Выбрать главу

– Pan żartuje – odparła zaskoczona.

– Czy wyglądam na komika? – Cole podniósł rękę, w której trzymał teczkę, i pokazał zabezpieczające ją kajdanki. – Jeśli pani chce, mogę pokazać te diamenty tutaj, ale doradzałbym bardziej ustronne miejsce.

Erin szybko podjęła decyzję, kierując się instynktem przetrwania, który mocno się w niej wyrobił w Arktyce. Zaproszenie Cole'a B1ackbuma do hotelowego pokoju wydawało się mniej ryzykowne, niż przejmowanie milionowej fortuny w diamentach w tłocznym holu.

– Mój pokój jest na dziewiątym piętrze – oznajmiła i ruszyła do wind.

Cole podążył za nią. Powtarzał sobie, że dawno wyrósł już z wieku, w którym widok czegoś tak trywialnego jak linia kobiecych bioder może wywołać podniecenie. Jego ciało przeczyło temu dyskretnie, ale stanowczo. Drzwi zamknęły się z cichym szmerem i odcięły ich od stłumionego gwaru głosów. Erin nacisnęła guzik. Winda natychmiast ruszyła.

– Co powiedział pani prawnik? – zapytał Cole.

– Zawiadomił mnie, że skontaktuje się ze mną znana międzynarodowa firma prawnicza, od której dowiedział się że jestem jedyną spadkobierczynią nie znanego mi stryjecznego dziadka. Dowiedziałam się, że niejaki Cole Blackbum przyjdzie o siedemnastej do holu hotelu Beverly Wilshire i dostarczy mi odpowiedzi na wszystkie moje pytania oraz testament.

– Pani prawnik miał rację tylko w połowie.

– To znaczy?

– Oddam pani testament, ale na pewno nie znam odpowiedzi na wszystkie pani pytania.

– Skąd pan wie?

– Kobieta, która jest autorką zdjęć takich jak „Niepewna wiosna”, na pewno zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi.

W zielonych oczach wyraźnie widać było zaskoczenie.

– Zwrócił się pan do mnie nazwiskiem Windsor. Skąd pan wiedział, że nazywam się Erin Shane?

– Widziałem fotografię na okładce „Arktycznej Odysei”.

Winda się zatrzymała i drzwi się rozsunęły. Erin spojrzała czujnie na Cole'a, jakby chciała zmienić decyzję i nie wpuszczać go do pokoju.

– W pierwszym odruchu doszła pani do słusznego wniosku – odezwał się spokojnie geolog. – Nie dotknę pani, chyba że sama mnie pani o to wyraźnie poprosi. – Drzwi windy zaczęły się automatycznie zamykać. Cole chwycił je wielką dłonią i przytrzymał. Patrząc Erin prosto w oczy dodał: – A pani z reguły nie prosi o takie rzeczy, prawda?

– Nie – potwierdziła bez emocji. – A czy pan zawsze jest taki bezpośredni?

– To oszczędza czas. Ma pani cztery sekundy, zanim drzwi znowu się zamkną. Pani pokój, moja limuzyna czy jakieś inne neutralne miejsce?

Erin spojrzała na mężczyznę, którego szare oczy były czyste jak lód, ale o wiele cieplejsze. Miała wrażenie, że musi podjąć decyzję, chociaż jej skutków nie jest w stanie przewidzieć. Kilka lat temu nie wybrałaby żadnej z propozycji, tylko wróciłaby do znajomych niebezpieczeństw czekających na Alasce.

Ale wtedy nie doznawała tego niepokoju, nie miała wrażenia, że w jej życiu brakuje czegoś bardzo ważnego. Rok temu człowiek taki jak Cole przeraziłby ją. Teraz się go nie bała, przynajmniej nie bardzo. Kiedy sobie to uświadomiła, poczuła się, jakby wypuszczono ją z klatki, w której się sama zamknęła. Podobnych emocji doznawała patrząc na świt po długiej arktycznej nocy.

– Mój pokój – zadecydowała i minęła Cole'a.

Kiedy weszli do środka, zamknęła drzwi i rzuciła torebkę na krzesło. Cole patrzył na nią przez chwilę, a potem pochylił się i odpowiednio ustawiał zamek szyfrowy teczki, aż udało mu się ją otworzyć. Kluczykiem, który spoczywał wewnątrz, otworzył kajdanki. Chwilę później wydobył blaszane pudełko, wyjął z niego woreczek, a resztę podał Erin.

– Abe spisał testament własnoręcznie – powiedział. – To ta kartka na samym wierzchu. Stryjeczny dziadek zostawił pani. wszystko. Reszta kartek to nieudolne rymy.

Erin zamrugała powiekami.

– Poezja?

– Ja bym tego tak nie nazwał.

Ton jego głosu wywołał uśmiech na twarzy Erin.

– Niezbyt dobra, co?

– Nie chcę pani do niej źle nastawiać. Może się pani spodoba. W końcu niektórym ludziom smakuje goanna pieczona w całości w ognisku.

– Goanna?

– Taka jaszczurka.

Erin uśmiechnęła się cierpko na wspomnienie niektórych potraw, które jadła na Alasce. Wzięła testament i zaczęła czytać, marszcząc brwi nad pajęczym, wyblakłym pismem.

Ja, Abelard Jackson Windsor, będąc zdrowym na ciele i umyśle, niniejszym zapisuję wszystkie swoje dobra doczesne Erin Shane Windsor, córce Matthew McQueen Windsora, który według prawa jest synem mojego brata, Nathana Josepha Windsora.

Z wyjątkiem trzynastu diamentów i papierów w tym pudełku, wszystkie moje dobra i dzierżawy mają zostać po mojej śmierci przekazane Erin Shane Windsor pod warunkiem, że

1. będzie fizycznie obecna na mojej stacji przez co najmniej jedenaście miesięcy w roku przez kolejne pięć lat,

albo 2. znajdzie kopalnię, z której pochodzą te diamenty.

Jeśli żaden z tych warunków nie zostanie spełniony, moje dobra zostaną przekazane na cele dobroczynne (z wyjątkiem trzynastu diamentów, które w każdych okolicznościach przechodzą na Erin Windsor), a dzierżawy przepadają.

Podpisano:

Abelard Jackson Windsor

Świadek: ojciec Michael Conroy

Erin: Nie ufaj nikomu, kto służy ConMinowi. Dla niego garść błyskotek ważniejsza od twojej głowy. Twój spadek to istny skarbiec zamknięty przez skalną pieczęć. Jak tam dotrzeć? Powiedzą ci te rymy. Królowo Kłamstwa, już się żegnamy. A ja jestem Królem.

Erin jeszcze raz przeczytała dokument i spojrzała ze zdziwieniem na Cole'a.

– Jakieś pytania?.

– Czy ConMin to to, co podejrzewam?

– To skrót Consolidated Minerals Inc.

– A więc diamenty – odparła zwięźle. Jej wzrok na chwilę zatrzymał się na teczce geologa.

– To najbardziej znany aspekt działalności ConMinu – zgodził się. – Ale to tylko część ich operacji. Zajmują się wieloma surowcami, od rud żelaza do rzadkich pierwiastków. Ich specjalność to minerały strategiczne. ConMin to najpotężniejszy, najbardziej dochodowy i najdyskretniejszy kartel na świecie.

Erin szybko przerzuciła kartki z wierszami i wróciła do testamentu.

– „Nie ufaj nikomu, kto służy ConMinowi” – przeczytała głośno. – „Dla niego garść błyskotek ważniejsza od twojej głowy.” – Cole nie reagował.

– Czy pan pracuje dla ConMinu? – zapytała.

– Nie. Wolę pracować dla samego siebie.

Erin zastanawiała się nad tą odpowiedzią przez kilka sekund, a potem uśmiechnęła się lekko. Ona też wolała być niezależna.

– Czy to dlatego Abe pana tu przysłał?

– To nie pani stryjeczny dziadek mnie tu przysłał. Ostatni raz widziałem go wiele lat temu.

Zapadła cisza. Potem rozległ się szelest papieru, kiedy Erin znów zaczęła przeglądać zapisane rymami kartki.

– Jest pan prawnikiem? – zapytała nie podnosząc wzroku znad papierów.

– Jestem poszukiwaczem diamentów. Czy pani wie coś o diamentach, pani Windsor?

– Są twarde, drogie i rzadkie.

– A niektóre z nich są wręcz unikalne – dodał cicho Cole. – Dla niektórych warto zabić.

Erin w milczeniu przypatrywała mu się badawczo przez długą chwilę.

– Czy diamenty mojego dziadka są unikalne?

– Wszystkie kamienie, które u niego widziałem, to bort, czyli najniższa klasa diamentów przemysłowych.

– Bez wartości?

– Mają swoją cenę. Ale nie wywołują u mnie przyśpieszonego bicia serca.