– Komuś takiemu jak ty?
– Tak.
– Ile byś mi zapłacił za tę mityczną kopalnię?
– Więcej, niż potrzebujesz. Mniej niż jest warte twoje życie. – Cole odwrócił się i podszedł do drzwi. – Zadzwonię do ciebie pod koniec tygodnia – powiedział naciskając klamkę. – Jeśli przedtem zechcesz się ze mną skontaktować, zadzwoń do BlackWing. Numer jest w pudełku razem z resztą twojego spadku.
Drzwi się zamknęły i Erin została sama z garścią niezwykłych diamentów.
Przez długą chwilę stała bez ruchu, patrząc na surowe kamienie leżące na jej dłoni. Światło drgało i połyskiwało w ich tajemniczych kryształowych sercach. Erin nigdy jeszcze nie widziała czegoś tak nierealnego.
Zaciekawiona, dotknęła zielonego kamienia czubkiem języka. Był chłodny, czysty, trochę słony. Dla porównania polizała własną skórę. Okazała się mniej słona. Liznęła jeden z białych kamieni. Nie wyczuła żadnego smaku.
Nagle Erin domyśliła się, że Cole B1ackbum nie raz trzymał ten zielony kamień w ręku, gładził go kciukiem, patrzył na tę letnią zieleń, jak błyszczy i migocze na jego dłoni. Dziwne uczucie zacisnęło jej żołądek, kiedy zdała sobie sprawę, że nieokreślony słonawy smak diamentu pochodzi ze skóry Cole'a. Jeszcze bardziej wzburzyło ją to, że ma ochotę posmakować kamienia jeszcze raz. Poczuć smak skóry Cole'a.
Gwałtownymi ruchami schowała diamenty do welwetowej sakiewki. Wzięła pierwszą kartkę zapisaną wierszami i zaczęła szukać w nich wskazówek. Przebiegała wzrokiem stronice, najpierw szybko, potem wolno, ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy skończyła, przeczytała wszystko jeszcze raz, potrząsając głową. Nie dostrzegła w tych wierszach żadnego sensu. Chociaż diamenty pojawiały się w nich często, o wiele częściej znajdowała słowa takie jak pić, sikać czy pieprzyć. O kopalni nie było żadnej wzmianki.
Mamrocząc coś o zwariowanych starcach, Erin włożyła papiery z powrotem do blaszanego pudełka i zaczęła studiować testament. Kiedy skończyła czytać całość, włącznie z końcową przestrogą, wcale nie poczuła się lepiej. Wspomnienie rozmowy z Cole'em Blackbumem też nie dodawało jej otuchy.
Ten, kto wejdzie w posiadanie Kopalń Śpiącego Psa, stanie się ruchomym celem.
Z twoich słów wynika, że mój spadek to bardziej przekleństwo niż dar.
Bo tak jest. Zaufaj swojemu ojcu, zaufaj mnie, albo módl się, żeby następnym gościem w tym pokoju nie był człowiek z pistoletem w jednej ręce i z podrobionym testamentem Abe'a Windsora w drugiej.
Słowa Cole'a i jej własne odbijały się niepokojącym echem w pamięci, kiedy tak stała bez ruchu w cichym pokoju. Tajemnice to chleb powszedni jej ojca. Żył w świecie, gdzie analizowano każdy ruch, dzielono na małe kawałki, oglądano przez elektronowy mikroskop, a rezultaty tych badań omawiano na najwyższych szczeblach rządowych. To świat, gdzie człowiek rzuca więcej niż jeden cień, gdzie nazwiska zmieniają się częściej niż paryska moda, a zdrada jest jedyną pewną rzeczą. Świat ojca. Świat brata, Phila. Świat byłego narzeczonego.
Erin zdecydowanie pokręciła głową, aż kosmyki włosów omiotły policzki. Odruchowo odsunęła je z czoła. Równie odruchowo odepchnęła od siebie wspomnienia, które niczego nowego nie mogły jej już nauczyć. Podstęp i zdrada istnieją. Pogodziła się z tym. Ale nie chciała mieć z nimi nic do czynienia.
Siedem lat temu padła ofiarą nie wypowiedzianej wojny. Nie chciała dłużej być ofiarą. Nauczyła się, jak chronić swoje ciało, zarówno z pomocą starych sztuk, jak i najnowszych. Wiedziała już, jak ochronić swój umysł. Odkryła inne, niewiarygodne światy, miejsca, gdzie lodowce ożywają, a góry promieniują światłem; miejsca, gdzie ludzie śmieją się wspólnie i dzielą się ostatnim kęsem pożywienia z głodnym nieznajomym; miejsca, w których śmierć istnieje, ale jest naturalnym rozwinięciem procesów życiowych, a nie skutkiem czyjegoś okrutnego aktu lub rozgrywek politycznych.
Może nawet istnieje gdzieś miejsce, w którym niewiarygodny zielony kamień jest prawdziwy, gdzie niepokój jej ciała uciszyłby się i gdzie mogłaby znowu zaufać ludziom.
Jeśli nie wszystkim, to chociaż jednemu człowiekowi.
– To jest pytanie, prawda? – powiedziała na głos. – Sama na nie nie odpowiesz. Liczy się przyszłość, a nie przeszłość.
Erin wyczuła delikatną skórą dłoni chłodną gładkość słuchawki. To najbardziej uderzało ją w cywilizowanym świecie. Wszystko tu było wygładzone aż do złudnej doskonałości, fałszywej doskonałości, ponieważ pod nią kłębiły się straszliwe monstra, szukając jakiejś szczeliny, przez którą mogłyby wydobyć się na powierzchnię. W świecie prymitywnym było odwrotnie, pod szorstkimi powierzchniami kryły się jasne uczucia, również złudne i na swój sposób fałszywe. W obu tych światach sprawdzała się jedna zasada: śmierć zawsze czyha na nieostrożnych, pechowców i głupców.
Ale również czeka na nich życie, jak płomień pod lodem. Erin wybiła na klawiaturze telefonu numer, który zawsze pozostawał ten sam, bez względu na to, gdzie stacjonował jej ojciec. Kiedy uzyskała połączenie, cichym, wyraźnym głosem przekazała wiadomość i odłożyła słuchawkę.
Potem usiadła na łóżku, patrzyła na garść kulek, które mogły okazać się diamentami albo szkłem, i czekała, aż pager wezwie Matthew Windsora, żeby odpowiedział na telefon córki.
Rozdział siódmy
Nie zdarza się, żeby nieznajomy człowiek tak po prostu dawał komuś milion dolarów w blaszanym pudełku, chyba że w bajkach. To się nie zdarza nawet w hotelu Beverly Wilshire. To tylko błyszczące szkiełka, dziecinko. Kiedy ten Blackburn pojawi się znowu, pewnie będzie chciał ci sprzedać mapę pokazującą drogę do kopalni.
Erin patrzyła na słuchawkę, którą właśnie odłożyła, a echo spokojnego głosu Matthew Windsora wciąż brzmiało jej w uszach. Słowa ojca ją zirytowały. Jakaś część jej świadomości zgadzała się z nimi. Inna część wierzyła, że kamienie nie są fałszywe, bo przecież Cole Blackburn wydawał się taki prawdziwy.
Aż nazbyt prawdziwy.
Klnąc stłumionym głosem, Erin odwróciła się od telefonu.
Windsor wypowiedział jeszcze kilka zdań pobłażliwym, ojcowskim tonem i w końcu obiecał, że „przeprowadzi dyskretny wywiad w Waszyngtonie”, żeby zaspokoić ciekawość Erin. Kiedy – a raczej jeśli – się czegoś ciekawego dowie, zadzwoni. Nie spierała się z nim; jako starszy oficer Centralnej Agencji Wywiadowczej, ojciec miał dostęp do wszystkich rządowych baz danych, począwszy od FBI, a skończywszy na Departamencie Badań Geologicznych.
Telefon zadzwonił dwadzieścia minut później. Kiedy tylko Erin podniosła słuchawkę, Windsor zaczął mówić pośpiesznie i zwięźle.
– Opisz Cole'a B1ackburna – polecił.
– Duży – zaczęła Erin, przypominając sobie określenia, jakie jej się nasuwały, kiedy patrzyła na geologa. – Większy nawet niż Phil. Ale nie otyły. Mocno zbudowany. Muskularny. Rasa biała. Amerykański akcent. Inteligentny. Pewny siebie. Sprawnie się porusza. Czarne włosy. Szare oczy. Wyraźnie zarysowane usta, uśmiech trochę krzywy. Ledwo widoczna blizna po lewej stronie podbródka. Małe blizny na dłoniach. Aha, dłonie duże. Długie palce. Nie nosi obrączki ani sygnetu. Ubranie drogie, ale nie wyszukane. W ogóle nie ma w nim nic wyszukanego. W sumie, podejrzewam, że byłby groźnym przeciwnikiem.
Windsor mruknął coś pod nosem.