„Działam w interesie Rosji – dość chwiejnie próbował zyskać pewność siebie Fandorin. – Obalając Sugę, zadam cios szkodliwemu dla ojczyzny stronnictwu”.
Pewności nie zyskał. Sam przecież mówił zawsze, iż żaden interes ojczyzny (a najmniej już geopolityczny) nie może ważyć więcej niż osobisty honor i godność. Ładny mi honor – w przebraniu kominiarza szperać po cudzych skrytkach!
Spróbował więc inaczej, po asagawowsku. Istnieją wszak Prawda i Sprawiedliwość, których obrona to obowiązek każdego przyzwoitego człowieka. Nie można pozwolić, by tuż obok bezkarnie panoszyła się podłość. Kto na nią zezwala czy umywa ręce, staje się wspólnikiem przestępstwa, uchybia własnemu sumieniu i Bogu.
Lecz mimo całego swego majestatu nawet imperatyw moralny nie nazbyt upewnił w czystości zamiarów radcę tytularnego. Szło nie całkiem o obronę Sprawiedliwości. Bądź co bądź, knując swą intrygę, Suga mógł kierować się własnymi wyobrażeniami o Prawdzie, odmiennymi od Fandorinowskich. Prócz tego – nie oszukujmy się – na nocną eskapadę Erast Pietrowicz puszczał się nie dla słów pisanych dużą literą.
Jeszcze trochę pogmerał w sobie i wymacał wreszcie autentyczny powód. Uraził on Fandorina, gdyż był prosty, nieromantyczny a nawet poniżający.
„Nie zniósłbym kolejnej bezsennej nocy, oczekując kobiety, która już nigdy nie przyjdzie – uczciwie rzekł sobie radca tytularny. – Co kto chce, każde szaleństwo, byle tylko nie to!”
A gdy parowóz wtoczył się, gwiżdżąc, na końcową stację, dworzec Nihombashi, wicekonsul pomyślał naraz: „Jestem zatruty! Mózg i serce poraziła mi działająca powoli trucizna! To jedyne wyjaśnienie”.
Tak pomyślał i od razu się uspokoił, jakby wszystko nagle stało się jasne i oczywiste.
Dopóki na ulicy trafiali się przechodnie, Erast Pietrowicz trzymał się z dala od partnera. Szedł krokiem leniwego turysty, wymachując niedbale teczką ze szpiegowskim rynsztunkiem.
Niebawem jednak weszli do dzielnicy urzędów, niemal bezludnej, gdyż pora urzędowania dawno minęła. Radca tytularny skrócił dystans, szedł tuż za plecami inspektora. Od czasu do czasu Asagawa objaśniał półgłosem:
– Widzi pan ten biały budynek za mostem? To tokijski sąd miejski. Jest o rzut kamieniem od policji.
Fandorin dostrzegł biały dwupiętrowy gmach, utrzymany w dość frywolnym jak na cele jurysdykcji europejsko-mauretańskim stylu. Dalej ciągnął się wysoki drewniany płot.
– To tam?
– Tak. Wcześniej wznosiła się tu siedziba książąt Matsudaira. Nie ma co iść do bramy, stoi tam wartownik.
W lewo odchodził wąziutki zaułek. Asagawa rozejrzał się, kiwnął i wspólnicy dali nura w ciemne, szczelinowate przejście.
Przebrali się szybko. Inspektor też włożył coś czarnego, obcisłego, głowę owiązał chustką, dół twarzy omotał szmatką.
– Tak właśnie ubierają się shinobi – szepnął, nerwowo chichocząc. – No, naprzód.
Na teren zarządu policji dostali się bez trudu. Asagawa splótł ręce, Fandorin stanął na nich i w mig znalazł się na górze. Potem pomógł się wgramolić inspektorowi.
Policjantom nie starczało widać wyobraźni, by przewidzieć, że jakimś złoczyńcom przyjdzie na myśl zakraść się dobrowolnie do sanktuarium praworządności. W każdym razie żadnych strażników na podwórzu nie było. Tylko po prawej, przy głównym wejściu, przechadzała się postać w mundurze i kepi.
Asagawa poruszał się szybko i pewnie. Przebiegł schylony do przysadzistej oficyny w pseudojapońskim stylu. Potem wzdłuż białej ściany z długim szeregiem ślepych okien. U najdalszego, narożnego, przystanął.
– To chyba tu… Proszę mi pomóc.
Złapał Fandorina za szyję. Jedną nogą stanął na zgiętym kolanie wicekonsula, drugą na ramieniu, chwycił za ramę, coś skrzypnęło, szczęknęło, i lufcik ustąpił. Asagawa podciągnął się, wessał go jakby ciemny prostokąt, pozostawiając na zewnątrz tylko dolną połowę ciała. Potem i ta znikła w lufciku, a w parę chwil potem okno bez szmeru się otwarło.
Przed wtargnięciem do budynku Erast Pietrowicz dla porządku sprawdził czas: jedenasta siedemnaście.
Zdziwił go wygląd japońskiego klozetu. Rząd niziutkich kabinek, zdolnych osłonić siedzącego ledwie do ramion.
W jednej z drewnianych przegródek Fandorin odnalazł Asagawę.
– Radzę sobie ulżyć – zaproponowała bez ceremonii czarna głowa z białym pasem wyżej oczu. – Wskazane przed ryzykiem. Żeby hara nie doskwierała.
Erast Pietrowicz podziękował solennie, ale odmówił. Hara bynajmniej mu nie doskwierała. Po prostu dolegało niejasne przeczucie, że cała ta historia dobrze się nie skończy. Przez głowę, jak w ową pamiętną noc, śmigały mu frazesy w formie nagłówków jutrzejszych gazet: ROSYJSKI DYPLOMATA-SZPIEG, NOTA JAPOŃSKIEGO RZĄDU DO CESARSTWA ROSYJSKIEGO, a nawet: ZERWANIE STOSUNKÓW DYPLOMATYCZNYCH MIĘDZY JAPONIĄ A ROSJĄ.
– No, długo jeszcze? – niecierpliwie spytał wicekonsul. – Jedenasta dwadzieścia trzy. Noce są teraz krótkie.
Z klozetu przekradli się długim, wąskim korytarzem. Asagawa w słomianych sandałach przywiązanych sznurkiem do butów, Fandorin w pantoflach na kauczukowej podeszwie. Zarząd policji spokojnie drzemał. „Oto, co znaczy niski poziom przestępczości” – pomyślał nie bez zawiści radca tytularny.
Raz tylko po drodze napotkali gabinet, gdzie paliło się światło i trwała jakaś nocna praca, i raz też jeden zza węgła wyszedł ze świecą w ręce dyżurny oficer. Przeszedł, ziewając, obok, nie dostrzegłszy dwóch przyklejonych do ściany czarnych sylwetek.
– Jesteśmy – szepnął Asagawa, stając przed wysokimi dwuskrzydłowymi drzwiami.
Pogmerał w dziurce od klucza jakimś drutem (zwykły wytrych, podpatrzył Erast Pietrowicz), przekręcił zamek i wspólnicy znaleźli się w obszernym pokoju: pod ścianami rząd krzeseł, biurko sekretarza, a naprzeciwko inne drzwi. Jasne – poczekalnia. Konsul Doronin opowiadał, że przed sześciu laty Japonią wstrząsnęła wielka reforma biurokratyczna. Urzędników przebrano z kimon w mundury i zmuszono, by przesiedli się z podłóg na krzesła. Stan urzędniczy bliski był niemal buntu, lecz z wolna przywykł do zmian. A szkoda. Musiało być malowniczo! Odwiedzasz urząd, a tam, gdziekolwiek spojrzeć, referenci, kanceliści, sekretarze – w kimonach, z podwiniętymi nogami. Fandorin westchnął, ubolewając, że różnorodność obyczajów ustępuje z wolna europejskim porządkom. Za sto lat wszystko na świecie będzie jednakowe i nie poznasz, czyś w Rosji, czy w Syjamie. Smutne…
Pokój za poczekalnią nie prezentował się wcale ciekawiej – zwykły gabinet dygnitarza. Masywne, przysadziste biurko, przed nim wąski, długi stół. Z boku dwa fotele do nieoficjalnych rozmów z ważnymi gośćmi. Pełne kodeksów regały. Na honorowym miejscu fotograficzny portret cesarza. Jedyna z japońskiego punktu widzenia osobliwość: wiszący obok wizerunku ziemskiego władcy krucyfiks. Ach, tak, przecież Suga to chrześcijanin, nosi na szyi krzyżyk.
„Niezły naśladowca Chrystusa” – Erast Pietrowicz pokiwał głową, lecz zaraz się zawstydził. Można by pomyśleć, że nasi świętoszkowie nie zdradzają i nie mordują.
Asagawa dokładniej zaciągnął zasłony, zapalił olejną latarnię i podszedł do radcy tytularnego. Robił wrażenie niespokojnego, nawet wzburzonego.
– Nie wiem, czy znajdziemy skrytkę i czym się to wszystko skończy, więc powiem teraz, co muszę powiedzieć. Powinienem był przyjść tu sam. To przecież nasza japońska sprawa. Moja sprawa. Ale jestem panu, Fandorin-san, wdzięczny, że zgodził się pan dotrzymać mi towarzystwa. Pańskiej domyślności ufam bardziej niż własnej. Wątpię, czy sam zdołałbym znaleźć dźwignię, a pan jest sprytny. Prawie tak sprytny, jak intendent Suga.