośpieszył na ostatni pociąg.

Jechali z inspektorem w jednym wagonie, lecz siedli w przeciwnych końcach i nie patrzyli na siebie.

Spoglądając przez okno na mknące w ciemności ogniki, Fandorin nie mógł się sobie nadziwić. Czemu pcha się w tę awanturę? Jakim prawem stawia na kartę honor własny i kraju? Aż strach pomyśleć o konsekwencjach, gdyby przyłapano go nocą – rosyjskiego dyplomatę! – w gabinecie naczelnika policji. Z jakiej racji podejmować takie ryzyko? By zdemaskować tubylczego urzędnika, który zdradziecko zgładził innego tubylczego urzędnika? A niechże ich wszystkich diabli!