Выбрать главу

– A co tam masz? – O-Yumi wyciągnęła rękę po różową paczkę. – Z Madame Betise? Dla mnie?

Wyjęła pończochy, obejrzała je i zmarszczyła nosek.

– Shumiwarui.

– Co?

– To wulgarne! Nie masz pojęcia o damskich strojach. Czarne zresztą sobie zostawię. Resztę oddam Sophie. Na pewno jej się spodobają.

– K-komu? – nie nadążał za nowinami biedny Erast Pietrowicz.

– Żółtowłosej głuptasce, co wali palcami w wielką żelazną maszynę.

– Z-zdążyłaś ją poznać?

– Tak, zaprzyjaźniłyśmy się. Podarowałam jej kapelusik, ona mi chustę w duże czerwone kwiaty. Poznałam też bliżej Obayashi-san, kochankę twojego zwierzchnika. Mila kobieta, z nią też się zaprzyjaźniłam.

– A czego jeszcze zdążyłaś dokonać w ciągu tych trzech godzin naszego niewidzenia?

– Niczego więcej. Kupiłam to i owo, zaczęłam doprowadzać do porządku dom i zaznajomiłam się z sąsiadkami.

Trudno powiedzieć, by Fandorin umiał dobrze liczyć pieniądze, lecz zdawało mu się, że zakupów jest jakby trochę za dużo.

– Jakim cudem starczyło ci pieniędzy? – zdziwił się, widząc na stoliku zamszowe puzderko z uroczą perłową broszką.

– Pieniędzy? Wydałam je już w pierwszych dwóch sklepach.

– A jak płaciłaś potem?

Wzruszyła nagim ramionkiem.

– Ależ tak, jak wcześniej, gdy żyłam z Algiem. Zostawiałam wszędzie twoje wizytówki.

– I uznali twój kredyt?

– Oczywiście. Ledwie trafiłam do trzeciego sklepu, już wszyscy wiedzieli, że teraz żyję z tobą. Madame Betise (u niej też byłam, ale przez myśl mi nie przeszło kupować tych okropnych pończoch) przywitała mnie i oznajmiła, że jesteś bardzo przystojny, o wiele przystojniejszy od Bullcoksa. On jest, oczywiście, bogatszy, ale to nie bardzo ważne, kiedy mężczyzna jest tak przystojny, jak ty. Jadąc z powrotem, rozsunęłam zasłony w powozie. Ależ się na mnie gapili!

„Na mnie też”, pomyślał Erast Pietrowicz, wspomniawszy, jak oglądali się za nim przechodnie. Boże, Boże!

* * *

Późnym wieczorem siedzieli we dwoje, pijąc herbatę. Erast Pietrowicz uczył O-Yumi pić tak, jak to robią rosyjscy woźnice: ze spodka, z kostką cukru w ustach, z głośnym dmuchaniem i siorbaniem. Zarumieniona O-Yumi w rosyjskiej chuście wydymała policzki, chrupała białymi zębami cukier, śmiała się dźwięcznie. Nie miała już w sobie nic egzotycznie japońskiego i Fandorin odniósł wrażenie, że przeżyli ze sobą wiele lat, a jak Bóg da, przeżyją drugie tyle.

– I na co ci to całe jōjutsu? – powiedział. – Co ci wpadło do głowy, by studiować takie paskudztwo, które wszystko, co żywe, spontaniczne i naturalne, zamienia w chłodną kalkulację?

– A czy nie na tym polega sens każdej sztuki? Rozkłada się to, co naturalne, na najdrobniejsze elementy, żeby ułożyć je po swojemu na nowo. Sztukę miłości studiuję od czternastego roku życia.

– Od cz-czternastego? Zdecydowałaś tak sama?

– Nie, uczyć się jōjutsu kazał mi ojciec. Powiedział: „Gdybyś była moim synem, posłałbym cię, byś rozwijała zdolność myślenia, siłę i zręczność, bo one są główną bronią mężczyzny, ale ty jesteś kobietą i twoją główną bronią jest miłość. Jeśli w pełni opanujesz tę złożoną sztukę, to najsilniejsi, najmądrzejsi i najzręczniejsi z mężczyzn staną się gliną w twych rękach”. Mój ojciec wiedział, co mówi. Był najmądrzejszy, najsilniejszy i najzręczniejszy ze znanych mi ludzi. Miałam czternaście lat, byłam głupia i bardzo nie chciałam iść na naukę do mistrzyni jōjutsu, ale kochałam ojca, więc usłuchałam go. Oczywiście, jak zawsze miał rację.

Erast Pietrowicz nachmurzył się, myśląc, że w każdym innym cywilizowanym kraju ojca sprzedającego córkę do burdelu czekałoby ciężkie więzienie.

– Gdzie on teraz jest, twój ojciec? Często się widujecie? Twarz O-Yumi nagle pomroczniała, uśmiech zgasł, a wargi zacisnęły się jakby ze wstrzymywanego bólu.

Umarł, domyślił się radca tytularny i w skrusze za zadane ukochanej cierpienie pośpieszył naprawić błąd: pogłaskał ją delikatnie po wgłębieniu u nasady szyi (skądinąd od dawna już miał na to chętkę).

Dużo później, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, O-Yumi rzekła z westchnieniem:

– Jōjutsu to niezwykła nauka. Ona jedna zdolna jest uczynić kobietę silniejszą od mężczyzny. Ale tylko dopóki kobieta nie straci głowy. Boję się, że to mnie właśnie spotkało. Co za wstyd!

Fandorin przymknął oczy, tak przepełniało go dzikie, niewysłowione szczęście.

Być albo nie być.

To głupie pytanie, jeśliś

Był raz szczęśliwy.

Łaskotki

Nocować w biurze – to dla Waltera Lockstona nie pierwszyzna. Wedle kontraktu z miastem Jokohama naczelnikowi policji municypalnej przysługiwał służbowy dom, i to z umeblowaniem, lecz do tych apartamentów sierżant jakoś nie przywykł. Kanapy i krzesła stały pod pokrowcami, wielki szklany kandelabr nie zapłonął ni razu, małżeńskie łoże pokrywało się bez pożytku pyłem – dawny mieszkaniec prerii przedkładał płócienne łóżko polowe. Smutno samotnemu w piętrowym domu – przygniatają go sufit i ściany. Dużo lepiej w biurze i własnej, znajomej, miłej ciasnocie: biurko do pracy, szafa pancerna, półka z bronią. Nie wionie pustką jak w domu. I śpi się lepiej. Walter pod byle pretekstem chętnie zostawał tu na noc. A dziś pretekst był aż nazbyt poważny.

Posiadającego rodzinę dyżurnego sierżant zwolnił do domu. W komisariacie panowała cisza i spokój. Areszt ział pustką. Ani rozhukanych marynarzy, ani pijanych klientów Numeru Dziewiątego. Chwała Bogu!

Mrucząc pod nosem piosenkę o sławnym roku sześćdziesiątym piątym, Lockston przeprał bluzę, powąchał skarpetki i włożył je z powrotem. Jeszcze dzionek da się w nich pochodzić. Zaparzył mocną kawę, wypalił cygaro, a tymczasem nastała pora udania się na spoczynek. Umościł się w fotelu. Zdjął buty, nogi położył na biurku. Miał w gabinecie koc, tu i ówdzie przetarty, lecz ulubiony, bo pod nim zawsze śniły się piękne sny.

Ziewnąwszy, sierżant zlustrował pomieszczenie. Wszystko jak należy. Trudno chyba wyobrazić sobie, żeby angielscy szpiedzy czy japy zamierzali szperać w komisariacie policji. Lecz ostrożności nigdy dość.

Drzwi gabinetu zamknięte na klucz. Okno i kraty też, otwarty tylko lufcik, żeby nie było duszno. Odstęp między prętami jest wąziutki, ledwie kot się prześliźnie.

Deszcz, mżący od południa, ustał. Na niebie zajaśniał księżyc, i to tak jaskrawy, że trzeba było nasunąć daszek na oczy.

Walter powiercił się, umościł. Za pazuchą zaszeleściły zapisane krwią papierki. Ależ bywają na świecie potwory – sierżant tylko pokręcił głową.

Zasypia zawsze szybko, lecz z początku (to lubił nade wszystko) przemkną mu przez mózg barwne scenki z przeszłości, a nawet zdarzeń na niby. Zakrążą, zawirują jedna przez drugą i jedna po drugiej, przechodząc z wolna w pierwszy, najsłodszy sen.

Tak też było i tym razem. Zobaczył końską głowę o ostrych, rytmicznie podrygujących uszach, wybiegającą naprzeciw ziemię, porosłą jak okiem sięgnąć zrudziałą trawą; potem wysokie, odległe niebo w białych chmurach, jakie widzi się tylko nad bezkresną przestrzenią; potem pewną kobietę, która kochała go (lub udawała) w Louisville w sześćdziesiątym dziewiątym; potem karzełka w barwnym trykocie, co okręcał się i przeskakiwał przez pierścień. To ostatnie widzenie, które wypłynąć musiało z najgłębiej zapomnianej przeszłości, może z dzieciństwa, przeszło nieznacznie w sen.