Erin zastanowiła się, czy cokolwiek jest w stanie przyśpieszyć bicie serca tego nieznajomego człowieka o wyjątkowo zimnej krwi.
– Wynika z tego, że diamenty mojego stryjecznego dziadka wcale nie są nadzwyczajne, tak?
– Proszę wyciągnąć rękę.
– Co takiego?
– Proszę wyciągnąć rękę.
– Dlaczego?
– Niech pani to zrobi.
– Idź pan do diabła, panie Blackbum.
Wyraz twarzy Cole'a się nie zmienił.
Erin miała wrażenie, że poddał ją jakiemuś egzaminowi, którego w ogóle nie rozumiała. Nie wiedziała, czy zdała czy nie i czy będzie musiała zdawać jeszcze raz.
Zręcznymi ruchami, zaskakującymi u tak potężnie zbudowanego człowieka, Cole otworzył zniszczoną sakiewkę i wysypał jej zawartość na swoją dłoń. Erin patrzyła, jak światło załamuje się i opływa spore kulki o lśniącej, jakby mokrej lub naoliwionej powierzchni. Większość kamieni była bezbarwna. Kilka połyskiwało głębokimi różowymi błyskami. Jeden, zielony, był tak czysty, że wyglądał jak zagęszczone światło.
Erin automatycznie sięgnęła po zielony kamień i zatrzymała się w pół drogi. Spojrzała Blackbumowi w oczy. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że nie są banalnie szare. Wokół źrenic widniały jasnoniebieskie, zielone i srebrne kreseczki, znacząc tęczówki subtelnym, urzekającym kolorem.
– Proszę wyciągnąć rękę – powiedział łagodnie. Tym razem się nie wahała.
Cole ujął jej drobną, rozpostartą wyczekująco dłoń i przesypał na nią kamienie. Rozległ się przytłumiony, krystaliczny dźwięk, kiedy otarły się o siebie.
– To chyba nie są diamenty – wyszeptała.
– Owszem, są. Nie cięte, nie polerowane, niezwykłe. Prawdziwe diamenty. Należą do ciebie, Erin, na dobre i na złe.
W milczeniu dotykała po kolei diamentów, jakby chciała się upewnić, że są prawdziwe. Oglądała je podsuwając pod lampę. Kamienie okazały się całkiem przezroczyste. Przyciągały światło jak magnes opiłki żelaza.
– Prawie wszystkie są kategorii F – oznajmił Cole.
– Co to oznacza?
– Najwyższa klasa czystości. Niektóre mają bardzo niewielkie skazy.
– Nie szukałam w nich skaz. Zafascynował mnie ich kolor – odpada Erin, zdziwiona. – Myślałam, że takie barwy miewa tylko tęcza i promień lasera. Są takie czyste, niewiarygodne.
– Powinnaś częściej spoglądać w lustro.
– Dlaczego?
– Ta zieleń ma dokładnie taki sam odcień jak twoje oczy.
Erin uniosła głowę na dźwięk tak osobistej uwagi. Nagle zdała sobie sprawę, że stoi tuż obok nieznajomego mężczyzny, jego ręka obejmuje jej dłoń, a ich oddechy się mieszają. Taka intymność powinna ją przerażać. Czekała, kiedy strach ogarnie jej ciało. Siedem lat temu poznała ten strach.
Tymczasem doświadczyła tylko przyśpieszonego bicia serca, które nie było rezultatem strachu, ale innej, równie instynktownej reakcji na bliskość atrakcyjnego mężczyzny. Zrozumiała, że znów jest w stanie reagować w ten sposób, i ta świadomość przeszyła jej umysł jak promień wschodzącego słońca rozpraszający mroki nocy.
– Z której kopalni Abe'a pochodzą te diamenty? – zapytała niskim, niemal rozmarzonym głosem.
– Nie wiem.
– Czy jest ich więcej?
– Nie wiem.
– Czy ktoś potrafi odpowiedzieć na to pytanie?
– Nie wiem.
Erin spojrzała na silnego, opanowanego mężczyznę, który nadal stał bardzo blisko.
– W takim razie, co pan wie, panie Blackbum?
– To, że wolałbym, żebyś mówiła do mnie Cole.
Wycofała się w przeciwny koniec pokoju, rozsunęła zasłony i spojrzała na migoczące światła miasta, które zapalały się pod ciemniejącym niebem.
– Co możesz mi powiedzieć o tych diamentach, Cole?
– Najprawdopodobniej pochodzą z Australii, chociaż z jakiejś zupełnie nieznanej kopalni. Dawno, dawno temu zostały wymyte z pierwotnego złoża. Ten zielony to okaz unikalny. Różowe są wyjątkowe. Wszystkie, oprócz jednego białego, należą do najwyższej kategorii. – Zamilkł na chwilę i dodał cicho: – Wiem też, że jeśli zdecydujesz się zatrzymać spadek, musisz się nauczyć, że nie należy stawać przy oknie.
Erin szybko się odwróciła.
– Dlaczego?
– Zapytaj swojego ojca.
– Bardzo trudno się z nim skontaktować. Ty jesteś na miejscu, więc pytam ciebie.
– Jeśli ja ci powiem, będziesz miała tysiące pytań i wątpliwości. Jeśli dowiesz się tego od ojca, uwierzysz mu. To oszczędzi wiele czasu.
– Będzie jeszcze szybciej, jeśli od razu mi wszystko wyjaśnisz.
– Ten, kto wejdzie w posiadanie Kopalń Śpiącego Psa, stanie się ruchomym celem – oświadczył bez ogródek. – W tym wypadku oznacza to ciebie.
– Dlaczego?
– Barwne diamenty to rzadkość. ConMin nie ma takich w swoich skarbcach.
– I co z tego?
– Jeśli istnieje kopalnia pełna takich diamentów jak twoje, ConMin musi przejąć nad nią kontrolę, bo inaczej straci monopol, czyli władzę. W tej chwili ConMin ma tyle władzy, że może ustalać warunki umów z zachodnim światem, kontrolować dużą część krajów zza żelaznej kurtyny i wykupić wszystkie kraje Trzeciego Świata. Kopalnie Śpiącego Psa zagrażają monopolowi ConMinu – powiedział cicho Cole. – W ten sposób mogą zagrozić interesom wielu państw, które inwestują w diamentowego tygrysa. Tego, kto dosiada tygrysa, nie obowiązują żadne zasady, oprócz jednej: przeżyć. ConMin utrzymuje się na jego grzbiecie od ponad stu lat.
Erin spojrzała na błyszczące, połyskliwe kamienie.
– Z twoich słów wynika, że mój spadek to bardziej przekleństwo niż dar.
– Bo tak jest. – Cole spojrzał na zegarek. – Zadzwoń do ojca. Pierwsza rzecz, jaką zechce zrobić, to oddać diamenty do ekspertyzy. Upewnij się, że ekspert nie ma żadnych powiązań z ConMinem. Inaczej jego opinia będzie bezwartościowa. Poleciłbym ci godnego zaufania specjalistę, ale twój ojciec podejrzewałby zmowę.
– Wygląda na to, że dobrze znasz mojego ojca.
– Nie spotkałem go osobiście, ale miałem do czynienia z takimi ludźmi. Sam do nich należę.
– Pracujesz dla CIA? – zapytała spokojnie.
– Nie. Ale wiele razy udawało mi się uniknąć śmierci.
Kiedy Cole podniósł wzrok znad zegarka, Erin zamarła. Jego wewnętrzne skupienie było niemal namacalne. Całą uwagę skoncentrował na Erin, tak jak ona na swoich fotografiach, kiedy stała za aparatem. W tej chwili na całym świecie istniała dla niego tylko ona. Znalezienie się w centrum czyjejś tak wytężonej uwagi było jednocześnie deprymujące i wspaniałe.
– Nie lubisz słuchać rozkazów – stwierdził Cole łagodnie. – A ja nie lubię rozkazywać. Ale wiem, o co toczy się gra. Co najmniej dwoje ludzi zginęło, żeby te diamenty trafiły w twoje ręce. Założę się, że jesteś wystarczająco inteligentna, żeby mi się nie przeciwstawiać z czystej przekory. Nawet jeśli się mylę, nie przypłacę tego życiem. Ale ty tak. Masz wybór. Zaufaj swojemu ojcu, zaufaj mnie, albo módl się, żeby następnym gościem w tym pokoju nie był człowiek z pistoletem w jednej ręce i z podrobionym testamentem Abe'a Windsora w drugiej.
– Zastanowię się nad tym.
– Zrób to, Erin. Zastanów się głęboko. Nie zapominaj przy okazji o „Niepewnej wiośnie” i pisklęciu, które zamarzło na śmierć w niespodziewanej śnieżycy.
Na mgnienie oka Erin przypomniała sobie okrutny, piękny poranek, kiedy zobaczyła zesztywniałe pisklęta pod skrzącym się całunem. Płakała patrząc na małe ptaszki uwięzione w lodzie. Jednak zanim jeszcze łzy zamarzły jej na policzkach, wyjęła aparat, żeby uchwycić brutalną doskonałość czasu, miejsca i świtu, nie stworzonego ręką człowieka.
– Śmierć zawsze określa życie, a życie śmierć – powiedział Cole, uważnie przypatrując się dziewczynie. – Każdy, kto pojmuje to tak jasno jak ty, powinien być w stanie ocenić, ile jest warta kopalnia, być może nawet nie istniejąca. Czy ta kopalnia istnieje, czy nie, jej posiadanie możesz przypłacić życiem. Kiedy to zrozumiesz, sprzedasz spadek komuś, kto zna reguły gry z diamentowym tygrysem.