– Sam nie przeczytam i panu też nie pozwolę! Cóż za ohyda!
Drżącymi palcami podarł na drobne strzępki notatkę i kilka innych znalezionych w teczce papierków.
– Proszę posłuchać: są dwie minuty po drugiej – podsunął mu zegarek radca tytularny – nie po to tu przyszliśmy. Gdzie teczka spiskowców?
Nie mając z racji swego analfabetyzmu czym się zająć, Erast Pietrowicz, póki Asagawa szperał na półkach, świecił na wszystkie strony latarką. Nic ciekawego jednak nie zobaczył. Dźwigni wewnątrz skrytki najpewniej nie było – ta otwierała się i zamykała tylko z zewnątrz. Pod sufitem tkwiły palniki gazowe. Zapewne dałoby się włączyć oświetlenie z gabinetu, lecz nie było potrzeby: lampa i latarka wystarczały najzupełniej.
– Jest! – sapnął inspektor. – Z napisem „Ōkubo”. – Gorączkowo zaszeleścił kartkami. Oto moje zaginione raporty, wszystkie trzy! A to raport naczelnika policji miasta Karoshima, który donosi, że wedle świadectw agenturalnych, do Tokio udał się mistrz fechtunku Ikemura Hyōsuke z dwoma uczniami. Rysopis: wiek z wyglądu – czterdzieści pięć lat, blizna po lewej stronie szyi i na skroni, lewa ręka bezwładna, przezwisko Kamiyasuri – Szmergiel, bo rękojeść miecza obwiązuje papierem ściernym. Prawą dłoń ma silniejszą niż żelazo. To on, Suchoręki! Moment, moment, jest jeszcze… Tu Asagawa wyjął jedną po drugiej trzy kartki, spisane tuszem dziwnej brązowej barwy. To przysięga. Napisana krwią. „My, niżej podpisani, przysięgamy na honor nie szczędzić życia w imię najwyższego celu – zguby podłego zdrajcy Ōkubo”. Takie dokumenty są trzy. Na jednym sześć podpisów – to szóstka, która zabiła ministra. Na drugim trzy, pierwszy – Ikemura Hyósuke. Nasi Satsumczycy! Na trzecim cztery. Czyli że była jeszcze jedna grupa, niewykry – ta. Tu są nazwiska, teraz złoczyńców raz – dwa się znajdzie, nim coś wykombinują… Zwyciężyliśmy, Fandorin-san! Suga jest w naszych rękach! Z tymi przysięgami, z ukradzionymi raportami, możemy go przytrzasnąć!
– I tak był w naszych rękach – zauważył zimno Erast Pietrowicz – za to urocze archiwum położyłby głowę nawet bez wszelkich s – spisków.
– Czyżby pan myślał – powiedział dobitnie Asagawa – że pozwolę, by całe to paskudztwo wypełzło na zewnątrz? Tu są same brudy, same sekrety rodzinne! Przetoczyłaby się fala samobójstw, skandali, rozwodów, haniebnych dymisji. Nie, gorzej! Nowy minister zagarnie archiwum dla siebie. Ogłosi, że je zniszczył, lecz co najlepsze, na wszelki wypadek zachowa.
– Więc co robić?
– Musimy wspólnie zniszczyć całą tę truciznę. Bez czytania.
– Sz – szlachetnie – przyznał Fandorin, który nawet gdyby miał ochotę, i tak nie mógłby napawać się japońskimi tajemnicami. – Ale co to za znaczki? Nie przypominają japońskiego alfabetu.
Pokazał Asagawie kartkę na samym dnie teczki. Pośrodku narysowano kółko, a w nim osobliwy zawijas. Od kółka ciągnęły się linie do dwóch innych, mniejszych okręgów.
– Tak, to nie są japońskie znaki – wymamrotał wpatrzony w papier inspektor. – W życiu nie widziałem podobnego pisma.
– Przypomina to schemat spisku – podsunął Fandorin – przy tym zaszyfrowany. Dobrze byłoby wiedzieć, kogo oznacza tu kółko centralne.
– Pewnie Sugę.
– Wątpliwe. Nie zaznaczyłby siebie jakimś kulfonem, po prostu narysowałby pusty okrąg, i już.
Ramię w ramię schylili się nad zagadkowym schematem. Asagawa musiał się chyba nałykać kurzu, bo kichnął, i to tak gromko, że niski strop odpowiedział ogłuszającym echem.
– Oszalał pan? – syknął nań Fandorin. – Ciszej!
Japończyk beztrosko machnął ręką i nie zniżając głosu, odpowiedział:
– Co za różnica? Teraz można się nie kryć. Kiedy tylko zniszczymy zbędne dokumenty, sam zawezwę dyżurnego i oznajmię, że…
Nie dopowiedział.
Bez wszelkiego uprzedzenia tajne drzwi zatrzasnęły się ze znanym już metalicznym zgrzytem. Ściana z lekka drgnęła, w pokoiku zapadła cisza jak w lochu.
Pierwsza reakcja Erasta Pietrowicza była czysto odruchowa: spojrzał na zegarek. Wskazywał drugą osiemnaście.
Osiemnaście po.
Czy już dziewiętnaście
Jaka różnica?
Zasłona z oczu
Parę minut schwytani w potrzask włamywacze zachowywali się w sposób tyleż naturalny, co stereotypowy. Grzmocili pięściami w nieustępliwą ścianę, próbowali wymacać w niej styk, szukali jakiegoś guzika czy dźwigni. Potem Fandorin pozostawił miotanie się partnerowi, a sam usiadł po turecku na podłodze.
– To na nic – oznajmił spokojnie. – Żadnej dźwigni tu nie ma.
– Ale przecież drzwi musiał ktoś zamknąć! Nikt do gabinetu nie wchodził, usłyszelibyśmy, zasunąłem zasuwę!
Erast Pietrowicz wyjaśnił:
– Mechanizm zegarowy. Ustawiony na dwadzieścia minut. Czytałem o takich drzwiach. Używa się ich w dużych sejfach bankowych i pancernych skrytkach, skąd nie sposób wynieść raz-dwa zdobyczy. Tylko właściciel wie, ile ma czasu do uruchomienia się sprężyny, włamywacz wpada. Proszę się uspokoić, Asagawa. Nie wyjdziemy stąd.
Inspektor usiadł obok w samym rogu.
– To nic – oznajmił dziarsko. – Poczekamy do jutra, i niech nas nawet aresztują. Mamy co zaprezentować władzom.
– Nikt nas aresztować nie będzie. Rano Suga przyjdzie do biura, z nieporządku w gabinecie domyśli się nieproszonych gości. Po krześle pod krucyfiksem zorientuje się, że myszjest w pułapce i będzie nas tu trzymał tak długo, aż skonamy z pragnienia. Muszę przyznać, że zawsze obawiałem się takiej śmierci…
Zdania te zostały zresztą wypowiedziane bez większych emocji. Widać zatrucie serca i mózgu zdołało też obezwładnić instynkt samozachowawczy. „Z pragnienia, to z pragnienia – pomyślał ospale Erast Pietrowicz – w istocie, co za różnica?”.
Fatalizm jest zaraźliwy. Asagawa spojrzał na przygasający płomyk latarni i rzekł w zadumie:
– Proszę się nie bać. Nie zdążymy umrzeć z pragnienia. Udusimy się dużo wcześniej, niż zjawi się Suga. Mamy powietrza na jakiś kwadrans.
Pewien czas posiedzieli w milczeniu, rozmyślając każdy o swoich sprawach. Erast Pietrowicz, na przykład, rozważał rzecz dziwną. Przyszło mu naraz do głowy, że to wszystko to fikcja. Wypadki ostatnich dni były tak niebywałe, a on sam zachowywał się w sposób tak nienormalny, jakby go coś ugryzło. Zbyt długi sen czy pośmiertne zwidy? Przecież nikt nie wie dokładnie, co dzieje się z duszą człowieka po rozłączeniu z ciałem. A jeśli trwają w niej jakieś fantomatyczne procesy, jak w trakcie sennych marzeń? Wszystko to miraż: i pogoń za zabójcą bez twarzy, i pawilon nad nocnym strumieniem. W istocie końcem życia był moment, gdy w twarz bezsilnego Erasta Pietrowicza wpatrzyła się swymi paciorkami szarobrunatna mamushi, albo i wcześniej, kiedy wszedł do sypialni i ujrzał uśmiechniętego starucha, Japończyka…
„Bzdura” – powiedział sobie radca tytularny i drgnął.
Drgnął również Asagawa, którego myśli też pewnie zboczyły, gdzie nie trzeba.
– Nie ma się co rozsiadać – rzekł, wstając, Japończyk. – Nie spełniliśmy jeszcze swego obowiązku.
– A co możemy zrobić?
– Wyrwać Sudze jego żądło. Zniszczyć archiwum.
Inspektor zdjął z półki kilka teczek, zaniósł w swój kąt i jął rwać kartki na jak najdrobniejsze strzępy.
– Lepiej byłoby je oczywiście spalić, ale za mało tu tlenu – wymamrotał z żalem.
Radca tytularny posiedział jeszcze trochę, potem zaczął pomagać Japończykowi. Brał teczkę, przekazywał Asagawie, a ten metodycznie wykonywał swą niszczycielską pracę. Szeleścił darty papier, w kącie rósł z wolna stos śmieci.