Zaczynało się robić duszno. Na czoło wicekonsula wystąpiły krople potu.
– Nie podoba mi się śmierć przez uduszenie – powiedział. – Lepiej kulę w łeb.
– Tak? A ja wolę się udusić. Strzelać – to nie po japońsku. Za duży hałas i nie zdąży człowiek poczuć, że umiera…
– W tym właśnie tkwi bodaj główna różnica między k-kulturą europejską a japońską – zaczął głęboką myśl radca tytularny, lecz pasjonującej dyskusji nie było sądzone trwać dłużej.
Gdzieś w górze rozległ się cichy świst i z palników gazowych wystrzeliły rozchybotane, błękitnawe języczki płomieni. W tajnej izdebce stało się jasno.
Erast Pietrowicz obrócił się, zadarł głowę i ujrzał, jak w ścianie pod sufitem otwarło się malutkie okienko. Z okienka w tytularnego radcę gapiło się skośne oko.
Rozległ się przygłuszony śmieszek i znajomy głos powiedział po angielsku:
– A to ci niespodzianka. Oczekiwałem Bóg wie kogo, tylko nie pana dyplomaty. Wiedziałem, Fandorin-san, że z pana człowiek bystry i przedsiębiorczy, jednak to już…
Suga! Ale skąd się dowiedział?
Wicekonsul milczał, łapczywie wdychając powietrze, napływające przez wąski otwór do ciasnego pomieszczenia.
– Kto panu powiedział o skrytce? – ciągnął intendent policji, nie doczekawszy się odpowiedzi. – O jej istnieniu wiedzieli prócz mnie tylko inżynier Schmidt, dwaj murarze i cieśla. Ale wszyscy utonęli… Słowo daję, jestem szczerze zaintrygowany!
„Najważniejsze – to nie zerkać w kąt, gdzie skrył się Asagawa – rzekł sobie Erast Pietrowicz. – Suga go nie widzi, myśli, że jestem sam”.
W duchu pożałował jeszcze, że nie wziął od Doronina kilku lekcji battōjutsu – sztuki wyciągania broni. Zaraz błyskawicznie wyciągnąłby gerstala i wpakował złoczyńcy kulę w nasadę nosa. Z otwartym okienkiem nie udusiliby się do rana, a potem przyszliby ludzie i uwolnili jeńców z potrzasku.
– A pan? Skąd pan wie, że tu jestem? – zapytał Fandorin, by odwrócić uwagę intendenta. Schował ręce za siebie i lekko się wyprostował, jakby zdrętwiały mu plecy. Namacał płaską kaburę.
Kątem oka dojrzał ruch w kącie – także inspektor wyciągał chyba broń. Bez sensu! I tak nie trafi stamtąd w okienko, a słyszeć byle podejrzany szelest, Suga się schowa.
– W sąsiedztwie ma służbowe mieszkanie naczelnik policji. Włączył się sygnał – ochoczo, nawet z przechwałką objaśnił Suga. – Jesteśmy może Azją, lecz staramy się nadążać za zdobyczami postępu. Zaspokoiłem pańską ciekawość, teraz proszę zaspokoić moją.
– Z przyjemnością – uśmiechnął się radca tytularny i strzelił.
Wygarnął z biodra, nie tracąc czasu na celowanie, lecz reakcja intendenta była błyskawiczna. Okienko opustoszało i fantastyczny strzał (nie w ścianę, a ściśle w otwór) poszedł na marne.
Erastowi Pietrowiczowi dzwoniło w uszach od łomotu. Poklepał się ręką w głowę od lewej, potem od prawej. Brzęk przycichł i rozległ się głos Sugi.
– …czegoś takiego właśnie się spodziewałem. Jeśli będzie się pan zachowywał tak niegrzecznie i nie odpowiadał na pytania, zaraz zasunę klapkę i wrócę za parę dni, by wynieść zwłoki.
Asagawa podniósł się bezszelestnie, przyciśnięty plecami do stelaża. Broń trzymał w pogotowiu, ale teraz Sugi już się nie zaskoczy. To było jasne.
– Zapraszam, zapraszam – Erast Pietrowicz przycisnął palec do warg. – Wyniesie pan moje zimne zwłoki. I proszę nie zapomnieć kleju. Dobrych parę lat zajmie panu sklejanie dziesięciu tysięcy papierowych strzępków pańskiego bezcennego dossier. Na razie zdążyłem podrzeć tylko zawartość siedmiu teczek, a są ich tu co najmniej dwie setki.
Milczenie. Wszystko wskazywało na to, że intendent się zamyślił.
Inspektor wskazał gestami: proszę mnie podnieść, bym mógł się dostać pod okienko. Fandorin wzruszył ramionami, nie bardzo wierząc w ten plan, lecz czemu by nie spróbować?
Złapał za stelaż, szarpnął. Na podłogę z łomotem sypnęły się teczki. Korzystając z hałasu, wicekonsul podniósł Asagawę za talię, jednym ruchem uniósł go wyciągniętymi rękoma i przycisnął brzuchem do ściany, by łatwiej było trzymać. Japończyk okazał się nawet nie tak ciężki, najwyżej sto pięćdziesiąt funtów, a Fandorin co rano po czterdzieści razy podrzucał dwa stufuntowe żeliwne ciężary.
– Co pan tam wyrabia? – krzyknął Suga.
– Przewróciłem półki. Mały wypadek. – I cicho do inspektora: – Ostrożnie! Bo zauważy!
Po paru chwilach Asagawa klepnął go po ramieniu: spuszczaj.
– Nic z tego – szepnął, stanąwszy na podłodze. – Okienko za małe. Albo patrzysz, albo wysuwasz lufę. Jednocześnie się nie da.
– Fandorin! Moje warunki są takie – oznajmił intendent. Stał zapewne tuż pod ścianą, więc Asagawa i tak by go nie dojrzał. – Teczek nie tykać i podać, kto opowiedział panu o archiwum. Potem pana wypuszczę. Wcześniej, ma się rozumieć, obszukam, by nie przywłaszczył pan sobie czegoś na pamiątkę. I pierwszym parowcem precz z Japonii. Jeśli, rzecz jasna, nie życzy pan sobie przenosin na cmentarz dla cudzoziemców w Jokohamie.
– Kłamie – szepnął inspektor. – Żywego pana nie puści.
– Warunki honorowe! – odkrzyknął Fandorin. – Nazwisko wymienię, ale nic więcej.
– Dobrze! Kto powiedział panu o archiwum?
– Ninja z klanu Momochi!
Sądząc z ciszy jaka nastąpiła, Suga był wstrząśnięty. Innymi słowy – uwierzył.
– Jak pan na nich wpadł? – zapytał intendent po półminutowej pauzie.
– Nic więcej nie powiem, mowa była tylko o nazwisku. Proszę mnie wypuścić!
Nie patrząc, wziął pierwszą lepszą teczkę, wyjął kilka kartek i zaczął je drzeć, uniósłszy ręce w pobliże otworu.
– Dobrze! Umowa to umowa. Rzuć pan tu broń!
Asagawa kiwnął i rozpłaszczył się pod ścianą, gdzie powinny były otworzyć się drzwi.
Stanąwszy na palcach, Fandorin rzucił gerstala w wywietrznik.
W okienku pociemniało – znów zjawiło się oko. Wpatrzyło się uważnie w Fandorina.
Ten stał napięty, gotów odskoczyć w martwe pole, gdyby zamiast oka w kwadracie pojawiła się lufa.
– Proszę się rozebrać – zażądał Suga. – Całkiem. Do naga.
– A to niby po co?
– Chcę być pewien, że nie chowa pan jeszcze jakiejś broni.
Widząc, że Asagawa ostrożnie, dwoma palcami, odciąga kurek, Fandorin rzekł szybko:
– Tylko niech panu nie przyjdzie do głowy strzelać. Nim pan wyceluje, skoczę w bok. A wtedy koniec z umową.
– Słowo honoru – obiecał intendent.
Jasne, że kłamał, lecz słowa Fandorina przeznaczone były nie dla niego, tylko dla inspektora, a ten zrozumiał. Zrobił uspokajający gest: nie będę.
Rozbierał się radca tytularny powoli, demonstrując oku każdy składnik swej garderoby, po czym rzucał go na podłogę. Wreszcie został w stroju Adama.
– Niezła budowa – pochwalił Suga. – Tylko brzuch za płaski. Harę mężczyzna powinien mieć tęższą. Teraz proszę obrócić się plecami i podnieść ręce.
– Żeby strzelił mi pan w tył głowy? Akurat.
– Zgoda. Ubranie pod pachę, w drugą rękę sztyblety. Kiedy otworzę drzwi, proszę powoli wyjść.
Perfidne drzwi odskoczyły, otwarło się przejście.
– Żyjemy – samymi wargami tchnął Erast Pietrowicz, mijając Asagawę.
W gabinecie płonęło jasne, lekko drgające światło. Suga stał na tym samym krześle, które wcześniej przystawił do ściany wicekonsul. W dłoni intendenta czerniał wielki rewolwer (bodajże szwedzki hagström), Fandorinowski gerstal leżał na stole.
NAGI WICEKONSUL ZASTRZELONY W GABINECIE NACZELNIKA POLICJI – przemknęło przez głowę dyplomaty.
Brednie, strzelać nie będzie, to nie pomieszczenie hermetyczne, gdzie ściany tłumią dźwięk. Usłyszeliby i przybiegli dyżurni. Na co mu to? Ale żywego, ma się rozumieć, wypuścić go stąd nie zamierza.