Wysiłkiem woli skoncentrowała się na ranie, jakby oglądała ją przez obiektyw aparatu. Nachyliła się bardziej i spojrzała uważnie na czerwoną bruzdę. Jakkolwiek się ustawiała, cień wciąż padał na ranę i nie pozwalał dokładnie zobaczyć, jak jest głęboka. Erin, uwięziona między nogami Cole'a, zmieniła pozycję i niemal opierając się o jego tors popatrzyła na ranę pod innym kątem. Przy tym ruchu znów otarła się ramionami i włosami o jego nagą skórę.
Ciało Cole'a napięło się w jednej sekundzie, kiedy poczuł ukłucie pożądania.
– Boli? – zapytała Erin z niepokojem.
– Nie… zupełnie – odparł niskim głosem wpatrując się w jej włosy, a nie pracujące sprawnie ręce. Zastanawiał się, czy jedwab, satyna albo ogień mają czasami taki niezwykły kolor. Włosy Erin przypominały mu wszystkie te trzy rzeczy, kiedy delikatnie muskały jego ciało. Ich kosmyki były miękkie i chłodne, a jednocześnie gorące.
– Jeśli możesz, podnieś nogę trochę wyżej – poprosiła, naciskając oburącz na jego udo. – Teraz lepiej. – Spojrzała na ranę i westchnęła z ulgą. – Miałeś rację. To nic poważnego. Ale na pewno boli.
Cole nie zaprzeczył.
– Masz jakieś bandaże w swojej apteczce?
– Na pewno nie w twoim rozmiarze – odparła z poważną miną i zaczęła się podnosić.
– Nie wstawaj – powiedział i delikatnie powstrzymał ją ruchem dłoni. – Podam ci.
Kiedy się pochylił, niemal całkowicie przykrył Erin swoim ciałem. Czuła silnie mięśnie pod dłonią, dotyk skóry i męskie ciepło. Od piersi do kolan przebiegł ją dreszcz, aż zaczęła szybciej oddychać. Starała się oddychać powoli, mówiąc sobie, że z pewnością się myli. Na pewno tylko się jej wydawało. Przecież to niemożliwe, żeby Cole był pobudzony.
Zobaczyła przed sobą tubkę maści z antybiotykiem. Wzięła ją, starannie osuszyła ranę i zaczęła rozsmarowywać maść na zranionym ciele. Cole wysyczał kilka słów w jakimś obcym języku. Cieszyła się, że nie zna ich znaczenia.
Z każdym lekkim dotykiem palca Erin serce Cole'a zaczynało bić coraz szybciej. Ostry ból w nodze nie mógł się nawet równać z palącym uczuciem podniecenia. Nie mógł nic zaradzić na żadne z tych doznań, więc tylko klął w odmianie portugalskiego, jakiej używa się w brazylijskich kopalniach diamentów, rzucając przekleństwami, od których nawet kamień by się zarumienił.
Powtarzał sobie, że działa na niego najstarszy afrodyzjak świata – adrenalina. Nie raz już tak się czuł, kiedy udało mu się cało ujść z zasadzki. Znał ten przypływ nieopisanej radości, że udało się ocalić życie. Potem zwykle ogarniał go głód seksualny, bo właśnie tak ciało świętuje radość życia. Gdyby to nie Erin, ale jakaś inna kobieta stała przy nim, przyciągnąłby ją do siebie, żeby nasycić wygłodniałe zmysły i rozluźnić napięcie. Ale to nie była inna kobieta. Ta została kiedyś tak brutalnie potraktowana, że być może nie pozwoli żadnemu mężczyźnie poznać swojego gorącego ciała.
Cole z uporem starał się nie myśleć o delikatnych rękach, których dotyk drażnił jego ciało. Tak samo jak ciepły, słodki oddech Erin, jej piersi, dotykające go, kiedy przysuwała się bliżej, sięgając do zranionego uda. Ich miękka i jędrna wypukłość paliła go jak rozgrzane do czerwoności żelazo. Skrzywił się i zaklął. Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego właśnie ta kobieta podnieca go aż do bólu.
– Gdzie się podział ten silny, milczący mężczyzna? – zapytała Erin znękanym głosem i zagryzła dolną wargę.
– Jesteś już za duża, żeby wierzyć, że tacy istnieją. – Znów wysyczał przekleństwo przez zęby.
Kiedy Erin skończyła, na jej dolnej wardze widniały głębokie ślady zębów. Jednak wokół rany nie pojawiała się już świeża krew. Cole podsunął jej dwa kwadratowe opatrunki z plastrem. – Nie wierz temu, co piszą na opakowaniu – odezwała się dziewczyna. – Te przywierają tak samo boleśnie jak każde inne.
Kiedy się przysuwała, żeby przykleić pierwszy opatrunek, otarła się o Cole'a. Gwałtownie wciągnął powietrze. Erin zamarła myśląc, że znowu sprawiła mu ból.
– Powinieneś sam założyć sobie opatrunek – powiedziała zmartwiona. – Ja jestem zbyt niezdarna. Nie chcę, żebyś więcej cierpiał.
Cole spojrzał na skuloną przy nim dziewczynę. Jej przerażone oczy były tak piękne, że patrząc na nie, za każdym razem odczuwał równie wielką przyjemność.
– Wcale nie jesteś niezdarna. – Położył jej opatrunek na kolanach. – I lubię, jak mnie dotykasz. – Gwałtownie podniosła głowę. – A ty, Erin? – zapytał, wpatrując się w nią uważnie. – Lubisz mnie dotykać?
– Nie chciałam sprawiać ci bólu. – Łzy nabiegły jej do oczu, jeszcze bardziej podkreślając ich piękno. – Przepraszam. Naprawdę nie chciałam.
Pogłaskał ją po policzku.
– Takie delikatne stworzenie, a takie dzielne.
– Nie jestem dzielna. Trzęsłam się ze strachu.
– A jak myślisz, co to znaczy być dzielnym? Zrobić to, co należy, mimo strachu. Reszta to tylko przechwałki. Zupełnie nieprawdziwe.
Stwardniałym palcem otarł łzę, która właśnie miała stoczyć się po jej twarzy. Przysunął dłoń do ust i dotknął językiem przejrzystej jak diament kropli.
– Słona i bardzo słodka. Nikt jeszcze nade mną nie płakał. Nikt na całym świecie.
Zamknęła oczy, nie mogąc znieść skupionego na niej wzroku. Kiedy je otworzyła, spojrzała prosto na ranę. Wygładziła opatrunek, starając się nie sprawiać Cole'owi bólu. Nie było to łatwe. Jej koncentrację rozpraszały słowa, które przed chwilą usłyszała, i bliskość półnagiego mężczyzny, podnieconego, a jednak niepróbującego jej dotknąć.
Ale najbardziej oszołomiło ją to, że wcale się nie bała.
Bliskość i pobudzenie mężczyzny powinny ją przerażać. Nic takiego nie nastąpiło. Była niespokojna, zdenerwowana, podniecona, ale się nie bała.
– To powinno wystarczyć – odezwała się miękkim, niskim głosem.
Szybko wstała i poszła do sypialni. Nie słyszała, żeby Cole poszedł za nią, ale wiedziała, że to zrobił. Położył jej ręce na ramionach i uścisnął ją lekko.
– Dzięki. – Jego głos się zmienił, stał się twardszy. – Ale kochanie, następnym razem, kiedy każę ci uciekać, to lepiej uciekaj.
– Nie mogłabym uciekać, nawet gdybym chciała – odparła Erin niecierpliwie i ze złością. – Ten drań uderzył mnie tak mocno, że nie mogłam oddychać przez…
– Uderzył cię? – Wielkie ręce odwróciły Erin, przerywając jej w pół słowa. – Gdzie?
– Tutaj – odparła, wskazując na miejsce tuż pod mostkiem. Cole bez słowa zaczął rozpinać jej bluzkę.
– Cole! Co ty robisz! – zawołała, bezskutecznie odpychając jego dłonie.
– Nie ruszaj się.
Takim samym bezbarwnym głosem Cole mówił do napastników. Erin natychmiast usłuchała, bardziej z zaskoczenia niż ze strachu. Z niedowierzaniem patrzyła, jak zręcznie palce Cole'a rozchylają jej bluzkę. Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
– Czy to boli? – zapytał bezosobowo.
Erin poczuła, jak lekkimi ruchami dotyka jej żeber. Dziwne dreszcze przebiegły jej ciało, zostawiając po sobie gęsią skórkę.
– Boli? – dopytywał się Cole, patrząc w jej zaskoczone oczy. Nie mogła nawet wciągnąć powietrza. Potrząsnęła głową.
– A tutaj?
Ciepłe, trochę szorstkie palce przesuwały się wzdłuż żeber do mostka.
– Trochę – wyszeptała.
Zobaczyła, że Cole zmarszczył brew, i poczuła silniejszy ucisk jego palców.
– A teraz?
– Boli trochę bardziej, ale wciąż niezbyt silnie.
Erin patrzyła na twarz Cole'a. Miał bardzo gęste czarne rzęsy, pod którymi jego oczy wyglądały jak przejrzyste kryształy zabarwione niebieskimi i zielonymi kreseczkami. Włosy miały mahoniowy odcień, taki sam jak ciemniejący tuż pod skórą zarost.