Выбрать главу

– Szalony Abe już nie potrzebuje swoich kopalń. Wczoraj znaleziono w buszu jego zwłoki.

Cole na chwilę odwrócił wzrok. Kiedy znów spojrzał na Chińczyka, jego oczy miały kolor zimowego deszczu.

– Niech ten stary drań spoczywa w pokoju. Kiedy z nim wędrowałem, miałem wrażenie, że cofam się w czasie, co najmniej o sto lat, a nieraz nawet o kilka wieków. To był prawdziwie pierwotny człowiek, mimo kontynentalnego wykształcenia.

– Sądząc po jego poezjach, taki właśnie był. Napisał mnóstwo wierszy, a wszystkie kiepskie.

Wing wyjął zniszczone blaszane pudełko z głębokiej szuflady biurka. Wewnątrz znajdowało się kilka zapisanych kartek i cały blok czystego grubego papieru. Chińczyk wyjął jedną z kartek i wolno przejrzał.

Cole uśmiechnął się krzywo.

– Pisał poezje na metry. Który to wiersz?

– Coś o tytule „Paw z Antypodów”. Powiedziano mi, że świętej pamięci Windsor uważał te dziwaczne strofy za coś w rodzaju rymowanej mapy, przewodnika, który doprowadzi jego spadkobiercę do złoża diamentów.

– Co takiego?

– Klucz do rozwiązania zagadki tajemniczej kopalni jest ukryty gdzieś między tymi okropnymi rymami – oznajmił Wing i podał papiery Amerykaninowi.

Cole popatrzył na zapisane drobnym pismem linijki. Przeczytał wybraną przypadkowo zwrotkę:

Kiedy roos skaczą po ziemi, Blaszane pudełko Grzechocze pod nimi.

Podniósł wzrok znad papieru.

– „Blaszane pudełko” to interesująca przenośnia, ale ten wiersz jako mapa określająca położenie skarbu pozostawia wiele do życzenia.

– Jest tego więcej – powiedział Wing, na próżno starając się stłumić nadzieję pobrzmiewającą w jego głosie. – Obawiam się jednak, że reszta jest równie niezrozumiała i zawiła.

– Może to po prostu brednie wariata. Nie dlatego nazwali Abe'a Szalonym, że nie potrafili wymyślić trafniejszego przezwiska. Staremu brakowało nie tylko piątej klepki, on dawno stracił wszystkie.

Wing westchnął ciężko.

– To właśnie podejrzewaliśmy. Mieliśmy nadzieję, że te wiersze coś ci powiedzą.

– A jeśli odnajdę kopalnie, to według kontraktu, który właśnie podpisałem, połowa moich udziałów należy do ciebie, jako współwłaściciela BlackWing Resources. Krótko mówiąc, rodzina Chen liczy, że znajdę dla ciebie skarbiec Szalonego Abe'a. – Wing skinął głową. – W takim razie właśnie straciłeś dziesięć milionów dolarów, które na mnie postawiłeś – ciągnął spokojnie Cole. – Być może ten skarbiec istnieje, ale jestem absolutnie pewny, że nie jest nim Śpiący Pies numer jeden. To komin kimberlitowy, nie złoże wtórne. Diamenty z tej kopalni nie zostały wymyte ze skały przez wodę. Trzeba wydobywać całe odłamy skalne i kruszyć je, żeby się dostać do diamentów. Surowiec to małe diamenty o ostrych krawędziach. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach klasy przemysłowej.

Wing nie reagował. Cole chrząknął zniecierpliwiony. Jego nowy wspólnik nie rozumiał, na czym polega różnica między nadzwyczajnymi, wspaniałymi kamieniami z tej zniszczonej welwetowej sakiewki i przeważnie bezwartościowym śmieciem, który Szalony Abe wydobywał ze swoich Kopalń Śpiącego Psa. Jak dla większości ludzi, dla Winga diamenty to były po prostu diamenty – najpiękniejsze z klejnotów, najbardziej wartościowe kamienie pod słońcem.

– Wing, największy diament, jaki Abe wydobył z Psa numer jeden, ważył może czternaście karatów, miał skazy, pęknięcia, barwę i czystość lurowatej kawy.

Chińczyk nie odpowiadał. Cole pochylił się do przodu.

– Nie słuchasz mnie. – Wyjął umowę z kieszeni na piersi i rzucił na biurko. – Podrzyj to, a przy okazji spal ten podrobiony rewers. Nie zamierzam nabierać rodziny Chen na dziesięć milionów dolarów.

– Uważamy je za inwestycję.

– Inwestujecie w przemysłowe diamenty? – zapytał ironicznie Amerykanin.

– Nie, w przyszłość.

Cole zdał sobie sprawę, że Chińczyk mówi poważnie, co znaczyło, że rodzina Chen jest gotowa na zainwestowanie milionów w nadziei na zyski w odległej przyszłości. Mogła być tylko jedna przyczyna, dla której decydowali się na tak wielkie ryzyko. Ktoś był przekonany, że ten skarbiec naprawdę gdzieś istnieje.

– Dlaczego wierzysz, że ja potrafię odnaleźć tę kopalnię, skoro nie udało się to rodzinie i jej współpracownikom? – zapytał Amerykanin.

– Skąd wiesz, że nam się nie udało?

Cole spoglądał na niego ironicznie i z rozbawieniem.

– Gdyby istniała najmniejsza szansa, że sami dacie sobie radę, nie wzywalibyście mnie. Byliśmy wspólnikami, ale nigdy nie robiliśmy sobie prezentów wartych miliony dolarów. Znasz mnie i ja znam ciebie. Przestań wygadywać bzdury i powiedz mi, o co tu chodzi.

– Spadkobiercą Windsora jest dziewczyna. Kobieta.

– Jest wielka różnica między dziewczyną a kobietą – zauważył chłodno Cole.

– Tylko dla Amerykanina. – Wing wzruszył ramionami. – Dla mnie to tylko nie spełniona istota płci żeńskiej.

– Czego jej brakuje?

– Mężczyzny.

– Nie słyszałeś, że nowoczesnej kobiecie mężczyzna jest potrzebny jak wężowi narty?

Wing roześmiał się cicho.

– Ona nie należy do tych chłodnych kobiet, którym zależy tylko na władzy. Kiedyś była zaręczona. Najprawdopodobniej ma normalne potrzeby, chociaż w tej chwili je tłumi.

– Co się wydarzyło?

– Według oficjalnej wersji narzeczony doszedł do wniosku, że nie jest jeszcze gotowy do małżeństwa.

– A mniej oficjalnie?

– Był szpiegiem, agentem sowieckiego wywiadu i próbował wykorzystać dziewczynę, żeby zdobyć dojście do tajnych informacji. Jej ojciec i brat pracują dla CIA. To się zdarzyło prawie siedem lat temu. Miała wtedy dwadzieścia lat. Od tego czasu trzyma się z dala od mężczyzn.

– Mądra kobieta.

– Z przeszłości można się wiele nauczyć. – Wing zawahał się i dodał łagodnym tonem: – Ta młoda istota prawdopodobnie stała się zbyt ostrożna. To samo można by powiedzieć o tobie.

Cole zacisnął wargi w cienką linię. Obaj z Wingiem rozumieli, że ta uwaga odnosi się do Chen Lai, siostry Winga, kobiety wyjątkowo pięknej i nieskończenie zdradzieckiej.

– Już dawno się nauczyłem, że diamenty są bardziej stałe niż kobiety.

– I bardziej kuszące? – podpowiedział Chińczyk.

Cole nie zareagował.

– Gdyby kobieta stanęła między tobą a tym skarbcem Pana Boga, to co byś zrobił?

Przez chwilę Cole myślał o połyskliwym zielonym kamieniu. Był tak niezwykle piękny i rzadki, że jego wartość przekraczała każdą cenę w dolarach.

Nie czekając na odpowiedź, Wing sięgnął do kieszeni i wyjął fotografię wielkości dłoni. Położył błyszczące kolorowe zdjęcie przed Cole'em, tuż obok diamentów. Amerykanin spojrzał na nie jak pokerzysta spogląda na ostatnią kartę – jednym uważnym, pozbawionym wszelkiego wyrazu rzutem oka.

Kobieta na zdjęciu miała długie, lśniące włosy o barwie mahoniu. Tam, gdzie wypłowiały od słońca, paliły się kasztanowate błyski. Jej skóra nie była ani jasna, ani ogorzała. Miała złotawy odcień, który świadczył raczej o aktywnym życiu na świeżym powietrzu niż o wielogodzinnym wylegiwaniu się na plaży. Usta były śmiało zarysowane, pełne i uśmiechnięte. Oczy jaśniały zielenią, która przypominała Cole' owi barwę diamentu.

Przypomniał sobie, co Wing powiedział o dziewczynie i nie spełnionej kobiecie.