Windsor wszedł do pokoju ostatni. Sprawnie zamknął wszystkie zamki. Faulkner spojrzała na kamienie połyskujące na stoliku i zaklęła.
– Chryste Panie!
Opanowanym, ale pośpiesznym krokiem podeszła do stołu. Wrzuciła palącą się cygaretkę do na wpół opróżnionej filiżanki z kawą, odsunęła zasłony, żeby wykorzystać blednące światło, i włączyła czarne pudełko. Szybkimi ruchami przytykała czubek pałeczki do wszystkich kamieni po kolei, zaczynając od najmniejszego, a kończąc na największym.
– O Jezu! – pojękiwała, kiedy każda bryłka wykazywała opór cieplny właściwy dla diamentów. Na końcu dotknęła zielonej bryłki. Ona również okazała się naturalnym diamentem. – Słodki Jezu Chryste!
Kiedy skończyła testowanie kamieni, wyłączyła urządzenie i wyjęła z kieszeni żakietu lupę. Obejrzała każdy diament z osobna, zanim zwróciła się do Windsora.
– Wszystkie białe, z wyjątkiem jednego, są nieskazitelne, D, zero plus, najczystszej wody, Blanc Exceptionel, nazwij to jak chcesz – oznajmiła. – To są najdoskonalsze diamenty, jakie w życiu miałam przyjemność oglądać.
– Cholera – wymamrotał Windsor.
– Te kolorowe mogą być sztucznie napromieniowane, ale wątpię w to – ciągnęła Faulkner. – Napromieniowanie łatwo wykryć. Stosuje się je, żeby ukryć skazy lub nieczyste barwy, ale u tych ślicznotek nie widzę takich problemów. Mam naturę hazardzistki, więc się założę, że to zupełnie unikalne błyskotki.
Windsor powiedział coś stłumionym głosem.
– Czy to bardzo źle? – zapytał.
– Nie może być gorzej. Przy takich barwnych kamieniach białe kruki to zwierzęta tak często spotykane jak piasek na Saharze.
– Nie rozumiem – wtrąciła Erin.
Faulkner odłożyła na bok wszystkie diamenty, oprócz zielonego.
– Weźmy przeciętną kopalnię diamentów. Tylko dwadzieścia procent jej wydobycia to surowiec klasy jubilerskiej. Z tego tylko jeden procent po cięciu i szlifowaniu będzie ważył więcej niż jeden karat. Innymi słowy, mniej niż dwie dziesiąte procenta całkowitego wydobycia takiej kopalni to diamenty powyżej jednego karata, klasy jubilerskiej. Wśród nich tylko niewielka część jest klasy D, bez skazy.
Erin zamrugała i spojrzała na diamenty. Każdy ważył o wiele więcej niż jeden karat.
– Jestem już za stara, żeby być ekspertem od barw – mówiła dalej Faulkner – ale przysięgłabym na głowę mojego syna, że z wyjątkiem jednego, wszystkie te białe diamenty są klasy D. W każdym razie są nieskazitelne. To bardzo rzadkie kamienie. Wyjątkowo rzadkie. – Windsor jęknął. – Zgadzam się z tobą – powiedziała. – Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Jeśli zechcemy opisać te kolorowe, słowo „rzadki” nam nie wystarczy. Właśnie dlatego ta garstka diamentów jest tak niebezpieczna. Gdyby po prostu były duże i czyste, ConMin byłby w stanie cię przelicytować diamentami z Namibii. Ale w Namibii nie znajduje się takich barw. W zasadzie nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ta zieleń jest absolutnie unikalna. – Po chwili milczenia Faulkner odwróciła się od pięknych, niebezpiecznych kamieni i spojrzała na Windsora. – Powinniśmy przyjść tu w towarzystwie paru żołnierzy piechoty morskiej. Sytuacja jest gorsza, niż ktokolwiek przypuszczał. A jednocześnie lepsza. – Uśmiechnęła się chłodno. – Bardzo długo czekałam, żeby chwycić van Luika za gardło.
– Czy jesteś ekspertem od kamieni szlachetnych? – zapytała Erin.
Faulkner zawahała się i wzruszyła ramionami.
– Matt powiedział, że można ci zaufać. Mam nadzieję, że się nie myli. W tej chwili jestem rządowym konsultantem przy największym amerykańskim stowarzyszeniu firm zajmujących się drogimi kamieniami. Ta pozycja wymaga ode mnie współpracy z firmą, która nie może bezpośrednio działać na terenie Stanów Zjednoczonych, ponieważ monopole są u nas nielegalne.
Erin poczuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Znowu została wciągnięta do gabinetu luster, w świat międzynarodowych rozgrywek o władzę. Świat ojca, który kiedyś niemal jej nie zniszczył.
– Dawałaś je komuś do wyceny? – zapytała Faulkner, ruchem głowy wskazując diamenty.
Erin potrząsnęła głową.
– Dobrze – pochwaliła Faulkner. – Wśród handlarzy diamentów nie uchowa się żadna tajemnica. Gdybyś pokazała te kamienie w dużej firmie w Santa Monica czy w jakimś małym kantorze wyceny gdzieś na Hill Street, powstałoby takie zamieszanie, że za kilka godzin wiadomość o nich dotarłaby do Londynu i Antwerpii. ConMin prowadzi komputerową kartotekę wszystkich wartych uwagi diamentów, jakie pojawiają się na świecie. Rejestrują nawet te, które do nich nie należą. A wierz mi, twoje diamenty są jak najbardziej godne uwagi.
– Dlaczego interesuje się tym Agencja? – zapytała bez ogródek Erin.
– W gospodarce wielu państw diamenty zajmują bardzo ważne miejsce. Byłabyś zaskoczona, gdybyś wiedziała, do czego są zdolne niektóre kraje dla amerykańskiego dolara albo japońskiego jena, szczególnie kraje, które opierają swoją ideologię na naukach Marksa, a nie Adama Smitha. Kiedy mój poprzednik odchodził, powiedział mi, że świat się kręci na diamentowej osi. To nie zawsze okazuje się prawdą, ale wystarczająco często, żeby wzbudzić strach nawet w takiej prostaczce jak ja.
– Właśnie dlatego chcę, żebyś mi pozwoliła zająć się swoim spadkiem – wtrącił Windsor. – Nie chcę, żeby znowu spotkało cię coś złego.
Erin spojrzała na ojca. Po raz pierwszy zauważyła zmarszczki na jego twarzy, coraz wyraźniejsze srebrne pasma w dawniej ciemnych włosach i kręgi pod oczami. Widać było, że jest zmęczony i zdenerwowany, jakby rozdarty między ojcowskimi uczuciami a obowiązkami zaprzysiężonego oficera agencji wywiadowczej.
– Czy do diamentów była dołączona jakaś wiadomość albo mapa? – zapytał. – Może jakiś rejestr albo faktura sprzedaży? Coś, co wskazywałoby na ich pochodzenie?
– Wszystko, co dostałam, jest w tym blaszanym pudełku. Nie znalazłam tam żadnych wskazówek.
– Dostarczył to Blackburn?
Skinęła głową.
– Powiedział mi, żebym oddała diamenty do ekspertyzy komuś niezwiązanemu z ConMinem. – Zerknęła na Faulkner. – Nie wiem, czy to mi się całkiem udało, ale przynajmniej mam pewność, że twoim głównym pracodawcą nie jest kartel.
– Czy Blackburn mówił ci jeszcze coś o tych diamentach?
– Tylko tyle, że należały do Abe'a i że dwoje ludzi zginęło, żeby ten spadek do mnie dotarł. Ostrzegł mnie, że ja też mogę zginąć, jeśli nie będę ostrożna. Potem powiedział mi, żebym się z tobą skontaktowała.
– Mam wobec niego dług wdzięczności. Ty też. Najprawdopodobniej ocalił ci życie. Pozwól mi się tym zająć, Erin.
– Nie chcę tego, a nawet gdybym chciała, to nie mogę. Testament wymaga, żebym mieszkała na stacji przez pięć lat. Dopiero wtedy wszystko będzie moje. Chyba że najpierw odnajdę kopalnię.
– Nie ma ceny na ludzkie życie…
– Nie chodzi o pieniądze – odparła cicho Erin. – Prawdę mówiąc, nie mam żadnej gwarancji, że znajdę choćby jeden diament. Zdaje się, że Abe był jedynym, który wiedział, gdzie znajduje się ta mityczna kopalnia. Przed śmiercią nikomu nic nie zdradził. Nie zostawił też żadnej mapy.
Windsor nie dał się odwieść od tematu.
– Jeśli nie chodzi ci o pieniądze, to po co jedziesz do Australii?
– To dla mnie całkiem nowy kontynent. Nieznany świat. Chcę go powąchać, posmakować, zobaczyć i sfotografować. Chcę tam trochę pożyć.
– Właśnie o to chodzi, dziecinko. Być może zamiast życia znajdziesz tam śmierć.
– To samo mówiono mi o Arktyce. – Erin chciała uniknąć sporu i zmieniła temat rozmowy. – Wiesz coś o Abelardzie Windsorze?
Ojciec potrząsnął głową.