– Trzy miliony – przypomniał Cole.
– Zakładając, że stać cię na tyle – pogardliwie odparła Faulkner. – Na twoim miejscu, Erin, wynajęłabym jakąś dobrą firmę, jak Dun i Bradstreet, żeby sprawdzić tego typa. On nie budzi mojego zaufania, mimo tej jedwabnej marynarki, która leży na nim jak ulał. Pozwól sobie na mały romans z ConMinem. Co ci to szkodzi? W ten sposób ja i twój ojciec mielibyśmy trochę czasu, żeby zebrać zespół ludzi i przetrząsnąć stację Szalonego Abe'a. – Przygwoździła Erin spojrzeniem czarnych oczu. – Co o tym sądzisz? Wszyscy byliby zadowoleni, może z wyjątkiem Blackburna.
W sali zapadła tak głęboka cisza, że Erin słyszała odległy huk samolotu startującego z lotniska za miastem. Spojrzała na ojca, a potem na Nan Faulkner. Motywy ich działań były jasne i zrozumiałe, chociaż nie podzielała ich całkowicie. Popatrzyła na Cole'a, równie tajemniczego jak diamenty, które jej dostarczył. Potem jeszcze raz spojrzała na ojca.
– Czy Cole to człowiek ConMinu?
– Nie mam pewności – ostrożnie odparł Windsor.
– A jaki jest najbardziej prawdopodobny wniosek na podstawie dostępnych ci danych? – zapytała chłodno, używając sformułowań doskonale dla niego zrozumiałych.
– Nie pracuje dla kartelu.
– Czy jest poszukiwaczem diamentów?
– Tak..
– Dobrym?
Windsor skinął głową.
W ciszy, która zapadła, Erin szybko rozważyła możliwości, jakie proponował jej ojciec. Żadna z nich jej nie odpowiadała.
Zdecydowała się na inne rozwiązanie.
Sięgnęła do torebki, wyjęła zniszczony woreczek, delikatnie otworzyła i wysypała kamienie na rękę. Przez chwilę podziwiała ich tajemnicze, drżące błyski, potem schowała do sakiewki wszystkie, oprócz zielonego. W milczeniu spoglądała to na diament, to na człowieka, który trzymał go w dłoniach tak długo, że zostawił na jego wygładzonej przez czas powierzchni smak swojej skóry.
– Nie sprzedam ci praw do eksploatacji moich złóż ¬oznajmiła Cole'owi. – Dam ci za to połowę wydobycia każdej kopalni, którą…
– Erin! Na litość… – zaczął Windsor.
– … którą pomożesz mi odkryć na moich terenach – ciągnęła uparcie, nie zwracając uwagi na słowa ojca. – Nikt nie złoży ci lepszej propozycji, ponieważ nikt nie zechce oddać połowy władzy, jaką zapewnia taka kopalnia. Dla przypieczętowania umowy daję ci to.
Wyciągnęła przed siebie diament, który błyszczał i migotał na jej dłoni. Cole gwizdnął cicho przez zęby. Wpatrywał się w Erin z niemal namacalnym skupieniem.
– „Jeśli pomogę ci odkryć kopalnię” – powtórzył. – To znaczy, że chcesz jechać ze mną.
Erin przytaknęła.
– Testament tego wymaga.
– Czy potrafisz słuchać rozkazów?
Za odpowiedź wystarczył wszystkim śmiech Matthew Windsora.
– Tak właśnie myślałem – odparł Cole. – To będzie musiało się zmienić, Erin. Nie raz się zdarzy, że wydam ci rozkaz, i to tylko raz, bo zabraknie czasu na tłumaczenia.
– Jakoś to przeżyję.
Geolog lekko się uśmiechnął.
– W takim razie przygotuj się na podróż do Londynu.
– Dlaczego?
– To trochę uspokoi ConMin. – Cole nie dodał, że to uspokoi również Faulkner i Agencję. – Jeśli kartel nabierze przekonania, że uda się ciebie nakłonić do współpracy, nie od razu sięgnie po drastyczniejsze metody.
– Dobrze – zgodziła się Erin, chociaż było widać, że nie podoba się jej taki plan.
– Drugi rozkaz. Od tej chwili aż do czasu, kiedy znajdziemy kopalnię albo sprzedasz spadek, będziemy dzielili jeden pokój.
Zapadła elektryzująca cisza. Erin mierzyła wzrokiem potężnego mężczyznę, który również się jej przyglądał.
– Zgódź się – stanowczo polecił córce Windsor. – Skoro jesteś tak nierozsądna, że chcesz się w to wszystko bawić, to ktoś taki jak Blackbum powinien być zawsze blisko ciebie.
– Będziemy mieszkać w jednym apartamencie – zgodziła się krótko Erin.
– Tylko jeśli drzwi łączące nasze pokoje będą zawsze otwarte – zastrzegł Cole. – Cały czas, Erin. W każdej chwili.
Skinęła chłodno głową i bez ostrzeżenia rzuciła Cole'owi kamień. Chwycił go szybkim, wręcz niezauważalnym ruchem ręki.
– Umowa stoi – powiedział.
Faulkner spojrzała na niego z ukosa ponurym, rozwścieczonym wzrokiem..
– Mazel und broche, skarbie. Mam nadzieję, że skręcisz sobie kark.
Rozdział jedenasty
Erin siedziała przy oknie nowego pokoju hotelowego i spoglądała w ciemności zapadające nad Los Angeles. Miała wrażenie, że zatłoczone jezdnie i chodniki przygniatają ją ciężkim brzemieniem. Apartament składał się z dwóch sypialni i wygodnego salonu, ale mimo to czuła się jak w więzieniu. Nie była przyzwyczajona do dzielenia mieszkania z innym człowiekiem, szczególnie tak dużym i niewątpliwie męskim jak Cole Blackburn. Jego obecność w sąsiednim pokoju jednocześnie wabiła ją i odpychała.
Nagle Erin wstała. Rozsadzał ją jakiś wewnętrzny niepokój.
Krążyła po pokoju, nawet nie dostrzegając eleganckich obić we wzory w stylu króla Jakuba I i miękkiego dywanu w kolorze indygo. Chodzenie wśród czterech ścian jej nie wystarczało. Miała wrażenie, że siedzi w tym budynku całą wieczność. Tęskniła za bezkresnymi, pustymi połaciami Alaski. Wystarczyłby jej nawet widok horyzontu za Oceanem Spokojnym.
Kiedy pojawiła się w otwartych drzwiach sypialni Cole'a, podniósł wzrok znad biurka, za którym przeglądał przywiezione z BlackWing mapy.
– Moglibyśmy…? – zaczęła Erin, ale głos jej zamarł.
Jej matowy kontralt pobudził każdy nerw w ciele Cole'a.
Takim głosem mówią kobiety, które mają ochotę na miłość, jednak Erin stała w progu, jakby gotowa do ucieczki przy pierwszej oznace zainteresowania z jego strony. Zachowywała się tak od samego początku. Wysyłała sprzeczne sygnały, przez co nie mógł przestać o niej myśleć.
Właściwie żadne działanie z jej strony nie było konieczne.
I tak nie potrafił wyrzucić Erin ze świadomości. Jego ciało od pierwszego spojrzenia zdecydowało, że chce być jak najbliżej Erin Shane Windsor. Zrobiłby coś, żeby tak się stało, gdyby nie to, że dziewczyna z wyraźną niechęcią zdecydowała się dzielić z nim apartament. Nie zachowywała się jak kobieta, która pragnie mężczyzny.
A jednak czasami patrzyła na niego, jakby tak było.
– Moglibyśmy…? – powtórzył zachęcająco.
– Muszę stąd wyjść. Na spacer, na plażę. Wiem, że jest ciemno, i powiesz mi, że to niebezpieczne, ale muszę się stąd wydostać i zrobię to. Z tobą albo bez ciebie.
Z pośpiesznego rytmu jej słów można było poznać, że nie żartuje. Przez chwilę Cole rozważał wszystkie możliwości. Gdyby miał niezbitą pewność, że Erin zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, przywiązałby ją do łóżka. Jednak takiej pewności nie miał. ConMin to firma prowadząca poważne interesy, a nie rząd jakiegoś kraju albo organizacja przestępcza. Kartel z pewnością spróbuje nakłonić Erin do współpracy, zanim zdecyduje się ją zabić.
Musiał też przyznać, że bliskość dziewczyny wytrącała go z równowagi. Jeśli zostaną dłużej w jednym pomieszczeniu, a ona nadal będzie wysyłała te niepokojące sygnały, to może mieć trudności z utrzymaniem rąk przy sobie. Próba zbliżenia się do niej nie byłaby rozsądnym posunięciem. Jeśli Erin go pragnie, musi sama to okazać, i to bardzo wyraźnie.