Ale ranga rangą, a sytuacja sytuacją, i marynarz z miejsca zademonstrował, kto teraz uosabia tu władzę państwową.
W gabinecie konsula rozsiadł się, nie pytając, na miejscu gospodarza za biurkiem. Wsiewołod Witaljewicz musiał ulokować się na krześle, Fandorin pozostał w pozycji stojącej. Nie z hardości, lecz w obawie, że jeśli siądzie, nie zdoła już wstać. Oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
– Sekretarzu! Hej, jak ci tam… – krzyknął w otwarte drzwi kapitan – lejtnant. – Proszę być w pobliżu, może się pan przydać!
– Słucham – dobiegło z korytarza.
Doronin skrzywił się z lekka, lecz zmilczał, a Fandorin zrozumiał. Słowa te padły dla podkreślenia pogróżki, że oto zaraz, w tej chwili, rozpocznie się sąd i zapadnie kategoryczny wyrok. Dość będzie go tylko podyktować.
– Od pańskiego zwierzchnika jego ekscelencja i ja niczego sensownego się nie dowiedzieliśmy – z urągliwym sarkazmem przemówił Bucharcew, świdrując Erasta Pietrowicza wzrokiem. – Wsiewołod Witaljewicz utrzymuje tylko, że sam ponosi za wszystko odpowiedzialność, a niczego jak należy wyjaśnić nie może. Toteż poruczono mi przeprowadzić dochodzenie. Proszę przyjąć do wiadomości, Fandorin, że w mojej osobie odpowiada pan bezpośrednio przed ambasadorem, a nawet więcej – przed całym państwem rosyjskim.
Radca tytularny po krótkim ociąganiu lekko się skłonił. Przed państwem, to przed państwem.
– A więc, po pierwsze – prokuratorskim tonem kontynuował kapitan – lejtnant – jokohamska tubylcza policja znalazła opodal jakichś składów trupa księcia Onokojiego, postaci z wyższych sfer, krewnego wielu wpływowych osób.
„Opodal składów?” – zdziwił się Erast Pietrowicz i przypomniał sobie znaczący grymas swego sługi. Ani chybi przed wyniesieniem z pirsu nieprzytomnego pana wpadł na pomysł przeniesienia zwłok w inne miejsce. Ależ zuch z tego Masy!
– Przy oględzinach papierów przedwcześnie zmarłego naczelnika cudzoziemskiej policji wyszło na jaw, że wyżej wspomniany książę Onokoji był aresztantem w więzieniu municypalnym. – Bucharcew podniósł głos, wybijając twardo każde słowo. – A zatrzymany został na wniosek rosyjskiego wicekonsula. Co to ma znaczyć, Fandorin? Co to za samowolny areszt, i to takiej osobistości? Całą prawdę, bez owijania w bawełnę! Tylko to może w pewnym stopniu zmniejszyć oczekującą pana karę!
– Nie boję się kary – odparł sucho Erast Pietrowicz. – Za pańskim pozwoleniem, zrelacjonuję wiadome mi fakty, jednakże na wstępie powinienem oznajmić, że działałem na własny rachunek i ryzyko, nie informując p-pana konsula.
Attaché uśmiechnął się z niedowierzaniem, lecz nie wdawał się w polemikę. Jak najlakoniczniej, nie pomijając jednak nic istotnego, radca tytularny zrelacjonował cały bieg zdarzeń, wyjaśnił racje swych poczynań, a zakończył wyliczeniem tragicznych skutków, do jakich te działania doprowadziły. Nie tłumaczył się i nie usprawiedliwiał też swych błędów. Jedynym ustępstwem na rzecz miłości własnej było, że zmilczał o fałszywym śladzie, wiodącym od intendenta Sugi do Bullcoksa. Konsul także przemilczał sprawę czcigodnego, choć wersja o brytyjskich intrygach była mu dobrze znana.
– Sługa mądrzejszy od pana – zjadliwie podsumował attaché. – Domyślił się, by odwlec trupa księcia gdzieś dalej, gdyż inaczej Japończycy niezawodnie zaczęliby podejrzewać rosyjskiego konsula o zabójstwo. Gdyby dać panu wiarę, Fandorin, to z pana prawdziwy patriota, bohater i partyzant, istny Denis Dawydow. A nie przeoczył pan aby wzięcia się za łby z Bullcoksem?
Wie, zrozumiał Fandorin. Teraz już wszystko jedno.
– Tak, to był mój błąd. Dałem się zwieść. Widzi pan…
Chciał wspomnieć o przedśmiertnym kłamstwie intendenta, ale Bucharcew przerwał:
– „Błąd! Zwieść się!” Dzieciak! Konfuzję będzie udawał! Dla spódniczki, to znaczy, kimona. Wyzwanie od samego Bullcoksa, głównego rządowego doradcy! Koszmar! Skandal dyplomatyczny!
Tu radca tytularny do reszty przestał cokolwiek rozumieć, tylko chwycił się za dudniącą skroń.
– Jakie w-wyzwanie? O czym pan?…
– Mścisław Mikołajewicz mówi o wyzwaniu, jakie dziś, o ósmej rano, przekazano od Bullcoksa – wyjaśnił Doronin. – Jako że był pan nieprzytomny, wyzwanie zmuszony byłem odebrać ja. Dokument, sporządzony według wszelkich reguł, pozostawia panu wybór broni, z jednym dodatkowym warunkiem: walki na śmierć i życie. Ledwie znikł sekundant Bullcoksa, pojawili się ludzie z miejscowej policji – z powodu księcia Onokojiego… Musiałem natychmiast udać się do Tokio z raportem dla jego ekscelencji.
Fandorin uśmiechnął się kwaśno – oto najlepsze potwierdzenie, że Bullcox to nie żaden spiskowiec ani zakulisowy łotr, podsyłający morderców, lecz brytyjski dżentelmen, gotów zmyć obrazę, wystawiając pierś na kulę czy ostrze.
– I jeszcze się uśmiecha! – eksplodował Bucharcew. – Okrył hańbą imię rosyjskiego dyplomaty i śmieje się! I to dla kogo? Dla jakiejś sprzedajnej…
– Milczeć! – krzyknął do kapitana – lejtnanta Fandorin. – Jeszcze słowo, a z panem też będę się strzelał do ostatniej krwi!
– Toż mało przegnać ze służby, do domu wariatów go trzeba wsadzić, w kaftan bezpieczeństwa! – wymamrotał Mścisław Mikołajewicz, lecz już bez poprzedniej wyniosłości. Strzelać się do krwi ostatniej wyraźnie nie miał chęci.
– Panowie, panowie – wtrącił się konsul. – Działamy we wspólnej sprawie, powinniśmy znaleźć wyjście z nader niemiłej sytuacji. Proszę się nie spierać! Eraście Pietrowiczu, mówił pan, że przed śmiercią książę jako przywódcę spisku wymienił Dona Tsurumakiego?
– Tak. Ale czemuż to przedsiębiorca, filantrop, entuzjasta postępu miałby zabijać ministra? Nie mieści mi się to w głowie…
Wypada jednak nadmienić, że głowa radcy tytularnego obecnie w ogóle mało co mogła pomieścić, tak dręczył ją i przeszywał ból.
– A zatem – powoli kontynuował Wsiewołod Witaljewicz, pocierając podbródek – a zatem… Całkiem logicznie: Tsurumaki – to konstytucjonalista, zwolennik parlamentaryzmu, otwierającego przed kimś takim nieograniczone możliwości. Ōkubo zaś był klasycznym przedstawicielem oświeconego absolutyzmu. Z punktu widzenia Pana Chmury minister stanowił przeszkodę na drodze postępu społecznego i ekonomicznego, skoro już pan o nim wspomniał. Nie było w tym żadnej prywaty. Po prostu „nowi Japończycy” w rodzaju naszego przyjaciela nawykli rozwiązywać problemy prosto i definitywnie. Jeszcze jak definitywnie: zbić z szachownicy jedną figurę i partia w kieszeni… A możliwości technicznych Tsurumaki miał mnóstwo. Po pierwsze, z lat wojny domowej zachował swą gwardię, oddane mu w pełni tak zwane czarne kurtki. – (Fandorin przypomniał sobie niewidocznych służących z posiadłości na Bluffie). – Po drugie, do Dona należy w istocie cała mroczna Jokohama z jej spelunkami i lokalami złej sławy. A to oznacza ścisłą więź ze światem przestępczym, z yakuzą. – (Tak, tak, Rakuen, Garbus – pomyślał Erast Pietrowicz). – Wreszcie od czasu wspomnianej rewolucji Don zachował najściślejsze związki z satsumskimi samurajami, razem z którymi walczył z szogunem.
Konsul zamilkł, wyczerpawszy zapewne swe racje, ale pod wpływem jego słów mózg radcy tytularnego wreszcie zaczął pracować, aczkolwiek opornie.
O szpiegostwie i wiarołomstwie swego rezydenta Tsurumaki wiedział świetnie. Przez lunetę mógł, jak wiadomo, śledzić nie tylko gwiazdy, lecz i sąsiedni dom, gdzie arcyczęsto nocami wyprawiał się Onokoji. Don był zaś przy tym również znajomym Sugi…
Tu kapitan-lejtnant wymierzył ostatni cios.
– Hm, a czy wiecie, panowie, że kilka dni temu nieboszczyk Suga wygrał od Tsurumakiego w karty wspaniałą posiadłość? Opowiedział mi o tym ambasador Austrii – gra toczyła się w jego willi. Czy ta informacja w czymś może nam pomóc?