Выбрать главу

– Oszustwo zawsze jest możliwe – odezwał się. – Ale jeśli te diamenty zostały wykonane przez człowieka, to oznacza to ruinę dla wszystkich wydobywców i dla wszystkich kopalni diamentów na świecie. – Wing uśmiechnął się. – Jeśli to cię niepokoi – ciągnął Amerykanin – to mogę znaleźć w Darwin kogoś, kto ma przyrząd do badania bezwładności cieplnej. Tej maszyny jeszcze nikomu nie udało się oszukać.

Tym razem Wing wzruszył ramionami.

– Nie ma na to czasu, chyba że przyniosłeś ten instrument ze sobą. Za kilka godzin kamienie muszą wyruszyć w drogę.

– Dokąd?

– Do Ameryki.

– Skąd ci je przywieziono?

– Z Kimberley.

Cole zamilkł. Kiedy się znów odezwał, przemówił obojętnym tonem.

– Złoża południowoafrykańskie są dość dokładnie zbadane.

– Nie chodzi mi o Kimberley w Afryce, tylko o wyżynę Kimberley, tutaj w Australii – wyjaśnił Wing. Uśmiechnął się, jakby zadowolony, że zna różnicę między tymi dwoma miejscami. Ludzie często je mylą. Zwykle diamenty kojarzą się z Afryką, chociaż największa kopalnia świata, Argyle, jest usytuowana na bezludnej pustyni w tropikalnym stanie Zachodnia Australia.

Cole odpowiedział Chińczykowi uśmiechem, ale w twardej linii jego ust nie było wesołości.

– Czy rodzina Chen zainwestowała w Argyle kierując się wartością tych diamentów?

– Nic nie mówiłem o Argyle, tylko o Kimberley.

Cole w milczeniu rozważył wszystkie możliwości. Jeśli kamienie pochodzą z Argyle, oznacza to, że kartel, który kontroluje światowe wydobycie diamentów, dokonał znaczącego odkrycia i dzięki temu jeszcze trochę się wzbogaci. Lecz jeśli kamienie pochodzą z nowego źródła, to do diamentowej rozgrywki dołączył nowy gracz i wkrótce rozpęta się piekło.

W każdym razie, dla człowieka, który trzyma w ręku tak silną kartę, jak ten zbiór kamieni, życie stanie się bardzo emocjonujące, a gra nabierze rumieńców.

– Kimberley w Australii? – powiedział Cole przygważdżając Winga spojrzeniem szarych oczu, tak czystych jak lodowiec. – Czy tam je znaleziono

Chińczyk po raz pierwszy się zawahał.

– Stamtąd mi je dostarczono, ale gdzie zostały znalezione… – Rozłożył wąskie dłonie.

– Czy jest ich więcej? – zapytał Amerykanin, wskazując ruchem głowy na rozrzucone kamienie.

– Dostałem tylko tyle – odparł ostrożnie Wing.

Cole podszedł do okna i spojrzał na palmy, otaczające frontowy trawnik państwowego kasyna w Darwin, na australijskim Terytorium Północnym, niemal dwa tysiące pięćset kilometrów od wyżyny Kimberley. W ostrym tropikalnym słońcu, pod zamglonym wilgocią niebem, morze Timor wyglądało jak kłęby aluminiowego drutu.

Żar słońca promieniował przez podwójne szyby okna obok Cole'a. W tle słychać było cichy szum klimatyzacji. Maszyneria kasyna wyciągała dym papierosowy z sal gier na niższych piętrach, jednocześnie chłodząc parne, przytłaczające rozgrzane powietrze tropikalnego października. Zaczęła się już pora przejściowa między suszą a jesiennymi deszczami, czas, w którym zwierzęta padają, a ludzie tracą zmysły.

Cole rozumiał, dlaczego tak się dzieje. Australijskie tropiki w październiku były jednym z niewielu miejsc na ziemi, gdzie nawet on nie mógł wytrzymać. Z jakiegoś powodu trudniej mu było znieść upał i wilgoć przesycającą powietrze w eukaliptusowych i akacjowych zaroślach Australii niż podobne warunki klimatyczne panujące w Wenezueli lub Brazylii.

Jednak maszyny zbudowane przez człowieka nie wpuszczały tropikalnego upału do wnętrza kasyna. Dostarczały technicznie przetworzone powietrze, które w niczym nie przypomina tego, którym trzeba oddychać na zewnątrz. Gdyby nie aborygeńskie malowidła na ścianach, ten pokój mógłby znajdować się gdziekolwiek między Hongkongiem a Johannesburgiem, Londynem a Los Angeles lub Tel Avivem a Bombajem. Meble zrobione były z europejskiego drewna, ale według wschodniej tradycji. Ubrania obu mężczyzn uszyto z tkanin wschodu, lecz zgodnie z najlepszymi włoskimi wzorami.

– Czy te diamenty wydobyto w Kimberley? – zapytał wprost Amerykanin, ponieważ wiedział, że dyplomatycznie niczego więcej się nie dowie.

– Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz.

Cole zmrużył oczy pod czarnymi brwiami. Wing zwykle nie udzielał wymijających odpowiedzi, szczególnie kiedy mu na czymś zależało. Jednak równie rzadko zdarzało mu się nosić w kieszeni diamenty wielkiej wartości. On i jego rodzina byli zbyt pragmatyczni, żeby zawracać sobie głowę surowcem mineralnym, którego cenę rynkową kontrolował potężny kartel. Chenowie zajmowali się głównie wydobywaniem i przetwarzaniem rud metali, których nazwy były znajome jedynie specjalistom od lotów kosmicznych i produkcji broni.

– Nie mogę z całą pewnością określić, skąd pochodzą te diamenty – oznajmił wreszcie Cole. – Mogę tylko powiedzieć, że nie z Argyle.

– Kamienie do ciebie przemówiły? – z powątpiewaniem zapytał Chińczyk. Cole czekał. – Skąd masz taką pewność? – dopytywał się Wing. – W końcu w Argyle też znajduje się różowe diamenty.

– Kopalnia w Argyle dostarcza niemal wyłącznie przemysłowego śmiecia. Jasne, że spotyka się tam także różowe kamienie, ale te są ciemniejsze, czystsze i o wiele większe niż jakiekolwiek inne znane mi brylanty australijskie. Żeby z wydobywanej w Argyle drobnicy zrobić biżuterię, trzeba cierpliwości indyjskiego szlifierza.

Wing czubkiem palca poruszył kamienie. Światło zamigotało i omyło ich powierzchnię, jakby były mokre.

– Chcesz powiedzieć, że nie pochodzą z Australii?

– Nie. Twierdzę jedynie, że nie wykopano ich w Argyle. Do diabła, Wing, na wyżynie Kimberley działa siedemdziesiąt różnych spółek wydobywczych. Żadna nie znalazła tam nic oprócz surowca klasy przemysłowej. – Cole przerwał i po chwili dodał: – Tak przynajmniej utrzymuje ConMin.

Wing mruknął coś pod nosem, równie sceptyczny jak Cole. ConMin oznajmiał światu jedynie to, co Sam uznawał za stosowne.

– Co jeszcze kamienie ci powiedziały?

– Że są aluwialne.

– Jaśniej proszę.

– Dawno, dawno temu zostały wymyte z pierwotnego złoża.

– Czy to źle?

Cole potrząsnął głową.

– Chryste, nadal znasz się na diamentach jak kura na pieprzu, co?

– Nie wyśmiewałeś moich pytań, kiedy byliśmy wspólnikami.

– Kiedy byliśmy wspólnikami, nie kusiłeś mnie garścią najwspanialszych surowych diamentów, jakie w życiu widziałem – odparował Cole. – Te kamienie to sama śmietanka z jakiegoś starego, zerodowanego złoża. Sztuki ze skazami i drobnica zostały zniszczone przez czas. Te, które przetrwały, mają wygładzone krawędzie i dlatego straciły naturalny dla siebie kształt kryształu.

– To dobrze czy źle? – niepewnie zapytał Chińczyk.

– Jeśli chodzi o cięcie, to dobrze. Kamienie wydobyte prosto z pierwotnego złoża tracą przy obróbce połowę wagi. Aluwialne stracą nie więcej niż dwadzieścia procent w drodze między kopalnią a palcem jakiejś rozpuszczonej damy.

– Więc te kamienie są przynajmniej o trzydzieści procent droższe od niealuwialnych diamentów o tej samej wadze? – zapytał szybko Wing.