– To ma być niespełniona istota płci żeńskiej? Wątpię – oznajmił. – Wygląda mi na prawdziwą kobietę. Spójrz tylko na to delikatne napięcie rysów twarzy, jakąś pierwotną, zwierzęcą czujność, która wygląda z jej oczu. Widać w nich też niewinność, jakąś nieskażoną czystość, pozostałą jeszcze z czasów, kiedy nie znała języka prawdy i kłamstwa.
Wing w zdziwieniu uniósł brwi.
– To dobra fotografia, ale chyba nie mówi aż tyle?
– Znam ją – wyjaśnił otwarcie Cole.
– Skąd? Jak?
– Osobiście nigdy jej nie spotkałem, ale widziałem jej prace. Rozpoznałem ją ze zdjęcia na okładce jej albumu fotograficznego „Arktyczna Odyseja”. Ale autorką tych zdjęć jest niejaka Shane, nie Windsor.
– To jest Erin Shane Windsor – powiedział Wing. – Wnuczka brata Abelarda Windsora.
Cole na chwilę zamarł w bezruchu, przypominając sobie niektóre z jej zdjęć. Jednocześnie brzmiało mu w uszach niesamowite, harmonijne wycie wilków nad zlodowaciałą tundrą. W wilczej pieśni zawierała się prawda, którą znają tylko dzikie zwierzęta i mężczyźni o niespokojnym duchu. I kilka kobiet. Bardzo niewiele. Erin Shane Windsor byłą jedną z nich. Wyczuł to z jej fotografii. Przyciągały go, przykuwały uwagę i wstrząsały nim.
Odkrycie „Arktycznej Odysei” było jedną z niewielu przyjemności Cole'a w ostatnich latach. Nawet teraz intensywna zmysłowość tych zdjęć pozostawała w jego pamięci wyraźna, a obrazy lodu, śniegu, aksamitnych cieni i barw niemal wołały, żeby ich dotknąć. Jeszcze coś uderzyło go w tych fotografiach. Autorka miała nieomylne wyczucie równowagi między śmiercią a życiem, ciemnością a słońcem, lodem a ogniem. Jej prace robiły mocne wrażenie, nie odwołując się do sentymentalizmu, przemawiała przez nie inteligencja, a nie chęć przypodobania się oglądającemu.
– Nie stawiałbym dziesięciu milionów dolarów na to, że uda mi się uwieść Erin Shane Windsor – oznajmił Cole. – Jej fotografie sugerują, że nie jest ani głupia, ani naiwna. W dodatku to bardzo atrakcyjna kobieta, która na pewno się nie nudzi.
– Czy ją uwiedziesz, czy nie, to już twoja sprawa. Masz ją ustrzec przed śmiercią do czasu, kiedy rozwiąże zagadkę Szalonego Abe'a lub dopóki ty sam nie znajdziesz tej kopalni. Potem panna Windsor nie ma dla nas żadnego znaczenia. Tylko kopalnia się liczy i za wszelką cenę musi być chroniona.
– Nawet kosztem życia Erin Windsor?
– Jej życia, twojego, mojego własnego też. W porównaniu z nią wszystko inne to błahostka.
Cole zmierzył Winga wzrokiem. Te słowa nie pasowały do starannie wykształconego absolwenta Harvardu, a raczej do Chen Li-tsao, wuja Winga. Chen senior był zdolny do umniejszania wartości ludzkiego życia, jeśli w grę wchodziła władza. Wing dawniej taki nie był. Wydawał się łagodniejszy, zmiękczony przez zachodnią edukację. Cole słyszał raz, jak wuj Li na to narzekał.
Widocznie przez ostatnie pięć lat Wing się zmienił.
– Rodzina Chen pracuje nad tą sprawą od wielu lat, prawda? – zapytał spokojnie geolog.
– Od kiedy upewniliśmy się, że Brytyjczycy chcą rzucić Hongkong na pastwę chińskich ideologów. Jeden z moich wujów mieszkał z Abelardem Windsorem dłużej, niż ty go znałeś.
Cole poszukał w zachowanych w pamięci obrazach.
– Kucharz. Ten, którego Abe zawsze nazywał „wyjątkowo paskudnym żółtkiem”. Był tam tej nocy, kiedy się razem upiliśmy. To od niego dowiedziałeś się o karcianym długu.
Wing nie odpowiedział. Cole w milczeniu porządkował fakty i ogarniał sytuację. Nasuwał się jeden, zapierający dech w piersiach wniosek.
– Niech to szlag! – zaklął cicho, patrząc na Winga z rosnącym podziwem. – Chcecie wysadzić z siodła kartel diamentowy. Wiedziałem, że rodzina Chen jest ambitna, ale nie przypuszczałem, że odważy się sięgnąć po władzę nad światem.
– Nie nad światem, tylko nad Consolidated Minerals.
– Na jedno wychodzi. Kartel, który trzyma na krótkiej smyczy Wuja Sama i Sowietów, potrafi roznieść w pył klan z Hongkongu.
– Kartel ma taką władzę dzięki diamentom – oznajmił spokojnie Chińczyk. – Według niego, w obecnej chwili dla międzynarodowej równowagi sił diamenty mają takie samo podstawowe znaczenie, jak bomba atomowa, którą zdetonowano w Alamogordo niemal pół wieku temu. Jednak w przeciwieństwie do bomby diamenty są narzędziem subtelnym. Pozwalają wywierać delikatny wpływ, a nie grożą zagładą.
Cole uśmiechnął się blado.
– Znana teoria władzy. Nieważne, co posiadasz, tylko co możesz kontrolować.
– Właśnie – potwierdził zaskoczony Wing. – Raczej dyplomacja niż wojna. Pośredni wpływ, a nie atak. Diamenty dają władzę, nie wzbudzając nienawiści. Jak można nienawidzić władcy, którego nie słychać, nie widać ani nie można go nazwać?
– Ja potrafię go nazwać. To diamentowy tygrys. Uważaj, Wing. Możesz spaść z jego grzbietu, a wtedy zostaniesz pożarty.
– Mogę też go ujeździć i zostać władcą – odparł Chińczyk.
– To zawsze kusi, prawda?
– Sam powinieneś to wiedzieć. Już go kiedyś dosiadałeś.
– Niezupełnie. – Cole wzruszył ramionami. – Przynajmniej nie tak, jak ty zamierzasz. Międzynarodowe rozgrywki o władzę zupełnie mnie nie interesują.
– Ale kiedyś się w nie angażowałeś i gra szła ci doskonale.
– Dopóki nie nauczyłem się, jak zmusić ludzi, żeby zostawili mnie w spokoju – odparł Blackbum.
Wing uśmiechnął się.
– Tylko Amerykanie wierzą, że są wolni. To ich wyróżnia spośród innych nacji.
Cole nie zwracał uwagi na jego słowa. Patrzył na zdjęcie Erin Shane Windsor. Zanim kazano mu wybierać, powiedziałby bez wahania, że tajemnicza kopalnia diamentów warta jest każdej ceny.
Teraz miał dokonać wyboru, a odpowiedź okazała się równie zaskakująca, jak piękno zielonego kamienia. Życie kobiety, która stworzyła „Arktyczną Odyseję”, było warte o wiele więcej, niż sądził Wing. Cole zdał sobie z tego sprawę i zaraz przyszła mu do głowy kolejna myśl. Jeśli Erin Shane Windsor, spadkobierczyni Szalonego Abe'a, ma ujść z tej przygody z życiem, to potrzebuje wszelkiej możliwej pomocy.
Cole znał rodzinę Chen. Jeśli on odrzuci ofertę wuja Li, klan podrobi nowy skrypt dłużny i przedstawi go jako przynętę następnemu poszukiwaczowi z ich listy, człowiekowi, który najprawdopodobniej nie doceni tych fotografii dzikiej przyrody, docierających do samego dna duszy.
Cole bez słowa wziął rewers i zdjęcie Erin z biurka. Włożył je do kieszeni, uważając, żeby nie patrzeć na fotografię. Nie chciał znów dostrzec niewinności, utrwalonej tak mocno w charakterze dziewczyny, jak jej ostrożne podejście do świata. Czy o tym wiedziała czy nie, zarezerwowano dla niej miejsce na grzbiecie diamentowego tygrysa, gdzie obowiązywała tylko jedna zasada: nie spadnij, bo ci, którzy spadają, zostają pożarci.
A niewinni zawsze spadają pierwsi.
– W porządku, Wing. Powiedz wujowi Li, że znalazłeś mu odpowiedniego człowieka.
Rozdział piąty
Z powodu wiatru wiejącego przez nieckę Los Angeles od Santa Ana samolot linii Quantas, którym leciał Cole Blackbum, był zmuszony podejść do lądowania od zachodu. Teraz, cztery godziny później, wiatr nieco osłabł. Góry San Gabriel, na wschodnim krańcu doliny, wciąż były dobrze widoczne, ale zepchnięty nad morze smog zaczął znowu napływać w głębokie kaniony centralnych ulic, między wysokie domy. Skażone powietrze nadawało niebu wyjątkowo nieprzyjemny pomarańczowy kolor.
Cole przetarł oczy, usiłując usunąć zmęczenie wywołane dwoma lotami transoceanicznymi. Z okna trzydziestego ósmego piętra przyglądał się Los Angeles. Królewskie miasto wybrzeża Pacyfiku rozpościerało się wokół niego jak makieta architektoniczna. W pobliżu znajdowały się siedziby połowy głównych banków południowego zachodu Stanów i biurowce, na których widniały znaki najpotężniejszych z „siedmiu sióstr”. W przeciwieństwie do kartelu diamentowego, władcy handlu ropą naftową byli mile widziani w Stanach Zjednoczonych. Cole wiedział, że te dwa kartele działają w sposób niemal identyczny; różnica polegała jedynie na tym, że ropa to surowiec niezbędny, a diamenty są luksusem.