Выбрать главу
* * *

W drodze do domu Erastowi Pietrowiczowi rzuciła się w oczy witryna modnego magazynu Madame Betise, a ściślej – wielki reklamowy afisz, cały w różyczki i kupidynki: „Nowość paryskiego sezonu! Pończochy ażurowe, drobna i większa gęsta siatka, wszystkie rozmiary, z podwiązkami z mory”. Przypomniawszy sobie pewien pieprzyk, wicekonsul spąsowiał. Wszedł do sklepu.

Paryskie pończochy okazały się, o dziwo, ładne, a już na rzeczonej kończynie stanowić winny widok zdecydowanie godny uwagi.

Fandorin wybrał pół tuzina: czarne, liliowe, czerwone, białe, ciemnobordowe i w odcieniu „wschód słońca nad morzem”.

– Jaki rozmiar? – spytał wyperfumowany ekspedient.

Radca tytularny zakłopotał się – o rozmiarze nie pomyślał – lecz na pomoc przybyła mu sama właścicielka, madame Betise.

– Henri, monsieur chce pierwszy. Najmniejszy – zaszczebiotała, ciekawie oglądając klienta (tak mu się w każdym razie wydało).

W istocie najmniejszy, połapał się Erast Pietrowicz, przypominając sobie drobną nóżkę O-Yumi. Ale skąd to wie ta kobieta? To też jakieś paryskie ninsō?

Właścicielka obróciła się nieco, wciąż patrząc na Fandorina, po czym nagle spuściła wzrok, kierując uwagę ku półkom z towarem.

Toż ona robi do mnie oko! – wydedukował radca tytularny, i choć madame Betise nie była bynajmniej w jego guście, zerknął na siebie w lustrze. Uznał, że pominąwszy nieco znużony wygląd i zmięte ubranie, wygląda wcale nieźle.

– Uprzejmie proszę zachodzić częściej, monsieur le diplomate - usłyszał, wychodząc.

Zdziwił się, lecz tylko trochę. Jokohama to małe miasteczko. Zapewne wysoki brunet o niebieskich oczach i zabójczo podkręconych wąsikach, zawsze (no – prawie zawsze) ubrany bez zarzutu, zdążył zwrócić na siebie uwagę.

Choć z nieba kropił deszczyk (ten sam, śliwowy), nastrój miał Erast Pietrowicz boski. Zdało mu się, że przechodnie patrzą nań ze szczerą ciekawością i niemal odprowadzają go wzrokiem, że woń morza jest cudowna, a widok statków na kotwicy godny pędzla pana Ajwazowskiego. Radca tytularny spróbował wręcz zanucić, na co zwykle sobie nie pozwalał. Słowa dość dziarskiej melodii były wybitnie płoche:

Miasteczko Jokohama,

Obejść je możesz w lot,

Urocza panorama,

Przystań zamorskich flot.

Ale „miasteczko Jokohama” było jeszcze mniejsze, niż myślał Fandorin. Wkrótce się o tym przekonał.

Zawołano go, ledwie wstąpił na dziedziniec konsulatu.

Doronin wciąż tkwił w oknie, lecz teraz, miast się odwrócić, nie przejawił subtelności.

– Panie wicekonsulu! – krzyknął groźnie. – Proszę łaskawie przyjść do mego gabinetu. Natychmiast, nie wstępując do mieszkania!

I zniknął – udał się pewnie do pomieszczeń służbowych.

Nigdy jeszcze Fandorin nie widział dobrze wychowanego i opanowanego Wsiewołoda Witaljewicza w takim gniewie.

– O nic pana nie pytałem! Nie żądałem stałej obecności! Zaufałem panu! – nie krzyczał, lecz syczał konsul, miotając wściekle spojrzenia zza niebieskich okularów. – Ufałem, że zajmują pana sprawy państwowe, a pan… pan, jak się okazuje, wdał się w amory! Wdarł się pan do domu oficjalnego przedstawiciela imperium brytyjskiego! Porwał pan jego kochankę! Dopuścił się skandalu! Czemu się pan tak dziwi? Jokohama to małe miasteczko. Nowiny, zwłaszcza pikantne, rozchodzą się tu natychmiast!

„Stangret”, pomyślał Erast Pietrowicz. Wygadał się kolegom z agencji Archibalda Griffina, a ci roznieśli to w mig po mieście. No i jeszcze służący Bullcoksa. Kuchenny telegraf to najszybszy środek komunikacji.

– Wie pan chociaż, że intendent Suga skończył ze sobą? A skąd! Myślałem, że… Ech, lowelasie nieszczęsny! – konsul machnął ręką. – Chodzą najróżniejsze słuchy. Że Suga się nie zastrzelił i nie popełnił harakiri. Wybrał starodawny, barbarzyński sposób pożegnania się z życiem, po który samuraje sięgali, tylko wpadłszy w niewolę lub w poczuciu najgłębszej winy. Utrzymuje się, że intendent nie mógł sobie darować śmierci Ōkubo, a kroplą, która przelała czarę, stał się niezasłużony awans. Nie śmiał sprzeciwić się monarszej woli, lecz uznał za konieczne odkupić winę męczeńskim zgonem… Ale cóż pan tak wciąż milczy, Fandorin? Proszę się usprawiedliwić, do diabła! Niech pan coś powie!

– Powiem jutro. Na razie pozwolę sobie przypomnieć obietnicę, że w nic się pan nie miesza i o nic nie pyta. W razie fiaska odpowiem za wszystko hurtem. Dziś nie mam czasu na wyjaśnienia.

Powiedziane to było dobrze, z rezerwą i godnością, lecz efektu nie przyniosło.

– To widać – wycedził konsul, patrząc nie w oczy rozmówcy, ale gdzieś w bok i w dół. Machnął z obrzydzeniem ręką i wyszedł.

Erast Pietrowicz też spojrzał w dół. Z różowego, ozdobionego wstążką pakietu, który wręczono mu w sklepie, zwisała siatkowa pończocha w odcieniu „wschód słońca nad morzem”.

Do swego skrzydła wicekonsul wchodził zgnębiony. Otworzył drzwi i osłupiał, ledwie poznając własny przedpokój.

Na ścianie wisiało wielkie lustro w zdobnej masą perłową ramie z laki, na ozdobnym stoliczku pyszniła się waza biało-liliowych irysów. Znikł wieszak, na którym Masa trzymał nakrycia głowy i odzież wierzchnią pana. W to miejsce pojawiła się niewielka szafa o wyplatanych drzwiczkach. Z góry rozsiewała miękkie różowe światło wielka naftowa lampa z papierowym abażurem.

Zdumiony Fandorin zajrzał do salonu. Zaszły tam takie zmiany, że nie sposób było zaiste wniknąć w szczegóły – odnosiło się tylko ogólne wrażenie mocnych barw, jasności i odświętności.

W jadalni radca tytularny ujrzał stół tak przybrany, że od razu straszliwie zgłodniał (głodu w ostatnich dniach w ogóle nie odczuwał). Były tam owoce, sery, koszyczki z ryżowej słomki z czerwoną i białą rybą, pierożki, ciasta, cukry, szampan w wiaderku.

Wróżkę, zdolną tak cudotwórczo przekształcić służbowe mieszkanie, odkrył wicekonsul w sypialni, aczkolwiek teraz ów pokój przerastał tak prozaiczne miano. Obszerne, lecz zwykłe łóżko, którym zadowalał się Erast Pietrowicz, wzbogacił jedwabny baldachim, w oknach wisiały firanki, na podłodze pstrzył się puszysty dywan. Sama zaś O-Yumi, odziana tylko w nocną koszulę, tę samą, w której umknęła z Bullcoksowskiej nory, stała na krześle, przybijając na ścianie długi zwój z hieroglificzną inskrypcją.

– Wróciłeś, kochanie? – powiedziała, odrzucając z czoła pasmo włosów. – Taka jestem zmęczona! Masz bardzo dziwnego sługę. Odmówił mi pomocy. Musiałam wszystko robić sama! Dobrze, że tyle się nauczyłam w herbaciarni. Tam najpierw, póki nie zyskasz szacunku, robi się wszystko samemu, pierze, prasuje, sprząta… Nie, on naprawdę jest dziwny! Tkwi cały czas w korytarzu, nie pozwolił mi zajrzeć do składziku. Co ty tam trzymasz? Słyszałam jakieś dziwne odgłosy.

– To sekretny pokój. Nic ciekawego, najróżniejsze nudne p-papierzyska – zełgał Fandorin. – Jutro każę je zabrać. Ale czemu nie kupiłaś sobie nic z ubrania?

Zgrabnie zeskoczyła z krzesła.

– Kupiłam. Tylko je zdjęłam, żeby nie wybrudzić. Na początek wystarczy.

Otworzyła szafę z garderobą i Erast Pietrowicz zobaczył, że jego surduty i spodnie zepchnięto w najdalszy kąt, a cztery piąte przestrzeni zajmują różnokolorowe jedwabie, atłasy i aksamity. Na górnej półce stały pudła kapeluszy, na dole pudełka z butami.