– Czyli że szuja Onokoji umyślnie nas wpuścił w pułapkę.
– Czemu pan tak myśli?
– Jego teczki nie było w archiwum.
Fandorin zmrużył oczy.
– Mówi pan, że shinobi w pełni wykonali zlecenie, wdarli się do archiwum i wykradli teczkę z kompromitującymi materiałami?
– Skoro myśmy potrafili znaleźć dźwignię, z pewnością znaleźli ją i ninja, są w takich sprawach dużo bardziej doświadczeni, a i ostrożniejsi. Jeśli działali we dwójkę, to dam głowę, że nie wleźli, jak my, razem do skrytki, lecz jeden stróżował na zewnątrz.
– A dlaczego nie zagarnęli wtedy całego archiwum? Przecież mogłoby stać się potężnym narzędziem wpływów. Poza tym sekrety warte są wielkich pieniędzy.
Inspektor ze zdziwieniem wpatrzył się w rozmówcę.
– Co pan! Skradacze zabijają, kradną, szpiegują, ale nigdy nie wdają się w szantaż i wymuszenia. To sprzeczne z ich tradycjami i kodeksem honorowym.
Erast Pietrowicz w istocie zapomniał, że w Japonii wszyscy i każdy, nawet złoczyńcy, muszą mieć nieuchronnie swój kodeks. Skądinąd było w tym coś krzepiącego.
– A więc Onokoji dostał swoją teczkę? Ma się rozumieć, inaczej nie mówiłby tak spokojnie o archiwum Sugi. Dostać – dostał, ale płacić klanowi Momochi za wykonaną robotę ani myślał. Wiedział, że odpowiedzialność poniesie nie on, lecz starszy samuraj. Książę posłużył się nim i skazał biedaka na śmierć.
– Pal diabli samuraja – machnął pięścią Asagawa – to pan nie widzi? Onokoji wiedział, że trafimy w pułapkę, i nas nie uprzedził. Liczył, że resztę załatwi Suga. Słowo daję: wytrzęsę z niegodziwca jego czarną duszę.
Dusza omal nie opuściła księcia bez wszelkiego wytrząsania. Dość było mu usłyszeć o śmierci intendenta.
Lockston jeszcze brzęczał kluczem od celi, Asagawa nadal groził pięścią przez zamkniętą kratę, a księcia już trzeba było cucić. Po pierwszych krzykach rozwścieczonego inspektora („Co, tegoś się nie spodziewał? Myślałeś, że wykończy nas Suga? A wyszło na odwrót!”) Onokoji skoczył z pryczy, zbladł jak kreda i padł bez zmysłów.
– Masz tobie – zdziwił się sierżant – całą noc rozrabiał, śpiewał paryskie szansonetki, chwalił się, że rano wyjdzie.
– Wody! – zażądał krótko Asagawa.
Chlusnął aresztantowi w twarz z dzbana, jął klepać go po policzkach, i potomek feudałów ocknął się. Zachlipał, zaszczekał zębami.
– Za… biliście go? To już po mnie! Teraz ze mną koniec.
Wpadł w drgawki, mało nie gubiąc głowy z cienkiej szyi.
Kryło się w tym wyraźnie coś więcej niż kres działania morfiny. Onokoji straszliwie się przeląkł. Z początku Fandorin myślał, że aż tak boi się Asagawy i zemsty za swój podstęp, lecz wkrótce radca tytularny zrozumiał, że się myli.
Zwłaszcza że aresztant ani próbował się tłumaczyć. Całkiem na odwrót!
– Nie sądziłem, przysięgam! Zapewniali, że pułapka jest niesłychanie zręczna! To on zawiódł – bełkotał książę, chwytając Erasta Pietrowicza za rękę, jakby usprawiedliwiając się, że potrzask nie zadziałał. – Powiedzcie mu to, powiedzcie!
– Jakiemu „mu”? – Fandorin nachylił się do księcia. – Jasne, że powiemy, tylko komu?
Onokoji uderzył się ręką po wargach. Oczy wyokrągliła mu zgroza.
– Nikomu – rzucił spiesznie i sam sobie przecząc, żałośnie wyjęczał: – Już po mnie, teraz mnie zakatrupi…
– Ale za co? Że zginął przez pana intendent?
Arystokrata przytaknął. „No, ten sobie języka nie odgryzie – pomyślał wicekonsul. – Ani się nie zastrzeli. Świetnie, Anglik tym bardziej się nie wymknie!”.
– Proszę się nie bać, książę. Umiemy pana przed nim obronić.
Onokoji szarpnął tylko głową.
– Myśli pan, że nie wiemy, kogo się pan tak b-boi? Wiemy. Suga wymienił go przed śmiercią. To Bullcox.
– Co „Bullcox”? – Lockston wytrzeszczył oczy. – Co ma z tym wspólnego Bullcox?
– Na czele spisku przeciw Ōkubo stał Algernon Bullcox – wymawiając dobitnie każde słowo, wyjaśnił Fandorin, nie tyle sierżantowi, ile Onokojiemu. – Suga działał według wskazówek Anglika. Tak?
Pytanie skierowane było do aresztowanego. Ten, nie otwierając oczu, przytaknął.
– Co za naród ci Anglicy! – wybuchnął sierżant. – Mało im Indii, mało mórz! Cały świat im się należy! I żeby jeszcze sięgali po cudze uczciwie! Oto co wam powiem, dżentelmeni. Staruszka Brytania ma za duży apetyt. Już czas dać jej po łapach. Niech się zabiera z Japonii. Są przyzwoite kraje, co rzetelnie handlują bez pchania się w politykę.
Co do tego radca tytularny zgadzał się w pełni, choć podejrzewał, że mówiąc o przyzwoitych krajach, Amerykanin nie ma bynajmniej na myśli Cesarstwa Rosyjskiego.
– Nie chcę na wolność – powiedział nagle, patrząc na Fandorina, Onokoji. – Mnie tam zabiją. Proszę się mną zająć. Przydam się panu.
– Niech pan opowie, co wie o sekretnych sprawkach Bullcoksa, a sierżant pozwoli panu mieszkać w miejskim więzieniu, jak długo będzie pan miał ochotę.
– Za nic! Bullcox znajdzie mnie tu raz-dwa.
Na widok owego ataku manii prześladowczej Erast Pietrowicz rzekł miękko:
– Zgoda, dam panu azyl w konsulacie rosyjskim, ale w zamian za pełną szczerość.
– Powiem wszystko. O Bullcoksie. Ale nie teraz. Jest mi niedobrze. A zaraz będzie jeszcze gorzej. Potrzebuję zastrzyku. Usnę, a potem… potem pogadamy. Tylko niech mnie pan stąd zabierze! Szybciej! On… on już na pewno wie o moim aresztowaniu. O Sudze też wie! I zaraz się domyśli. Jest bardzo mądry!
– Rety, ale go przeraził przeklęty Angol! – parsknął Lockston.
– O kim to pan, sierżancie? Nie o mnie aby? – rozległo się nagle z tyłu.
Wszyscy się odwrócili. W progu więziennego boksu stał Twiggs, jak zawsze w krawacie i sztywnym kołnierzyku, dzierżąc pod pachą zrudziały ze starości lekarski sakwojaż.
– Nie, doktorze, nie o panu, ja to… – stropił się naczelnik policji municypalnej, lecz Asagawa głośno zakaszlał i Lockston niezbyt zgrabnie dokończył: -…o całkiem innym Angliku.
Erast Pietrowicz pochwycił wzrok inspektora. Asagawa lekko wzruszył ramionami. Gest ów oznaczał: Twiggs-sensei to, ma się rozumieć, człowiek w najwyższym stopniu godny zaufania, ale tu w grę wchodzą interesy państwowe, prestiż jego ojczyzny. Dlatego o Bullcoksie lepiej zamilczeć.
– No i jak nocna ekspedycja? – chciwy informacji zapytał lekarz. – Przyznam, że do świtu nie mogłem zmrużyć oka. Piekielnie się o was bałem. Opowiedzcie!
Opowiedzieli prawie wszystko. Nie wspomnieli tylko o bezecnym czcigodnym.
– Czyli że są dowody przeciw Sudze, a nie ma samego Sugi? – podsumował lekarz, wycierając łysinę chustką. – Znakomicie! Czemu więc macie takie zmartwione miny?
Nastąpiła nowa wymiana spojrzeń i znów inspektor wzruszył ramionami, ale teraz już w innym sensie: róbcie, jak chcecie.
– W papierach intendenta znaleźliśmy schemat, gdzie wszystkie oznaczenia zrobione są jakimiś dziwnymi z-znaczkami. – Erast Pietrowicz pokazał kartkę. – Wiemy, że chodzi o uczestników spisku, ale nie możemy odczytać imion.
– Pozwólcie no…
Twiggs zsunął okulary na sam czubek nosa i wpił się wzrokiem w papier. Potem nagle odwrócił go do góry nogami.
– Momencik, momencik… Gdzieś już widziałem coś podobnego.
– Proszę sobie przypomnieć, doktorze! – zawołała, przekrzykując się, cała trójka.
– Kryptogramy, jakimi posługiwali się ninja. To coś w tym rodzaju – tryumfalnie oznajmił Twiggs. – Shinobi mieli własny system pisma fonetycznego do tajnej korespondencji.
– Intendent Suga to nie shinobi – wtrącił Asagawa. – Wykluczone, był z dobrego samurajskiego rodu.