Выбрать главу

Erast Pietrowicz skłonił się ceremonialnie, lecz inspektor nie poznał się na ironii – też odpowiedział ukłonem, tylko głębszym.

– Proszę nie myśleć, że nie rozumiem, o ile pańska ofiara przewyższa moją. Jeśli wpadniemy – cóż to dla mnie? Tyle że stracę życie i okryję hańbą ród Asagawa, od dwóch i pół wieku uczciwie służący prawu. Pan zaś zhańbi swój kraj i swego władcę. Jest pan, Fandorin-san, człowiekiem wielkiej odwagi.

Znów wymienili ukłony, tym razem bez śladu kpiny ze strony wicekonsula, i przystąpili do poszukiwań. Była jedenasta trzydzieści siedem.

Z początku opukali dwie boczne ściany, potem podzielili gabinet na część prawą i lewą. W przeciwieństwie do energicznego inspektora, który pilnie opukiwał na swej połowie listwy i klepki, przekładał wszystkie przedmioty na biurku i wertował książki, Erast Pietrowicz prawie niczego nie tykal. Przechadzał się niespiesznie, przyświecając sobie amerykańską elektryczną latarką. Istne cacko najnowszej konstrukcji. Dawała ostre, skupione światło. Gdy co jakieś półtorej minuty zaczynało słabnąć, należało wcisnąć palcami sprężynę i latarka natychmiast ożywała.

Postał chwilę przed portretem. Jego wysokość mikado przedstawiony był w mundurze wojskowym z epoletami i przy szabli. Młoda, ze skąpym wąsem twarz zdała się Fandorinowi naznaczona piętnem degeneracji (nic w tym dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę dwadzieścia pięć wieków genealogii), ale wzrok cesarza Mutsuhito był dociekliwy i uważny. Cierpliwy, ostrożny, skryty, niepewny siebie, żądny wiedzy – przypomniał sobie fizjonomistykę wicekonsul. Mistrz ninsō, ma się rozumieć, dojrzałby dużo więcej, lecz starczyło i tego, by stwierdzić: młody monarcha zajdzie daleko.

– Skończyłem z moją połową – oznajmił Asagawa. – Nic.

– Chce się pan zamienić? Proszę bardzo.

Fandorin wyszedł na środek pokoju, siadł na stole konferencyjnym i pokiwał nogą. Za kwadrans pierwsza.

Archiwum – to coś, co bywa potrzebne często. A zatem jedno z dwojga: albo dźwignia jest pod ręką i można jej użyć bez wstawania zza biurka, albo na odwrót – mieści się tuż przy wejściu do tajnego pomieszczenia. Na biurku Asagawa jak najstaranniej obejrzał już wszystko. Czyli – druga ewentualność.

Ściany, gdzie mógł kryć się schowek, są dwie: dzieląca gabinet od poczekalni i zewnętrzna odpadają.

Fandorin przespacerował się z kąta w kąt, uważnie wszystko oglądając.

Zegar ścienny wybił jeden raz.

– Sprawdził pan? – wskazał nań radca tytularny.

– Oczywiście. – Asagawa otarł pot z czoła. – Podzieliłem pokój na kwadraty, starając się niczego nie pominąć.

Tak, w zegarze dźwignia nie może być umieszczona – myślał Fandorin. – Mógłby o nią zawadzić służący, wycierając kurz, albo zegarmistrz przy nastawianiu czy konserwacji mechanizmu.

– Wszystkie moje kwadraty zbadałem – obwieścił hiobowym głosem inspektor. – Co robić? Zacznę od początku…

Godzina pierwsza dwadzieścia. Gdzież ta dźwignia? Pod listwami i podłogą nic, na półkach z książkami nic, pod obrazy Asagawa też zajrzał.

Nagle Erast Pietrowicz zamarł.

– Inspektorze, zdejmował pan portret cesarza?

– Co pan! Jakże można? – Inspektor aż podskoczył na tak bezbożne posądzenie.

– Ale przecież ktoś musi go odkurzać?

– Ten święty obowiązek spełnia wyłącznie posiadacz gabinetu, z całym należnym szacunkiem. U mnie w komisariacie nikt nie śmie tknąć wiszącego nad biurkiem portretu najjaśniejszego. Kurz z cesarskiego oblicza wyciera się rankiem, tuż po przyjściu do pracy. Specjalną jedwabną ściereczką, poprzedziwszy tę czynność ukłonem.

– Jasne. A więc teraz panu pokażę, jak się otwiera skrytkę.

Radca tytularny wziął krzesło, zaniósł pod ścianę, wlazł na nie i zdecydowanym ruchem ujął portret w ręce. Asagawa jęknął.

– Otóż to – mruknął Erast Pietrowicz, obracając ramę w lewo. – Nic? A więc tak.

Obrócił w prawo – znów nic. Pociągnął portret do siebie, podniósł w górę, opuścił, wreszcie obrócił cały do góry nogami. Biedny inspektor tylko pojękiwał.

– Diabli!… Czyżbym się omylił?

Erast Pietrowicz zdjął cesarza, opukał ścianę. Dźwięk był głuchy.

Wściekły, zawiesił portret z powrotem – ów zakołysał się z oburzeniem.

Młodemu człowiekowi zrobiło się wstyd. Nie z racji pomyłki, lecz protekcjonalnej pychy, z jaką wypowiedział przed chwilą swoje: „Jasne”. Promień latarki prześlizgnął się po tapetach, oświetlił z góry poprzeczne ramię krucyfiksu.

Radcy tytularnemu zaparło dech.

– Inspektorze, a kto odkurza k-krzyż, też posiadacz gabinetu?

Fandorin zeskoczył na podłogę, przesunął krzesło pod krucyfiks, znów się na nie wdrapał.

– Naturalnie. Sprzątacz nie śmiałby. Wie, że to dla waszej religii przedmiot kultu.

– Aha. To widać…

Symbol wiary chrześcijańskiej wyraźnie cieszył się mniejszym szacunkiem intendenta niż portret cesarza Mutsuhito – na czarnym drewnie zebrała się cienka warstwa kurzu.

Erast Pietrowicz spróbował ruszyć krucyfiks z miejsca. Nic z tego. Poświeciwszy lepiej, zobaczył, że krzyż nie jest zawieszony ani przybity, lecz jakby wpuszczony w ścianę. Dziwne! Czyżby zrobiono dla niego specjalny wpust?

Spróbował pociągnąć krucyfiks do siebie. Daremnie. Więc nacisnął.

Krucyfiks z ledwie słyszalnym szczękiem zagłębił się w tapetę. Teraz jego krawędzie wystawały nie więcej niż na cal.

W sekundę potem rozległ się melodyjny zgrzyt i część ściany raptem odjechała, wręcz uskoczyła w bok, za regały. Rozwarł się ciemny prostokąt, nieco niższy niż na przeciętny ludzki wzrost.

– Jest! Skrytka! – krzyknął Asagawa i z lękiem zerknął na drzwi poczekalni, czy nie za głośno.

Fandorin odruchowo spojrzał na zegarek. Za dwie minuty druga.

– Ach, cóż ja bym bez pana zrobił! – rzekł serdecznie, nieomal ze łzami, inspektor i pochylony wśliznął się w dziurę.

Wicekonsula zaciekawił mechanizm skrytki, doskonale widoczny w przekroju: pod warstwą sztukaterii dębowa deska, za nią cegła. Oto czemu opukiwanie nic nie dało. Dźwignia uruchamia potężne stalowe sprężyny – to tłumaczyło „skoczność” przegrody. Ciekawe, czy zatrzaskuje się równie nagle, czy też trzeba użyć siły?

Zaspokoiwszy głód wiedzy technicznej, Erast Pietrowicz podążył za partnerem.

Tajne pomieszczenie okazało się wąską, ale dość długą – na dobrych dziesięć kroków – izdebką, której trzy ściany zajmował stelaż. Na drewnianych półkach stały zwykłe kancelaryjne teczki rozmaitej grubości. Asagawa brał jedną po drugiej, wykrzykiwał coś po japońsku i odkładał. Wicekonsul też wziął jedną, z tych grubszych. Na okładce widniały znaki. Dwa pierwsze były łatwe, Erast Pietrowicz rozpoznał je: „Stolica wschodnia” – czyli Tokio, dalej następowały jakieś niezrozumiałe esy-floresy.

– Co tu jest napisane?

– „Tokijski Zarząd Gubernialny” – rzekł, rzuciwszy okiem, Asagawa. – Co tam! Tutaj są ministrowie, członkowie Rady Państwa, nawet – nie da pan wiary – rodziny cesarskiej! Dla tego człowieka nie ma nic świętego!

Zajrzał do stojącej osobno cieniutkiej teczuszki i naraz aż się zachwiał.

– Jej wysokość! Jak on śmiał? Za to jedno godzien jest śmierci.

– A cóż on może mieć na cesarzową? – zaciekawił się Fandorin, zaglądając Japończykowi przez ramię.

Nic ciekawego na kartce nie dojrzał, jedynie hieroglificzne gryzmoły kolejnej notatki, lecz inspektor niegrzecznie odepchnął Erasta Pietrowicza łokciem.