Выбрать главу

– „Kości martwego morza” – zacytowała w zamyśleniu Erin, przypomniawszy sobie wiersz Abe'a.

Cole zmrużył powieki. Odsunął mapę kontynentu i wyjął bardziej szczegółową mapę Kimberley. Przesunął palcami po linii Napier Range i po innych wzniesieniach wapiennych, które dzisiaj otaczają wyżynę, tak jak dawno temu otaczały ją żywe rafy koralowe. Siedem z działek Abe'a leżało na terenach, gdzie odsłaniały się pokłady wapnia. Trzy z nich znajdowały się w obrębie samej stacji. żadna nie sąsiadowała z istniejącą kopalnią.

– Cole?

Nie odpowiedział, tylko chwycił następną mapę, pokazującą współczesne cieki wodne. Nie było tam rzek stałych, ale w porze deszczowej opady były tak duże, że nawet wysuszona, spękana ziemia nie mogła ich całkowicie wchłonąć. W rezultacie na tym terenie pojawiały się i znikały rzeki, które w zasadzie były szerokimi na kilka kilometrów rozlewiskami.

Erin obserwowała Cole'a, jak w skupieniu mierzył odległości i zastanawiał się nad możliwymi wnioskami. Pracował szybko i zdecydowanie, dowodząc tym, że umysł ma równie sprawny jak ciało.

Kiedy tak mu się przyglądała, rósł w niej wewnętrzny niepokój. Musiała przyznać, że czuje do Cole'a wielki pociąg, szczególnie teraz, kiedy jego inteligencja i samodyscyplina tak bardzo rzucały się w oczy. Wiedziała, że nie powinna nawet rozważać możliwości zostania jego kochanką, ponieważ należała do osób, które nic nie robią połowicznie. Jeśli odda mu się fizycznie, nie będzie potrafiła zatrzymać dla siebie duszy. Nie miała pewności, czy Cole, pragnie czegoś więcej niż jej ciała. Jednak pokusa stawała się coraz większa i narastała z każdą minutą przebywania w jego towarzystwie.

Cole bez ostrzeżenia podniósł głowę i zobaczył świetliste oczy Erin, wpatrujące się w niego z uwielbieniem. Kiedy to spostrzegła, pośpiesznie odwróciła wzrok.

– No i co? – zapytała, wskazując na mapę. Wzruszył ramionami.

– Mniej więcej dwie trzecie powierzchni Australii można nazwać cmentarzyskiem kości martwego morza.

– Och! – jęknęła zawiedziona.

– Z drugiej strony, kiedy zaczniemy badać działki Abe'a, możemy się na początku skoncentrować na tych, które leżą na wapiennym podłożu.

Uśmiech rozświetlił twarz Erin.

– W takim razie trochę pomogłam, prawda?

– Mam nadzieję – odparł z uśmiechem. – I tak zostaje nam jeszcze olbrzymi teren do zbadania.

– Czy jest tam jakaś rzeka?

– Nie taka, jaką masz na myśli. Jednak w paleozoiku płynęły tam rzeki. Wpadały do płytkiego morza, w którym formowały się rafy. Musiały też być plaże, może takie jak w Namibii, gdzie kopiąc w piasku wyciąga się diamenty pełnymi garściami.

– Gdzie na działkach Abe'a znajdują się te pradawne rzeki?

– Nigdy nie spotkałem po nich żadnych śladów, ale na pewno tam są. Muszą być.

– Z powodu diamentów?

– Nie. Dlatego, że wyżyna Kimberley istnieje tam od dawna, morze też przeważnie było blisko, a woda zawsze spływa do morza.

Erin nieświadomie zagryzła dolną wargę. Często to robiła w zdenerwowaniu lub zamyśleniu.

– A mapy? Nie pokazują tych starych rzek?

– Nie – odparł Cole. – Mam do dyspozycji tylko mapy tektoniczne. Jeśli szukamy czegoś o powierzchni mniejszej niż kilkaset kilometrów kwadratowych, są bezużyteczne.

– Jak duże są złoża diamentów?

– Większość ma na powierzchni najwyżej kilkaset hektarów. Wiele jest mniejszych. Niektóre są bardzo rozległe.

– Można powiedzieć, że szukamy igły w stogu siana.

– Wolałbym szukać igły. – Mógłbym wtedy sprowadzić jakiś przemysłowy magnes i w parę minut odnaleźć ten kawałek metalu.

Znów wpatrzył się w mapy. Praca natychmiast go pochłonęła. Erin mogła się tylko domyślać, nad czym się teraz zastanawia. Obserwowała go otwarcie i żałowała, że jej aparaty leżą na krześle przy łóżku, a nie na stole, tuż pod ręką. Rzadko robiła portrety, ponieważ przedkładała wieczne piękno dzikiej przyrody nad przemijającą urodę ludzkich twarzy. Teraz jednak zapragnęła sfotografować Cole'a. Tak jak w przypadku surowych krajobrazów, pod surową zewnętrzną powłoką jego twarzy kryło się coś więcej.

Wciąż o tym rozmyślała, kiedy zapadła w sen na jego kolanach, zaciskając palce na wyimaginowanym aparacie i wtulając twarz w szyję Cole'a.

Rozdział czternasty

Hugo van Luik szedł długim korytarzem tak cicho jak duch. Puszysty zielony dywan, obicia i ciężkie zasłony pochłaniały każdy szmer. Kamera wewnętrznej telewizji, zamontowana na wykładanej drewnem ścianie, śledziła każdy jego ruch. W tym biurze przechowywano diamenty o wartości od dwóch do trzech miliardów dolarów, w zależności od dnia miesiąca.

Kiedy dotarł do ciężkich, ręcznie rzeźbionych drewnianych drzwi w końcu korytarza, zatrzymał się i wystukał czterocyfrowy kod na klawiaturze zamka szyfrowego. Zasuwa się odsunęła, pchnął drzwi i wszedł do kolejnego długiego holu, gdzie otworzył następny elektroniczny zamek i wreszcie znalazł się w sali konferencyjnej.

Chociaż spotkania „komitetu sterującego” Działu Handlu Diamentami ConMinu były „nieoficjalne”, spełniały „funkcję doradczą” i urządzano je w pełnej dyskrecji, miały podstawowe znaczenie dla planów ekonomicznych i oczekiwań państw, które brały w nich udział. Indywidualni uczestnicy przeglądów zawsze zawiadamiali OHO o swoich potrzebach kanałami oficjalnymi, ale to co miało się stać dzisiaj w tym, pokoju, decydowało, jak i czy te oczekiwania zostaną spełnione. W stopniu zadziwiającym dla postronnego obserwatora, DHD mógł polepszyć lub pogorszyć sytuacje ekonomiczną wielu krajów.

Van Luik spojrzał na zegarek. Gdyby miał wybór, odłożyłby to spotkanie na pięć tygodni, aż do następnego przeglądu. Wtedy pora monsunowa w Australii Zachodniej już by się rozpoczęła i sprawa niebezpiecznego spadku po Abelardzie Windsorze zostałaby zamrożona na następne sześć miesięcy. Jednak przełożenie spotkania nie było możliwe.

Gwałtownie odwrócił się do krążącego przy półotwartych drzwiach woźnego.

– Wprowadź ich – polecił.

Pierwszy wkroczył przedstawiciel Izraela. Moshe Aram był szczupły, żylasty i wysportowany. Należał do izraelskich tajnych służb Mossadu. Przemysł diamentowy stanowił zbyt ważną część gospodarki izraelskiej, żeby go zostawić w rękach przedsiębiorców czy polityków. Właśnie taki błąd zapoczątkował problemy w latach siedemdziesiątych.

Reprezentantka Stanów Zjednoczonych, Nan Faulkner, pojawiła się tuż za Aramem. Usiadła, napełniła szklankę wodą z lodem, wypiła i znów sobie nalała. Zapaliła cygaretkę i odłożyła ją na brzeg ciężkiej kryształowej popielnicy.

Van Luik skinął głową kobiecie, ale nie odezwał się ani słowem. Chociaż Faulkner od dawna brała udział w spotkaniach OHO, Holender zawsze trzymał się od niej na dystans. Uważał ją raczej za figurantkę niż prawdziwego uczestnika międzynarodowych rozgrywek o władzę.

Podszedł do swojego fotela u szczytu stołu i spokojnie obserwował, jak inni zajmują miejsca. Słyszało się tu niewiele towarzyskich pogawędek. Uczestnicy spotkania przyszli, żeby się upewnić, że potrzeby ich krajów, dotyczące handlu diamentami, są kartelowi znane.

Borys Jarakow, reprezentant Związku Radzieckiego, zachowywał się dzisiaj wyjątkowo opryskliwie. W przeciwieństwie do niego, Attar Singh, przedstawiciel Indii, był bardzo uprzejmy. Nie miał innego wyboru. Indie nie wydobywały już diamentów, więc nie budziły takiego respektu jak kiedyś. Pod koniec dwudziestego wieku Indie wniosły do ConMinu i OHO niewyczerpane źródło taniej siły roboczej, która niszcząc wzrok poświęcała wiele godzin na cięcie i szlifowanie diamentów tak małych, że dawniej przeznaczono by je na cele przemysłowe i sprzedano za ćwierć ceny, którą zyskiwały po obróbce.