Выбрать главу

Bandyta stał do niej bokiem i odwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, w każdej chwili gotów do obrotu. Starannie kontrolował oddech i nasłuchiwał jak kot przy mysiej dziurze.

Zakreślał pistoletem krąg wokół siebie, żeby uzyskać jak największe pole strzału.

Erin dostrzegła w jego oczach odbite światło księżyca, kiedy zwrócił się w stronę morza. Bała się, że zaraz powróci mu wzrok. Sylwetka Cole'a rysowała się wyraźnie na połyskliwym tle fal. Był tak dużym celem, że nawet niewyraźnie widzący człowiek mógł go z łatwością trafić.

Gwałtownym ruchem rzuciła garść piachu, jednocześnie przetaczając się na bok: Napastnik zwrócił się do niej i strzelił na oślep. Kula przeszyła ziemię, wzbijając fontannę drobnych grudek. Chociaż Cole nie zrobił żadnego hałasu, bandyta znów stanął. twarzą do morza, instynktownie wyczuwając nadchodzący atak. Pistolet wystrzelił jeszcze raz.

Cole jęknął głucho, ale już po chwili nasadą dłoni z dołu uderzył w nos napastnika. Głowa mężczyzny odskoczyła w tył, a z nosa wytrysnęła czarna w świetle księżyca krew. Bandyta bez jednego słowa osunął się na ziemię.

– Erin! Nic ci nie jest?

– Nic. Jestem tylko trochę wystraszona.

– Obserwuj ścieżkę, którą tu przyszliśmy.

Cole podniósł pistolet i szybko sprawdził magazynek. Potem schował nóż. Spokojnie upewniał się, czy pozostali napastnicy nie wracają do przytomności.

– Nikt nie idzie? – zapytał. Pochylił się nad pierwszym mężczyzną i wykonał szybki, zdecydowany ruch prawą ręką. Napastnik nie zareagował.

– Nikt nie idzie. Co ty robisz?

– Sprawdzam, czy któryś nie udaje.

Metoda Cole'a była brutalna i skuteczna – wbijał wyprostowane sztywno palce w krocze leżącego. Żaden przytomny mężczyzna nie zniesie takiego bólu bez odruchowego jęku lub obronnego ruchu. Erin patrzyła w odrętwieniu. Drżała, ponieważ opuściło ją napięcie, ale była wręcz nienaturalnie spokojna. Kiedyś już przeżyła niespodziewany okrutny atak, uszła z życiem i potrafiła na nowo przystosować się do rzeczywistości, chociaż wiedziała, że świat już nigdy nie będzie się jej wydawał bezpieczny jak dawniej. Tym razem łatwiej jej było dojść do siebie po brutalnych przejściach. Zdołała się obronić. Walczyła i nawet nie dała się zranić. Zachowała też równowagę umysłu. Po napadzie nie utraciła naiwnego przekonania, że nic się jej nie może stać. Tę lekcję dostała już dawniej. Później być może się rozpłacze i dostanie dreszczy, ale nie teraz. Teraz nic nie czuła. Przeżyła..

Czwarty napastnik jęknął i skulił się po uderzeniu Cole'a. Erin drgnęła.

– Nadal nikt nie nadchodzi? – zapytał Blackburn.

– Nie. Powinniśmy chyba wezwać policję.

– To wyeliminowałoby nas z gry, dokładnie tak, jak chcieli to zrobić ci dranie. – Cole posadził przytomnego napastnika na ziemi. – Jeśli mnie słyszysz, otwórz oczy, bo inaczej znowu uszkodzę ci jaja.

Mężczyzna uniósł powieki.

– Kto był celem, ja czy dziewczyna? – zapytał Cole.

– Ty – wyjęczał napastnik.

Cole poczuł ulgę. Na dłuższą metę nie potrafiłby uchronić Erin przed otwartą próbą zabójstwa. Z takimi atakami da sobie radę. Wrzucił pistolet do morza.

– Mieliście mnie zabić?

Mężczyzna jęknął głucho.

– Tylko zmiażdżyć ci kolana.

Erin ze świstem wciągnęła powietrze, kiedy zrozumiała, że napastnicy chcieli nieodwracalnie okaleczyć Cole'a na całe życie.

_ Kto was wynajął? – zapytał Blackburn.

– Nie wiem.

Cole uwierzył. Najemni bandyci zwykle mają tylko nazwisko obiektu napadu i miejsce, gdzie można go znaleźć. Wcisnął kciuki w szyję mężczyzny, aż zamknęły się tętnice. Utrata przytomności szybko nastąpiła. Cole puścił napastnika.

– Nikt nie idzie? – upewnił się jeszcze raz.

– Nie.

– Mimo to wrócimy inną drogą. Na tamtej ścieżce ktoś był, chociaż nie włączył się do walki.

– Dlaczego?

– Może właśnie wzywa policję. Idziemy.

Cole wyprostował się i pomógł wstać Erin. Zwykle poruszał się płynnie i sprężyście, ale teraz lekko utykał. Dziewczynie przez chwilę wydawało się, że nad jego kolanem, po wewnętrznej stronie uda, widzi na ciemnym materiale połyskującą plamę krwi.

– Jesteś ranny?

Mruknął coś w odpowiedzi.

– Cole? – nalegała Erin.

– Dzięki tobie nie strzelił mi w kolano. Będę kulał przez dzień czy dwa, ale nie przez całe życie.

– Czy…

– Później. Szok to dobry środek znieczulający, ale jego działanie szybko słabnie. Chcę, żebyśmy dotarli w bezpieczne miejsce, zanim całkiem przestanie działać.

– A jest takie miejsce?

Cole odwrócił się bez słowa, co i tak powiedziało Erin więcej niż pragnęła usłyszeć.

Rozdział szesnasty

– Nadal uważam, że powinieneś mi pozwolić zaprowadzić się do lekarza – powiedziała zmartwiona Erin.

Blackburn w milczeniu wszedł do pokoju hotelowego. Noga go bolała i krwawiła, ale wiedział, że to niewiele więcej niż draśnięcie.

Erin zamknęła za sobą drzwi na klucz. Pokój był mały i skromnie umeblowany. Jej torba ze sprzętem fotograficznym i dwie nowe nylonowe torby, zakupione przez Cole' a, leżały na łóżku.

– Pomogę ci… – Spojrzała na jego udo. – O, Boże!

– Tylko mi się tu nie rozklejaj, bo nie będzie z ciebie pożytku – upomniał ją Cole. – To tylko krew.

Ciemna, wilgotna plama lśniła na spodniach. Gdyby materiał nie był czarny, nie dałoby się ukryć, że Cole jest ranny. Erin spoglądała z przerażeniem, jak czerwone strumyczki wypływają spod nogawki i ściekają do buta.

– Jeśli nie chcesz zostawić śladów na całym dywanie, to lepiej wejdź do łazienki – powiedziała głosem cieńszym i słabszym niż zwykle.

Cole chwiejnie przeszedł do łazienki, opuścił klapę sedesu i usiadł, żeby zdjąć buty i skarpetki. Erin bez słowa opadła przed nim na kolana, odepchnęła jego ręce i zaczęła mu pomagać. Krew spływała jej na palce. Jęknęła ze zdenerwowania i zaczęła szybciej pracować.

– Odpręż się, kochanie – odezwał się. – To nic groźnego.

– Tylko zadrapanie, tak? – odparła szybko. Była zła, ponieważ Cole został ranny, a ona nie mogła tego zmienić. – Coś ci powiem, twardzielu. Zadrapania tak nie krwawią.

– Krew nie wypływa w rytmie uderzeń serca, a to znaczy, że kula nie uszkodziła niczego ważnego. Nie wygląda to ładnie, ale przecież często widujesz krew.

– Tylko raz polowałam na wieloryby.

– Miałem na myśli krew miesięczną.

Erin spojrzała na Cole'a z błyskiem w oku. Uśmiechał się. Rozluźniona wypuściła powietrze z płuc i potrząsnęła głową.

– Czy ktoś ci już mówił, że jesteś niemożliwy? – zapytała, pochylając się nad jego stopami.

– Nie. Chcesz być pierwsza?

Mruknęła coś pod nosem, co mogło wyrażać zniecierpliwienie albo rozbawienie. Jej ruchy były teraz bardziej opanowane. Miał rację. Krew nie była dla niej niczym nowym.

Kiedy zdjęła buty i skarpetki, Blackburn rozpiął koszulę i odrzucił ją od siebie, żeby się nie pobrudziła krwią, która zdawała się wszystko zalewać. Sprawnymi ruchami rozpiął spodnie i zaczął je ściągać. Kiedy materiał otarł się o ranę, Cole ze świstem wypuścił powietrze przez zęby.

– Sprawiasz sobie ból. Daj, odetnę nogawkę…

– Nie. Nie chcę tracić czasu na zakupy. W samolocie muszę mieć na sobie spodnie.

Erin podniosła wzrok.

– Czy to znaczy, że wracamy do Kalifornii?

– Ależ skąd. Lecimy do Derby. Jeśli dopisze nam szczęście, zmarnują mnóstwo czasu, szukając nas między Darwin a stacją Abe'a. My natomiast zjawimy się z przeciwnej strony. Weź poszewkę na poduszkę. Podrę ją na bandaże.