Faulkner strząsnęła popiół z cygaretki i spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Główne hasło kampanii brzmi: „Udowodnij jej swoje uczucie. Kup brylant tak wielki jak twoja miłość”. Będziecie reklamować przede wszystkim brylanty o wadze powyżej jednego karata – oznajmił van Luik.
Faulkner potrząsnęła głową. Przy tym ruchu zamigotały w jej uszach kolczyki z brylantami wysokiej jakości.
– To trochę potrwa, zanim taka kampania wywoła pożądany efekt. Tymczasem rynek zaleje droga biżuteria. Dajcie nam rok zwłoki.
Van Luik zanotował coś na kartce.
– Trzy miesiące zwłoki, pani Faulkner. Jeśli amerykańskim uczestnikom przeglądu nie spodoba się zawartość ich kopert, zawsze mogą odmówić zakupu.
Faulkner zdusiła cygaretkę w popielnicy i nic nie odrzekła.
– Czy doszliśmy do porozumienia? – zapytał dyrektor, patrząc na zebranych. Nikt nie zaprotestował.
– Mazel und broche.
– Mazel und broche – odpowiedział mu chór stłumionych głosów.
Nawet Nan Faulkner wypowiedziała to tradycyjne pozdrowienie handlarzy diamentów, zanim odsunęła krzesło i wyszła z sali. W myślach układała już raport dla ministra obrony narodowej. Jednego była pewna. Raport musi się zakończyć następującym wnioskiem: „Należy niezwłocznie znaleźć kopalnię diamentów jubilerskich, kontrolowaną przez rząd Stanów Zjednoczonych, a nie przez ConMin”.
Rozdział piętnasty
Erin podniosła głowę znad talerza z resztkami kolacji, kiedy zauważyła nadchodzącego Cole'a. Wokół nich rozbrzmiewał gwar zatłoczonej restauracji. Prawie go nie słyszała. W nieświadomym skupieniu patrzyła na sprężyste ruchy Blackburna. Z takim samym skupieniem słuchała jego słów, spoglądała mu w oczy i wdychała jego zapach. Zeszłej nocy usnęła na ramieniu Cole'a czując, że jej bliskość go podnieca. Rano obudziła się sama w łóżku, kompletnie ubrana. On potrafił kontrolować zmysłowość, chociaż niewątpliwie była bardzo ważną częścią jego osobowości.
Świadomość tego faktu wracała do Erin w najdziwniejszych chwilach, zmieniając jej nastrój. Uspokajała ją, ale również napełniała szczególnym uczuciem wyczekiwania.
Jednocześnie Erin podejrzewała, że powściągliwość Cole'a wynika z zupełnie innych pobudek. Pragnął jej, ale był wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, że każda próba nacisku odniesie wręcz przeciwny skutek do zamierzonego. Ona coraz bardziej skłaniała się ku niemu, ale zdawała sobie sprawę, jakie ryzyko emocjonalne się z tym wiąże. Cole Blackburn wydawał się jej człowiekiem uodpornionym na miłość. A ona nie należała do kobiet, które oddają się mężczyźnie bez miłości.
– Gotowa? – zapytał wyciągając rękę. Erin wstała i ujęła jego dłoń.
– Masz je? – zapytała.
– Ukryte w pasie pod ubraniem. Wynająłem pokój w innym hotelu i zostawiłem tam nasze rzeczy.
– A moja torba ze sprzętem?
Uśmiechnął się lekko.
– Jest bezpieczna w pokoju. Nie, jeszcze nie wolno ci fotografować. Ktoś, kto zobaczy, jak się koncentrujesz na robieniu zdjęć, nie weźmie cię za turystkę.
Westchnęła. Uścisnął jej rękę.
– Wynajmiemy samochód na te nowe paszporty i wyjedziemy jutro z rana. Kiedy opuścimy miasto, będziesz mogła fotografować, ile dusza zapragnie.
– To pochopna obietnica. Trzymam cię za słowo.
Ze śmiechem wyszli z restauracji, trzymając się za ręce.
Wyglądali jak para zakochanych, spędzająca beztroski wieczór w mieście. Na zewnątrz było ciepło i wilgotno. Miasto pachniało, jakby je ktoś zamknął pod szklaną kopułą.
Kiedy wyszli z kręgu światła latarni, rozpłynęli się w ciemnościach. Cole miał na sobie lekkie bawełniane spodnie, koszulę i buty – wszystko czarne. Erin była ubrana tak samo. Cole nalegał, żeby wieczorem wkładali wyłącznie czarne ubrania, a w dzień w kolorze khaki. Erin nie narzekała, ponieważ Cole sam kupił wszystkie ich rzeczy, włącznie z nylonowymi torbami. Z bagażu, który miała w Stanach, został jej tylko jeden aparat fotograficzny i diamenty, ukryte w pasku pod ubraniem.
Wiała lekka bryza, niosąc ze sobą zapach morza.
– Czy teraz pozwolisz mi zobaczyć Ocean Indyjski? _ zapytała Erin.
– To jest w zasadzie morze Timor.
– Niech będzie.
Roześmiał się i spojrzał na kobietę, która wdzięcznym krokiem szła obok niego. Coś się w niej zmieniło od czasu, kiedy usnęła na jego kolanach. W jego obecności była teraz rozluźniona i żartobliwie się z nim przekomarzała, co tylko pobudzało jego pożądanie. Tak samo jak szczery podziw w jej oczach, gdy na niego patrzyła.
– Chodźmy – powiedział. – Tam jest ścieżka nad morze.
Nieoświetlona, kręta alejka prowadziła przez tunel z bujnej roślinności nad wodę. Byli kilka metrów od grubego piachu plaży, kiedy Blackburn stanął w miejscu, oparł Erin o pień drzewa i przycisnął ją ciałem, jakby byli niecierpliwymi kochankami, którzy nie mogą się doczekać samotności. Po chwili instynktownego strachu, spowodowanego nagłą bliskością mężczyzny, Erin się uspokoiła. Drapieżna uwaga Cole'a nie skupiała się na niej. Wpatrywał się w odcinek ścieżki prowadzący z powrotem do miasta.
– Wydawało mi się, że ktoś za nami idzie – wyszeptał do ucha dziewczyny.
Przy każdym oddechu czuła siłę i ciężar jego ciała. Ogarniały ją już tylko resztki dawnego strachu. Przede wszystkim owładnęło nią zupełnie nowe uczucie – pożądanie.
Zamglony księżyc dawał niewiele światła, ale Erin dostrzegała napięte mięśnie na szyi Cole'a, ślad czarnego zarostu pod skórą i wyraźne, równe bicie tętna. Nacisk jego ciała był raczej bezosobowy niż zmysłowy, miał chronić, a nie uwodzić. Erin bez przekonania powtarzała sobie, że tak jest lepiej.
– Idziemy – powiedział ledwie słyszalnym szeptem. – Dalej na plaży znajdziemy inne wyjście na ulicę.
Ich buty chrzęściły głucho na grubym piasku. Po prawej morze łagodnie omywało plażę. Chmury o niewyraźnych krawędziach zasnuwały niebo jak zsiadłe mleko, zakrywając księżyc i gwiazdy, aż ich blask zamienił się w mdłą poświatę, rozpływającą się na drżących falach. Głęboki cień napływał od strony lądu, gdzie gałęzie drzew zwisały nad plażą. Gęstość światła i cienia fascynowała Erin. Nie przypominała jej żadnego połączenia jasnych i ciemnych barw, jakie dotychczas spotkała.
– Zaczekaj tu – odezwał się cicho Cole. – Jeśli zobaczysz, że przed tobą coś się porusza, zawołaj mnie i uciekaj.
– Dokąd idziesz?
Odpowiedział jej tylko szelest stalowego ostrza wyjmowanego ze skórzanej pochwy, przytroczonej do przedramienia. Cole jak cień oddalił się bezgłośnie w kierunku, z którego nadeszli. Erin uważnie wpatrywała się w noc, usiłując zobaczyć, gdzie poszedł.
Nagle z ciemności wyłoniły się jakieś ręce i mocno ją chwyciły. Zanim zdążyła się przestraszyć, zaczęła się bronić według zasad samoobrony, które wpajano jej tak długo, aż stały się częścią jej samej, tak jak wspomnienie o Hansie.
Napastnik wydał triumfalny okrzyk, który natychmiast zmienił się w jęk bólu, kiedy pięta Erin trafiła go w kolano. Odskoczył na bok, trzymając ją jedną ręka, a drugą masując obolałe miejsce. Wołając Cole'a, dziewczyna próbowała kantem dłoni sparaliżować nadgarstek przeciwnika, ale mężczyzna upadając szarpnął ją i straciła równowagę. Przewróciła się tak, jak ją uczono, nie napinając mięśni; przetoczyła się i natychmiast stanęła na nogach, gotowa do ucieczki, która zawsze jest najlepszą obroną. Napastnik błyskawicznie wyciągnął rękę i złapał ją za kostkę. Odruchowo kopnęła go prosto w twarz. Zawył z bólu.
Nagle inni napastnicy rzucili się na nią, chwytając za ręce i nogi. Wykorzystała wszystkie ciosy, jakich się nauczyła, chociaż wiedziała, że jej walka nic nie pomoże, bo mężczyzn było za dużo, w dodatku okazali się wyszkolonymi wojownikami. Pierwszego napastnika pokonała przez zaskoczenie, ponieważ nie spodziewał się, że Erin potrafi tak wprawnie się bronić. Innych nie mogła już zaskoczyć. Widzieli, co się stało z ich towarzyszem, i postanowili pokonać ją przewagą liczebną.