Także ludzki punkt widzenia wskazywał, iż Bullcox jest w pełni zdolny do podobnie ohydnego, cynicznego przedsięwzięcia.
Zajmuje się szpiegostwem, niezbyt się nawet z tym kryjąc. To raz.
Według słów O-Yumi (a któż, jak nie ona, miałby znać lepiej tego łotra – kolnął się w samo serce Fandorin), jest on zdolny do wszelkiego draństwa, nawet nasłania na szczęśliwszego rywala skrytobójców czy rozprawienia się z kobietą, która go rzuciła. To dwa.
Oczywista, mało prawdopodobne, by spisek przeciw Ōkubo uknuł z akceptacją Dworu Świętego Jakuba, ale to przecież z natury awanturnik, niewolnik ambicji, który dla osiągnięcia sukcesu sięgnie po wszelkie środki. To trzy.
Teraz cztery. Książę Onokoji mówił, że spiskowcy mieli mnóstwo pieniędzy. A skąd właściwie wziąć je mieli biedni satsumscy samuraje? Czy mogliby aż tak hojnie nagrodzić Sugę za wykazaną zręczność? Natomiast agent korony brytyjskiej dysponuje zaiste niewyczerpanymi funduszami. Czcigodny musiał się pewnie śmiać w duchu, słuchając, jak salonowy intrygant zdradza mu sekret darowanej posiadłości. Z pewnością nabył ją przedtem sam Bullcox i „przegrał” do Sugi w karty – osobiście lub przez pośredników. Co za różnica?
Bieg dedukcji przerwał mimo woli błogo pochrapujący przez sen Asagawa. Spoczywa niemal dosłownie na laurach, pomyślał Fandorin. Zbrodnię ukarano, sprawiedliwość przywrócono, harmonię odtworzono, a kwestię wielkiej polityki nie spędzają snu z powiek mężnego inspektora. Jak też i koszmar, którego sceną stał się przed dwiema godzinami zarząd policji. Zapewne wszczął się już tam lub wkrótce się zacznie popłoch.
Sprzątacz czy gorliwy sekretarz, chcąc wcześniej niż zwykle doręczyć jakieś papierki, zajrzy do gabinetu zwierzchnika i ujrzy obraz, na którego widok zrobi się biedakowi słabo…
Gdy intendent wydał Bullcoksa, inspektor syknął coś do jeńca po japońsku. Zadrgały mu policzki. Po chwili wyjaśnił Fandorinowi przyczynę swego wzburzenia.
– To jeszcze większy łotr, niż myślałem. Fanatycy z Satsumy przynajmniej wierzyli, że działają dla dobra ojczyzny, a ten wiedział, że to pionki w grze kierowanej przez cudzoziemca.
Suga wydał pomruk.
– Teraz można mu wyjąć hami – rzekł Erast Pietrowicz, który wciąż nie otrząsnął się z zaskoczenia – nadal zachodził w głowę, czemu sam nie wpadł wcześniej na tę wersję wydarzeń.
Uwolniony od knebla generał splunął i chrypliwie rzucił do Asagawy:
– A sam nie jesteś pionkiem w rękach cudzoziemca? – Przypomniał sobie jednak, że bez reszty zależy od inspektora, i zmienił ton. – Dotrzymałem słowa. Teraz wasza kolej. Dajcie mi sztylet.
– Nie mam sztyletu – Asagawa skrzywił się. – A gdybym nawet miał, nie dałbym. Żebyś zhańbił swą brudną krwią szlachetną stal? Pamiętasz, jak zmusiłeś Garbusa, by odgryzł sobie język? Teraz twoja kolej. Zęby masz ostre, do dzieła, jeśli starczy ci męstwa. A ja się z satysfakcją temu przypatrzę.
Oczy intendenta zwęziły się nienawistnie, błysnęły ogniem.
Wicekonsul spróbował ostrożnie przygryźć sobie czubek języka i aż podskoczył. Asagawa jest okrutny, trudno zaprzeczyć. Próbuje Sugę na twardość charakteru. Jeśli ten zmięknie, straci twarz. Wtedy już da się z niego niejedno wyciągnąć.
Milczeli wszyscy trzej. Potem rozległ się dziwny, zdławiony dźwięk – to przełknął ślinę Suga.
Na drzwi skrytki nikt nie patrzył, więc podskoczyli, gdy się ze zgrzytem zawarły. Czyżby od chwili, kiedy intendent nacisnął dźwignię, minęło dopiero dwadzieścia minut?
– Nie chcesz żreć języka? – z satysfakcją upewnił się inspektor. – A zatem nowa propozycja. Spójrz no. – Wyciągnął z kieszeni generała rewolwer (Fandorin nie omylił się, był to kawaleryjski hagström), zostawił w bębenku jeden nabój. – Powiesz, kogo oznacza reszta kółek, to nie będziesz musiał gryźć języka.
Wzrok, jakim Suga obrzucił rewolwer, nie poddaje się opisowi. Żaden Romeo nie pochłaniał tak chciwie oczyma Julietty. Żaden rozbitek nie wpatrywał się tak żarliwie w punkt na horyzoncie. Radca tytularny był całkiem pewien, że generał nie wytrzyma pokusy. Był pewien i pomylił się.
Intendent wybrał odgryzienie sobie języka.
Poprzednim razem Erast Pietrowicz miał szczęście. Oglądał to ohydne widowisko z pewnego oddalenia. Teraz zaś wszystko odbyło się o dwa kroki. Suga wydał nie ludzki, lecz zgoła zwierzęcy ryk. Szeroko otworzył usta, wyciągnął jak najdalej mięsisty, czerwony język i zwarł szczęki. Rozległ się wywracający żołądek na nice chrzęst. Fandorin odwrócił się, ale mimo wszystko zdążył zakosztować widoku na tyle, by prześladował go on do końca życia.
Intendent umierał dłużej niż Garbus. Tamten, jak teraz zrozumiał Fandorin, nie zniósł szoku urazowego. Suga zaś serce miał mocne, zachłysnął się własną krwią. Z początku ją łykał, potem obfitym strumieniem lunęła po jego piersi i podbródku. Trwać to musiało dobrych parę minut. Przez cały czas ten żelazny człowiek nie wydał nawet jęku.
Gdy wreszcie chrypienie ustało i samobójca zwisł w sznurach jak worek, Asagawa przeciął pęta. Trup osunął się na podłogę, po parkiecie rozlała się ciemna kałuża.
Wygłoszone przez inspektora epitafium pełne było powściągliwego szacunku:
– Mocny człowiek, prawdziwy akunin. Ale główny w tej sprawie akunin to nie Japończyk, tylko cudzoziemiec. Co za wstyd!
Fandorina mdliło. Miał ochotę jak najszybciej uciec z tego przeklętego miejsca, lecz zabawili tam jeszcze długo.
Z początku usuwali ślady swej obecności. Zebrali kawałki sznura, poprawili portret mikada i krucyfiks. Znaleźli i wydłubali kulę wystrzeloną z Fandorinowskiego gerstala.
Z europejskiego punktu widzenia zaszedł wypadek kompletnie absurdalny. Naczelnik cesarskiej policji zjawił się nie wiadomo po co w środku nocy w swym służbowym gabinecie, usiadł w fotelu, odgryzł sobie język i umarł. Erastowi Pietrowiczowi pozostawała tylko nadzieja, że dla Japończyków wyglądać to będzie może mniej niedorzecznie.
Potem, na prośbę Asagawy, bitą godzinę darli na drobne strzępki całe obszerne dossier. Dopiero potem oddalili się wreszcie, nie inaczej, jak weszli – przez okno klozetu.
Z całego archiwum nie zniszczyli jedynie teczki Ōkubo. Zawierała arkusik z zaszyfrowanym schematem, skradzione raporty i trzy kartki przysiąg spisanych krwią. W połączeniu z zeznaniami świadka, księcia Onokoji, który nie tylko wiedział o knowaniach Sugi, ale związany był z samym Bullcoksem, wystarczało to najzupełniej. Świat wkrótce się dowie, czemu skończył ze sobą intendent policji.
Lecz przede wszystkim należało sprawę doprowadzić do końca – zdobyć dowody przeciw Anglikowi. Jeśli się uda, pogrąży to głęboko Wielką Brytanię i da pełne zwycięstwo interesom rosyjskim. Ładne rzeczy: angielski rezydent zaplanował mord polityczny wielkiego człowieka! Zapewne dojdzie do zerwania stosunków dyplomatycznych.
Gdyby się Bullcox wykręcił i wyszedł z wody suchy (na razie brakło nań haka), przyjdzie się zadowolić zdemaskowaniem Sugi. Też niemało.
Raportować Doroninowi czy poczekać? Chyba za wcześnie. Z początku trzeba spróbować przydepnąć ogon czcigodnemu, a w tym celu przyjdzie najpewniej sięgnąć po nie całkiem dyplomatyczne metody. Przy tym istniała jeszcze inna okoliczność, z punktu widzenia wielkiej polityki nieistotna, lecz nadzwyczaj dla Fandorina ważna. Tę właśnie delikatną kwestię najzupełniej prywatnego charakteru przemyśliwał, spoglądając przez okno na połyskujące w słońcu ryżowiska.
Asagawa otworzył nagle oczy i rzekł w zadumie, jak gdyby wcale nie spał, lecz też zajęty był wnioskowaniem analitycznym: