Prowadzić na jego oczach przez dziedziniec O-Yumi, do tego nieubraną, w jednym pantoflu, było nie do pomyślenia.
– Czemu zwlekamy? – zapytała. – Chodźmy! Chcę jak najszybciej urządzić swój nowy dom. U ciebie jest tak nieprzytulnie!
Lecz w grę nie wchodziło i przekradanie się po złodziejsku. O-Yumi to dumna kobieta, poczułaby urazę. A i on jakżeby mógł: wstydzić się swojej ukochanej!
„Nie wstydzę się – powiedział sobie Erast Pietrowicz. – Muszę się tylko przygotować. To raz. Poza tym jest nieubrana. To dwa”.
– Czekaj tu – poprosił. – Zaraz wrócę.
Przeciął dziedziniec energicznym krokiem, lecz mimo wszystko zerknął na okna Doronina. Zobaczył, jak Wsiewołod Witaljewicz odwraca się z pewną jakby ostentacją. Cóż to może znaczyć?
Zapewne to, że wie już o Sudze i czuje, że się tam bez Fandorina nie obeszło. Wyczekiwaniem przy oknie przypomina o sobie i dowodzi, że nie myśli wysłuchiwać wyjaśnień – ostentacyjna obojętność ma oznaczać, że nie musi ich żądać: radca tytularny zdecyduje sam, gdy przyjdzie pora.
Bardzo subtelnie, bardzo szlachetnie i z wielkim wyczuciem.
Masa tkwił przed składzikiem bez ruchu jak chińska figurka.
– I co on? – zapytał Erast Pietrowicz, wyjaśniając gestem sens pytania.
Sługa złożył raport za pomocą mimiki i gestów: najpierw płakał, potem śpiewał, potem zasnął. Jeden raz trzeba było podać mu nocnik.
– Zuch! – pochwalił wicekonsul. – Kanshi-suru. Itłe kuru. (Co oznaczało: „Pilnować. Ja wychodzę”).
Na sekundę zajrzał do siebie – i co tchu z powrotem do karety. Uchylił drzwi.
– Jesteś nieubrana i bez butów – rzekł do czarującej pasażerki, kładąc na siedzenie worek meksykańskiego srebra. – Kup sobie stroje. I w ogóle wszystko, co uznasz za konieczne. A to są moje wizytówki z adresem. Gdyby potrzebne były jakieś poprawki, czy coś w tym rodzaju, zostaw wizytówkę ekspedientowi, ze sklepu wszystko dostarczą. Wrócisz i urządzimy się. Jesteś panią domu.
O-Yumi z uśmiechem, ale bez większych emocji dotknęła brzęczącego worka, wysunęła gołą nóżkę i pogładziła Erasta Pietrowicza po piersi.
– Ach, jaki ja jestem tępy! – zakrzyknął. – W tym stroju nawet nie wejdziesz do sklepu!
Ukradkiem, oglądając się na budynek konsulatu, ścisnął szczupłą kostkę.
– A po co mam wchodzić? – O-Yumi zaśmiała się. – Wszystko, czego mi trzeba, przyniosą do karety.
Koalicja antybullcoksowska zainstalowała się w pełnym składzie w gabinecie naczelnika policji municypalnej. Niejako samoistnie rolę przewodniczącego, choć przez nikogo niezatwierdzoną, objął inspektor Asagawa. Uznany wcześniej przez wszystkich za lidera rosyjski wicekonsul łatwo ustąpił mu pierwszeństwa. Po pierwsze, porzucając naradę dla sprawy prywatnej, niejako stracił moralne prawo kierownictwa. Po wtóre – czuł, że rozum i serce zajęte ma teraz czymś całkiem innym. Tymczasem sprawa należała do prawdziwie poważnych, nie dopuszczających połowiczności.
Zresztą Asagawa znakomicie przeprowadził pracę analityczną bez udziału Fandorina.
– Tak więc, dżentelmeni, mamy świadka gotowego złożyć zeznania. Lecz jest to człowiek niepewny, wątpliwej reputacji i jego słowa bez potwierdzenia w dokumentach niewiele znaczą. Mamy sygnowane krwią przysięgi satsumskich wojowników, lecz ta poszlaka demaskuje wyłącznie nieboszczyka intendenta Sugę. Są jeszcze przywłaszczone przez Sugę policyjne raporty, lecz ich też wykorzystać przeciw Bullcoksowi nie sposób. Jedyny pewny dowód – to zaszyfrowany schemat spisku, gdzie w charakterze kluczowej postaci występuje główny zagraniczny doradca cesarskiego rządu. Lecz jeśli schemat ma stać się dowodem, trzeba go najprzód w pełni rozszyfrować. Przekazywać dokumentu władzom wcześniej nie wolno. Grozi to fatalną omyłką: nie wiemy przecież, kto jeszcze z dygnitarzy należy do spisku. Skoro sam intendent policji…
– Racja – pochwalił Lockston. Kurzył cygaro przy otwartym oknie, oszczędzając delikatne powonienie Twiggsa. – W ogóle nie dowierzam żadnemu z japów… Oczywiście prócz pana, brachu Go. Niech doktor pokombinuje i rozgryzie te gryzmoły. Mając wszystkich łobuzów na widelcu, capnie się ich w komplecie. Prawda, Rusty?
Erast Pietrowicz przytaknął, ale patrzył tylko na inspektora.
– Wszystko to racja, lecz mamy mało czasu. Bullcox to człowiek mądry, ma potężnych sojuszników, którzy nie cofną się przed niczym. Nie wątpię, że przejawi szczególne zainteresowanie moją osobą (tu wicekonsul, zmieszany, kaszlnął), jak też panami, bo wiadomo, że śledztwo w sprawie satsumskiej trójki prowadziliśmy razem.
Erast Pietrowicz pozwolił tu sobie na lekkie odejście od prawdy, ale tylko w drobiazgach. I bez względu na prywatne źródła nienawiści Anglika spiskowcy, wystraszeni dziwną śmiercią intendenta, nieuchronnie zajęliby się rosyjskim wicekonsulem. Wraz z Sugą brał przecież zasadniczy udział w śledzeniu spisku przeciw Ōkubo – to primo. Cios w intendenta służy interesom Cesarstwa Rosyjskiego – to secundo. A jest jeszcze i tertio: w niedawnym starciu z Bułlcoksem radca tytularny był nieostrożny – dał mu do zrozumienia, że podejrzewa go o spalenie jakichś kompromitujących papierów. W pełnej napięcia chwili czcigodny puścił to pewnie mimo uszu, lecz niewątpliwie sobie przypomni. A że bez przerwy i z najgłębszą pasją rozmyśla właśnie o rosyjskim dyplomacie, można nie wątpić…
W gabinecie zrobiło się duszno. Asagawa podszedł do okna, stanął obok sierżanta, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem, lecz zakrztusił się gryzącym dymem tytoniowym i rozkaszlał. Pomachał ręką, rozganiając obłok dymu, i odwrócił się plecami do okna.
– Być może Fandorin-san ma rację. W każdym razie dodatkowa ostrożność nie zawadzi. Rozdzielimy dowody, by nie trzymać ich w jednym miejscu. Schemat, oczywista, weźmie Twiggs-sensei. W panu teraz cała nasza nadzieja, doktorze. Na Boga, niech się pan nie rusza z domu, żadnych wizyt, żadnych pacjentów. Niech pan mówi, że zachorował.
Twiggs przytaknął z powagą, gładząc się po kieszeni: widać tam właśnie spoczywał kluczowy dokument.
– Ja biorę policyjne raporty, tym bardziej że trzy z nich wyszły ode mnie. Panu sierżantowi pozostają przysięgi.
Amerykanin wziął trzy pokryte brązowymi znakami kartki i obejrzał je z ciekawością.
– Możecie na mnie polegać. Papierki będą przy mnie, a sam nie wytknę nosa z komisariatu. Nawet zostanę na noc.
– Świetnie, tak będzie najlepiej.
– A co ja dostanę? – zapytał Erast Pietrowicz.
– Ma pan pod opieką jedynego świadka. To całkowicie wystarczy.
Fandorin zmieszał się.
– Panowie… Chciałem właśnie prosić was o zabranie księcia. Widzicie, moje stosunki domowe trochę się zmieniły Obecnie w żaden sposób nie mogę go trzymać u siebie… Zamienię się na każdy z pozostałych dowodów. I, jeśli można, proszę jak najszybciej.
Inspektor popatrzył pytająco na wicekonsula, ale pytania nie zadał.
– Dobrze. Tylko za dnia to niemożliwe – zobaczą. A jakże. Ale wiem, gdzie umieścić księcia, jest takie dobre miejsce – nie ucieknie. Nocą, przed samym świtem, proszę przyprowadzić go na trzydziesty siódmy pirs, to przy moście Fudjimi.
– D-dziękuję. A jeśli doktor nie złamie szyfru? Co wtedy?
Solidny Japończyk miał i na to gotową odpowiedź.
– Jeśli sensei nie rozszyfruje schematu, trzeba będzie działać drogą nieoficjalną. Przekażemy wszystko, co wiemy, wraz z dowodami rzeczowymi i zeznaniami świadka, którejś z zagranicznych gazet. Ma się rozumieć, nie brytyjskiej. Na przykład, redakcji „L’Echo du Japon”. Na taką sensację Francuzi oszaleją z zachwytu. I niech się Bullcox wije, żąda dementi – tajemnica wyjdzie na jaw.