Выбрать главу

– I co z tego, mógł wyuczyć się ich alfabetu, jak w swoim czasie próbowałem to zrobić ja. Wiecie, jak pasjonują mnie dzieje ninja. Ale tak z marszu tych znaczków wam nie odczytam. Jeśli jednak pogrzebię w starych notatkach, może uda się je rozszyfrować. Obiecać nie mogę, ale spróbuję.

– Wiemy, co znaczy jedno ze słów. – Fandorin pokazał centralne kółko. – To imię herszta.

– O, to bardzo ważne! Tu są litery spotykane w innych słowach. Niechże pan powie, co tu napisane?

– Bullcox – powiedział cicho radca tytularny.

Doktor spąsowiał. A kiedy dotarł doń cały sens tej informacji, rozgoryczenie mister Twiggsa nie miało granic. Wygłosił gorącą filipikę pod adresem typów spod ciemnej gwiazdy, które hańbią honor i tradycje wielkiego imperium, a zakończył tak:

– Jeśli informacje panów są ścisłe, czcigodny Bullcox jest przestępcą. Zostanie zdemaskowany i poniesie zasłużoną karę.

Asagawa zapytał z niedowierzaniem:

– I nie obchodzi pana, że honor ojczyzny ucierpi?

Dumnie prostując ramiona, Twiggs oznajmił z wycelowanym w powietrze palcem:

– Honoru ojczyzny, mój drogi Asagawa, broni nie ten, kto osłania jej zbrodnie, lecz ten, kto nie lęka się jej z nich oczyścić.

Nastała pauza. Słuchacze zadumali się nad słusznością sentencji doktora. A że inspektor skrzywił się, sierżant przytaknął, a wicekonsul westchnął – widać doszli do różnych wniosków.

Do tematu powrócił Asagawa.

– Skoro jesteśmy tu razem, proponuję powziąć plan działań. Sprawa nie należy do łatwych. Wymagać będzie czasu… A pan dokąd?

Pytanie skierowane było do Fandorina, który potrząsnął naraz głową, jakby podjął jakąś decyzję, i skierował się do wyjścia.

– Poobradujcie, panowie, na razie beze mnie. Mam do załatwienia sprawę nie cierpiącą zwłoki.

– Ejże, a co ze mną? – Onokoji rzucił się do kraty. – Obiecał pan przecież dać mi azyl!

Nie sposób wyrazić, jak bardzo Erast Pietrowicz, bez reszty pochłonięty swą ideą, nie miał ochoty zajmować się właśnie teraz tym zgniłkiem.

Ale słowo to słowo.

Było w początku

I zostanie na końcu.

Słowo – to Słowo.

Jesienny listek

Całą noc Masa niepokoił się, nie spał.

Wieczorem, udając wiarę, że pan nagle potrzebuje gazety, wyszedł, lecz, oczywiście, nie do żadnego Grand Hotelu, tylko się schował za drzewem. Po cichu śledził pana aż do stacji i gdy ujrzał, że pan wybiera się do Tokio, już miał kupić bilet. Tu jednak zjawił się inspektor Asagawa. Po sposobie, w jaki minął pana bez powitania, było jasne, że mają jakąś wspólną sprawę.

Masa zawahał się. Inspektor Asagawa to prawdziwy yoriki, takiego nie oszukasz. Raz-dwa dostrzeże, że śledzą. A zresztą to człek poważny, odpowiedzialny, można powierzyć mu pana.

I Masa nie pojechał. Teraz go to gryzło. Sprawa, której pan się podjął, należała, wszystko na to wskazywało, do zadań nie na żarty. W teczce, którą pan wziął w tajemnicy przed Masą, leżał strój nocnego zwiadowcy. Jakże trudne jest życie wasala, co nie może się porozumieć z człowiekiem, któremu służy! Znając język północnych barbarzyńców, Masa rzekłby panu: „Nie ma pan i mieć nie będzie wierniejszego i troskliwszego pomocnika ode mnie. Gardząc moją pomocą, boleśnie rani pan moje serce i moją cześć. Wszędzie i zawsze winienem być z panem, to mój obowiązek”. Trudno, pan jest bardzo mądry, z każdym dniem zna więcej japońskich słów i wkrótce nastąpi dzień, gdy będzie można rozmówić się z nim ludzką mową, bez grymasów i gestykulacji. Wtedy Masa wreszcie zacznie służyć jak należy.

Tymczasem robił, co mógł: po pierwsze, nie spał, po drugie – nie wpuścił do swego łóżka Natsuko, choć się naburmuszyła, a i karada Masy bardzo chciała (to nic, niech pocierpi, karada powinna ulegać nakazom ducha), po trzecie – osiemset osiemdziesiąt osiem razy wymówił zaklęcie skuteczne na nocne napaści, którego nauczyła go pewna kurtyzana. Kobieta ta miała pana serca, który był nocnym grabieżcą. Ilekroć wyprawiał się po łup, nie przyjmowała klientów, tylko zapalała kadzidła i modliła się przed pyzatym bogiem Hotei, patronem tych, których los zawisł od szczęścia. I zawsze jej ukochany powracał z workiem na plecach, pełnym zdobyczy, a przede wszystkim zdrów i cały – proszę, jakie to mocne zaklęcie. Aż jednego razu głupia kobieta zmyliła rachunek i na wszelki wypadek pomodliła się na zapas. I cóż? Tejże nocy nieszczęsnego grabieżcę pojmali strażnicy i już nazajutrz jego głowa szczerzyła się na przechodniów z mostu nad Sakuragawą. Kurtyzana, ma się rozumieć, przebiła sobie gardło szpilką do włosów, a wszyscy orzekli: „Dobrze ci tak, nieodpowiedzialna kretynko”.

By uniknąć pomyłki, Masa układał w kupki ziarnka ryżu. Co wypowie zaklęcie – dorzuca, co wypowie – dorzuca. Małe kupki po osiem ziaren łączyły się w większe, złożone z dziesiątki małych. Gdy większych kupek zebrało się jedenaście, dawno już wstał świt. Masa bez pośpiechu odmówił śpiewnie modlitwę jeszcze osiem razy. Kładąc ostatnie ziarnko ryżu, wyjrzał przez okno i zobaczył, jak pod bramę konsulatu podjeżdża lśniąca czarnym lakierem kareta niebywałej świetności, zaprzężona w aż czwórkę koni. Na koźle siedział nadęty stangret, cały w złotych galonach i w czapie z piórami.

Drzwiczki otwarły się i na trotuar wyskoczył lekko pan. Co prawda, bez worka na plecach, ale za to żywy i nietknięty. A zresztą – czyż kareta gorsza niż worek? Ależ mocne zaklęcie!

Masa rzucił się na spotkanie.

Jeszcze cudowniejsza była przemiana, jaka zaszła w panu. Po tej przeklętej nocy, kiedy wcześniej niż zwykle wyszedł z pawilonu, a całą drogę do domu potykał się niczym ślepiec, twarz pana stała się podobna do maski ziemnego pająka z teatru no: ciemna, zastygła, a nos, i bez tego długi, jeszcze się zaostrzył – strach patrzeć.

Czemu O-Yumi-san wolała czerwonowłosego Anglika, to jasne: o wiele bogatszy, ma wielki, piękny dom i sług osiem, a nie jednego. Pan strasznie cierpiał z zazdrości, i patrząc na niego, Masa też cały się aż skręcał. Jął nawet przemyśliwać, czyby nie zabić niegodziwej. Oczywiście, pan się rozżali, ale zawsze to jednak lepsze niż dręczyć swą wątrobę, co minuta wyobrażając sobie, jak ukochana wije się w objęciach innego.

Lecz oto stał się cud i rozproszył złe czary. Masa poznał to od razu. Czy to dzięki dobremu bogu Hotei, czy z jakiejś innej przyczyny – pan został ocalony. Jego oczy świeciły pewnością siebie, kąciki ust nie wyginały się już w dół.

– Masa, duża sprawa – powiedział silnym głosem po japońsku. – Bardzo duża. Pomagać, dobrze?

Z karety chudym tyłkiem naprzód wylazł jakiś człowieczek w pomiętym, upapranym surducie, odwrócił się i omal nie upadł, tak nim zarzuciło.

Sądząc z garbatonosej fizjonomii, wydelikaconej cery i subtelnych rączek – pochodził z arystokratów.

– On… mieszkać… dom – powiedział pan, niecierpliwie strzelając palcami, bo nie mógł sobie od razu przypomnieć potrzebnych słów.

Znaczy: gość – zrozumiał Masa i uprzejmie skłonił się nieznajomemu. Ten czknął i znów się zatoczył. Czy to chory, czy pijany – trudno rozpoznać.

Weszli do domu, przy czym pan szedł jakoś bokiem, jakby zasłaniał gościa przed oknami Brudnego Człowieka.

Pan przeszedł korytarzem, chwilę pomyślał i pokazał:

– Tam. On mieszkać tam.

Masa chciał wyjaśnić, że tam mieszkać się nie da, że to składzik, są w nim walizki, worek ryżu, słoje z marynowaną rzodkwią i korzeniem imbiru, ale pan nie zamierzał słuchać.

– Suteretti, suteretti - powtórzył dwukrotnie niepojęte słowo. Potem, wymamrotawszy Choruto (to słowo Masa znał, znaczyło Chikushōl), przyniósł z gabinetu słownik i zaczął wertować. – Strzec. Ty on strzec. Rozumieć?