Выбрать главу

I love you – wyczytał z jej warg Fandorin i żar zatętnił mu w skroniach. Nie mówiła mu tego nigdy, nawet w najsłodszych chwilach. A może to znów chwyt przeklętego jōjutsu?

– Nie jestem twoim wrogiem – przerwał przedłużającą się pauzę Tamba. – Nie mogę być wrogiem tego, kogo kocha moja córka.

Lecz radca tytularny, przeniknięty myślą o jōjutsu, zakrzyknął nieprzejednany:

– Nic z tego! Jesteś moim wrogiem! Zabiłeś moich przyjaciół! Coś zrobił z Masą?

– Jest żywy i cały – starzec uśmiechnął się łagodnie. – Po prostu wszedł do izby z uchylną podłogą i wpadł do dziury. Mój kuzyn Jingorō ścisnął twojemu słudze szyję, żeby usnął. Wkrótce sam go obudzisz.

Jednakże rachunek dla klanu Momochi miał wicekonsul długi.

– Zabiłeś moich przyjaciół! Asagawę, Lockstona, Twiggsa! Mam o nich zapomnieć?

Na to Tamba rozłożył tylko ręce i przemówił smutno:

– Miałem nadzieję, że zrozumiesz. Moi geninowie wypełniali zadanie. Zabili twoich przyjaciół nie z nienawiści, lecz z obowiązku. Każdy z tych trzech został uśmiercony szybko, honorowo i bez męczarni. Ale jeśli chcesz zemsty za nich, masz prawo. Tamba niczego nie robi połowicznie.

Wsunął rękę pod niski stolik, coś tam nacisnął, i w suficie nad głową Fandorina otwarł się ciemny kwadrat.

Jōnin rzucił krótki rozkaz. Na matę przed wicekonsulem padł z głuchym stukiem gerstal.

– Zemścij się na mnie – powiedział shinobi – ale nie chowaj urazy do Midori. Niczym wobec ciebie nie zawiniła.

Wolno podniósłszy broń, Erast Pietrowicz wysunął bębenek. Zobaczył jedną wystrzeloną i sześć nietkniętych łusek. Czyżby starzec mówił serio?

Podniósł rewolwer, skierował go w czoło Tamby. Ów nie odsunął oczu, tylko opuścił powieki. „Z pewnością mógłby mnie zmesmeryzować, zahipnotyzować, czy jak to się tam nazywa, lecz nie chce” – zrozumiał Fandorin.

Midori spojrzała nań krótko. Wyczytał w jej wzroku błaganie. A może mu się zdaje? Taka nikogo nie poprosi o nic, nawet o życie ojca.

Jakby na potwierdzenie tej myśli znów opuściła głowę.

Radca tytularny zmusił się do przypomnienia twarzy zmarłych przyjaciół: twardego jak stal Lockstona; rycerza sprawiedliwości – Asagawy; doktora Twiggsa – ojca dwojga dziewcząt z wadą serca.

Nie sposób strzelić do człowieka, który nie próbuje się bronić. Ale rozgorzały w duszy ból żądał ujścia, drążył palec niepowstrzymaną żądzą naciśnięcia na cyngiel.

„Są rzeczy, których wybaczyć nie można, bo zachwieje się równowaga świata” – rzekł sobie Erast Pietrowicz.

Skręcił dłoń lekko w bok i wystrzelił.

Od huku zadzwoniło w uszach.

Midori podniosła ręce do skroni, lecz głowę wciąż miała opuszczoną.

Tambie nie drgnął ani jeden mięsień. Na jego skroni widniała pąsowa smuga oparzenia.

– Tak oto – rzekł łagodnie – zginął twój wróg Tamba. Został tylko twój druh Tamba.

Dzisiaj dzień święta.

Zwycięstwo, wróg zniszczony.

Co za samotność!

Miłość kretów

Skądś z góry doniósł się stłumiony łomot. Erast Pietrowicz zadarł głowę. Burza? Znów gruchnęło, lecz teraz łomotowi towarzyszył trzask.

– Co to? – Fandorin zerwał się na równe nogi.

– To Kamata zaczął strzelać ze swego działa. – Tamba też wstawał niespiesznie. – Nie chciało mu się czekać świtu. Pewnie wpadł na to, że ty i twój sługa jesteście u nas.

Jak widać, jōnin znał plany Kamaty!

– Wiesz wszystko? Skąd?

– To moje góry. Każde drzewo ma uszy, każda trawka oczy. Chodźmy, zanim ci głupi ludzie trafią przypadkiem w któryś z domów.

Tamba stanął pod włazem, przysiadł w kucki, po czym sprężyście podskoczył – tak wysoko, że siadł na skraju otworu. Mignęły nogi w białych skarpetkach i zręczny staruszek był już na górze.

Fandorin obejrzał się na Midori i drgnął – w sąsiednim pomieszczeniu było pusto. Kiedyż zdążyła zniknąć?

Z dziury w suficie wychylił się Tamba.

– Daj rękę!

Ale ręki radca tytularny mu nie dał. Byłoby to zbyt poniżające. Jakoś podciągnął się sam, aczkolwiek walnął w deskę łokciem.

Jōnin był w czarnych spodniach i czarnej zarzutce. Wypadłszy na werandę, włożył czarne skórzane getry, na głowę naciągnął maskę i stał się prawie niewidzialny.

Z mroku strzelił ognisty słup, miotając na wszystkie strony kamienie i grudy ziemi.

Tamby już obok nie było, rozpłynął się w mroku. Skądś z góry (czyżby z dachu?) zeskoczył czarny cień. Bezdźwięcznie dotknąwszy nogami ziemi, przekoziołkował przez głowę, odturlał się, zerwał jak pozbawiony wagi, a w chwilę później też znikł. Radca tytularny dostrzegł, jak powietrze zakołysało się jeszcze w kilku innych miejscach – tam także mignęły ciemne sylwety.

Pociski eksplodowały tak często, jak gdyby strzelała cała bateria. Szybkostrzelna armata Kruppa daje trzy strzały na minutę, przypomniał sobie Fandorin, weteran wojny tureckiej. Jeśliby sądzić po dźwięku, czarne kurtki zajęły pozycję na wierzchołku góry. Wpatrując się w eksplozje, wicekonsul pojął taktykę Kamaty. Jego celowniczy kładł pociski w szachownicę, przesuwając celownik o dwa, trzy sążnie. Zapewne postanowił w ten sposób przeczesać całą leśną wysepkę. Wcześniej czy później trafi w któryś w domów. Jedna z sosen już zapłonęła – w mroku rozkwitł jaskrawy, purpurowy kwiatek.

Co robić? Gdzie uciekać?

Jeden z cieni zatrzymał się tuż przy radcy tytularnym, chwycił go za rękę, pociągnął za sobą.

Dobiegli do środka lasu, gdy tuż obok pocisk uderzył w drzewo. Pień zatrzeszczał, poleciały gałęzie i obaj upadli na ziemię. Kolejny wybuch konsekwentnie zrył ziemię dziesięć kroków dalej. W czarnej twarzy ninja rozbłysły oczy, wydłużone, namiętne, świetliste.

Ona!

Podniósłszy się, Midori znów wzięła Erasta Pietrowicza za rękę, by biec dalej, lecz nie poddał się, przyciągnął ją do siebie.

Teraz grzmotnął wybuch z drugiej strony i Fandorin znów dojrzał tuż – tuż jej oczy, cudowne, pełne życia.

– Naprawdę mnie kochasz? – zapytał.

– Co?

Jego słowa znikły w huku.

– Kochasz mnie!? – wrzasnął Erast Pietrowicz. Zamiast odpowiedzi zdarła maskę, chwyciła w dłonie jego twarz, pocałowała.

I zapomniał o szybkostrzelnej armacie, o gwizdach i gromowym łoskocie śmierci, o wszystkim na świecie.

Sosna gorzała coraz jaśniej i jaśniej, po pniach drzew, po ziemi skakały czerwone cienie. Tracąc dech, radca tytularny zdzierał z ramion ukochanej kobiety ubranie, i jej ciało z czarnego zmieniało się w białe.

Midori ani myślała mu przeszkadzać. Jej oddech był równie spieszny, jej ręce zdzierały mu koszulę.

Wokół parskał ogień, trzaskała ziemia, jęczały drzewa, a Fandorinowi zdało się, że kocha go sama Noc – niesamowita, gorąca.

Sosnowe igiełki kłuły to w plecy, to w łokcie – sczepieni kochankowie turlali się po ziemi. Raz odłamek wrył się w ściółkę tam, gdzie sekundę wcześniej przetoczyły się ich ciała, lecz ani on, ani ona tego nie dostrzegli.

Wszystko skończyło się nagle. Midori jednym ruchem zrzuciła z siebie wybranka, sama skoczyła w drugą stronę.

– Co robisz? – zawołał z urazą i zobaczył, jak pomiędzy nich, miotając snop iskier, pada płonąca gałąź.

Dopiero wtedy Erast Pietrowicz przyszedł do siebie. Armatni ogień ucichł, tylko w dwóch czy trzech miejscach potrzaskiwały płonące drzewa.

– Jak się to nazywa w twoim jōjutsu? – zapytał ochryple, obwodząc ręką widok.