Выбрать главу

Erin sięgnęła do klamki i zaraz spojrzała na Cole'a. Wpatrywał się w boczne i wsteczne lusterko. Mimo tego że bardzo chciała znaleźć się na piasku plaży i mieć przed sobą tylko jedenaście tysięcy kilometrów wody, nadal nie otwierała drzwi.

– Szybko się uczysz – pochwalił Cole.

– Ból jest dobrym nauczycielem.

– Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić.

– Nie skrzywdziłeś mnie – wyjaśniła pośpiesznie. – Właśnie dlatego przestałam walczyć. Spodziewałam się bólu, a nic takiego nie nastąpiło. Ale muszę powiedzieć, że jesteś strasznie ciężki.

Cole uśmiechnął się lekko.

– Następnym razem ty będziesz na górze.

Zaskoczona Erin spojrzała na niego z ukosa i na jej twarzy wykwitł niemal nieśmiały uśmiech, który mówił, że ta propozycja ją zaintrygowała.

– Wybieraj, kochanie. Albo idziemy na spacer, albo odbędziesz przyśpieszony kurs oglądania świata przez zaparowane szyby samochodu.

– Nie kuś mnie – odparła ze smutnym uśmiechem.

– Dlaczego nie?

Przez chwilę w samochodzie panowała cisza. Erin odwróciła się i spojrzała na człowieka, który w kilka minut nauczył ją więcej o przyjemnościach zmysłowych niż inni przez całe życie. Co ważniejsze, dowiedziała się, jaka jest natura niepokoju, który wywabił ją z Arktyki. To odkrycie własnej zmysłowości było równie niespodziewane jak delikatne zachowanie Cole'a.

– Interesuje mnie twoja propozycja – powiedziała. – Ale na razie nie wiem, jak głęboko i nie dowiem się, dopóki coś między nami się nie zdarzy. To nie jest wobec ciebie sprawiedliwe.

– Kochanie, gdyby życie było sprawiedliwe, ktoś wyprułby z Hansa wszystkie flaki, zanim przyszła mu do głowy pierwsza zboczona myśl.

Erin patrzyła, ze zdziwieniem. Chociaż Cole mówił lekkim tonem, jego oczy lśniły jak lodowate srebro.

– Ale życie nie jest sprawiedliwe – mówił dalej. – Jest po prostu zaskakujące. Tam, w hotelu, nauczyłaś mnie czegoś nowego o przyjemności, a myślałem, że to już nie jest możliwe. Być może umrzemy za chwilę, a być może będziemy żyć na tyle długo, żeby się dowiedzieć czegoś nowego o sobie. Ja przyjmuję, co mnie w życiu spotyka i nie martwię się tym, co mnie omija. A ty?

– Ja… nie wiem.

– Zastanów się. A przy okazji pomyśl też o tym. Mężczyzna, który nie może się kontrolować, należy do kogoś, kto umie to robić. Ja należę wyłącznie do siebie samego. Nawet gdybyśmy oboje byli nadzy i ty uwodziłabyś mnie wszelkimi sposobami, ale potem zmieniłabyś zdanie, wstałbym, ubrałbym się i na tym koniec. – Cole mówił, ale wciąż spoglądał to w jedno, to w drugie lusterko. – Pomyślisz o tym podczas spaceru. Oboje zbyt długo przebywaliśmy w tym ciasnym pokoju. Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Erin zaczekała, aż Cole obejdzie samochód i otworzy przed nią drzwi. Kierowała nią raczej ostrożność niż wymogi etykiety. Kiedy ich palce znowu się splotły, uśmiechnęła się bezwiednie. Dostrzegł jasny błysk jej zębów w świetle księżyca i też się uśmiechnął.

– Lubisz przebywać na otwartej przestrzeni. co? – odezwał się.

– Tak, ale nie dlatego się uśmiecham. Czuję się tak, jakbym znowu miała szesnaście lat i chodziła na spacery w chłodnym świetle księżyca. – Spojrzała na niego spod oka. – Ty pewnie miałeś około sześciu, kiedy zacząłeś umawiać się z dziewczynami.

Roześmiał się cicho.

– Ciesz się naszym spacerem. Kiedy znajdziemy się w Australii, nie będziesz miała ochoty nawet stanąć w pobliżu drugiej osoby ani w świetle słońca, ani księżyca.

– Dlaczego?

– Przez ten cholerny upał. Kimberley znajduje się w północnej części kontynentu, w tropikach.

– W tropikach? Na zdjęciach Kimberley bardzo przypominało pustynię.

– Owszem, przez większą część roku jest tam sucho. Potem zaczyna się pora przejściowa. wielkie kłębiaste chmury nadpływają znad Oceanu Indyjskiego. Pocisz się, a pot zostaje na skórze. Jest ci jeszcze bardziej gorąco, bo wilgoć nie może wyparować w maksymalnie nasyconym powietrzu. Ciało się nie chłodzi, a promienie słoneczne tną skórę jak brzytwa. Temperatura przekracza czterdzieści stopni, a w powietrzu jest tyle wilgoci, jakby padał deszcz. Trwa to tygodniami, aż ludzie załamują się i dosłownie wariują.

Erin mruknęła coś z niedowierzaniem.

– To prawda. Australijczycy wymyślili nawet nazwę dla tej choroby. Nazywają ją troppo. Kilka razy sam byłem jej bliski. To dało mi nauczkę. Teraz unikam pory przejściowej.

– Twój opis nie brzmi zbyt zachęcająco.

– Och, to jeszcze nie jest najgorsze. – Cole wciągnął głęboko słonawe powietrze. – Kiedy w końcu nadchodzi pora deszczowa, cały kraj staje się nieprzejezdny. Przez całe miesiące można się przemieszczać tylko samolotem.

– A samochodem z napędem na cztery koła?

– Tylko jeśli może również pływać.

– Nie ma mostów?

– Są tylko na głównej drodze – odparł Cole. – Kiedy naprawdę się rozpada, mosty zwykle zalewa woda. Widzisz, tam buduje się niskie mosty, ze zdejmowanymi barierami, żeby nie wplątywały się w nie niesione przez nurt przedmioty i nie tworzyły tamy. Mimo to często porywa je prąd. – Spojrzał na Erin. – Właśnie dlatego ConMin proponuje, że obwiezie cię po całym świecie, żebyś mogła fotografować diamenty. Kartel wie, że jeśli w ciągu następnych paru tygodni nie dotrzesz na tereny Szalonego Abe'a, to pewnie nie uda ci się tam dostać aż do lata, kiedy teren wyschnie. Ja powinienem już teraz być na wyżynie Kimberley i prowadzić badania, zanim temperatura wzrośnie do pięćdziesięciu stopni i będzie zbyt wilgotno, żeby oddychać.

– W takim razie wcale nie powinniśmy jechać do Londynu.

– To uspokoi Faulkner i van Luika. Nie będą nam siedzieli na karku. Tymczasem Wing przygotuje wszystko, co trzeba.

– Kto to jest Wing?

– Mój wspólnik.

– Ach, prawda. BlackWing. Tata coś mi o tym mówił.

– Nie wątpię. – Cole popatrzył na dziewczynę. – Nie martw się, kochanie. Jeśli tę kopalnię w ogóle da się znaleźć, to ja ją dla ciebie znajdę.

– Wiem. Tata powiedział mi i to.

Cole szedł jakiś czas w milczeniu, a potem zatrzymał się i łagodnie przyciągnął Erin do siebie. Nie opierała się, więc pochylił głowę i lekko dotknął wargami jej ust.

– Nie jedź do Australii. Będziesz bezpieczniejsza przy swoim ojcu. Może już osiwiał, ale to nadal twardy sukinsyn.

Erin chciała zaprotestować, ale rozproszyła ją delikatna pieszczota języka Cole'a i ciepło jego oddechu.

– Ta ziemia i klimat zabiły już nie jednego silniejszego i bardziej doświadczonego od ciebie człowieka. Wyżyna Kimberley to nie miejsce dla białej kobiety.

– To samo mi mówiono o Arktyce – odparła w roztargnieniu Erin. Zaciekawiona dotknęła językiem jego szyi, tak jak kiedyś zielonego diamentu. Słona. Męska. Ciepła. Wspaniale smakujesz, Cole.

Oddychał urywanie. Nagle wziął twarz Erin w obie ręce.

– Lubisz ryzykować, co? – zapytał.

– Ryzykować? – Spojrzała na niego tajemniczymi, pociemniałymi w świetle księżyca oczami. – W jaki sposób?

– Mógłbym zatrzymać cię w hotelu i tak kusić pieszczotami, że nie wiedziałabyś, gdzie się ukryć.

Erin znieruchomiała, wypatrując gorącego, srebrnego błysku jego oczu. Westchnęła i uśmiechnęła się trochę smutno.

– Wczoraj mógłbyś to zrobić, wtedy jeszcze cię nie znałam. Ale nie dzisiaj. Teraz wiem, że jesteś silny, ale nie okrutny. Zupełnie inny niż Hans.