– Z tego, co od nich usłyszałem, wynika, że ten człowiek potrafi się bić jak nikt.
– A co mieli ci powiedzieć? Że walczył jak stara baba? – Van Luik zdusił przekleństwo, czując nowe ukłucie bólu. – Następnym razem sam zajmiesz się tą sprawą.
– Z przyjemnością, koleś. Ale najpierw trzeba sukinsyna znaleźć.
– Jak najłatwiej dotrzeć do stacji Windsora?
– Są tylko dwa sposoby. Można tam dolecieć albo dojechać Jeepem. Stawiam na Jeepa. Samochód i tak potrzebny mu będzie na stacji.
– A autobus?
– Dojazd autobusem? Wykluczone. Stacja leży daleko od jedynej szosy.
– Nie mógłby tam dojść?
– Nie o tej porze roku, koleś. Po jednym dniu wykończyłby go udar cieplny; a ta cizia wykorkowałaby w ciągu kilku godzin. Powiedz McLarenowi, żeby obserwował wszystkie firmy wypożyczające samochody w Darwin. Ja się zajmę Derby.
– Derby?
– To, poza Darwin, jedyne miejsce w północno-zachodniej Australii, gdzie można wynająć Jeepa. Tutaj nie Londyn, koleś.
Zapadła cisza.
– Street? – odezwał się w końcu Holender.
– Co?
– Znajdź ich. Upewnij się, że nic nie znajdą przed nadejściem monsunów, kiedy wszelkie poszukiwania staną się niemożliwe. Jeśli to ci się nie uda, zniszcz kopalnię.
– A jeśli okaże się, że jest tak wielka jak ta w Argyle?
– Sądzimy, że jest inaczej. Mamy podstawy, by podejrzewać, że to niewielkie złoże okruchowe, a takie można łatwo zniszczyć.
– Skąd ta pewność.
Van Luik skrzywił się i odliczył kilka uderzeń serca w pulsującym bólu, który przeszywał mu głowę.
– Masz swoje wady, Street, ale nie należy do nich ignorancja w zakresie geologii. Naprawdę wierzysz, że przez ostatnie dziesięć lat Abelard Windsor zdołałby ukryć złoże wielkości plaż Namibii?
– Wykluczone. Zupełnie odpada.
– Pora deszczowa wystarczająco opóźni poszukiwania.
Holender z ponurym uporem wrócił do głównego tematu rozmowy.
– W ciągu pięciu miesięcy może zajść wiele zmian. Bardzo ważnych zmian. Zmian, które będą miały podstawowe znaczenie dla utrzymania równowagi sił w kartelu. Powtarzam, nie wolno ci wpuścić Blackburna na teren stacji.
– To nie takie proste, koleś. Wypadki się zdarzają. Być może będę w końcu musiał zabić tę dziewczynę, żeby go powstrzymać.
– Jak to mówią Anglicy? Żebrak nie może grymasić? – Van Luik rozmasował nasadę nosa. – Cokolwiek się zdarzy, postaraj się, żeby to wyglądało na wypadek. Jeśli ją zabijesz, lepiej będzie, jak ciało zniknie bez śladu. Będę czekał na twój telefon.
Street chciał coś powiedzieć, ale usłyszał w słuchawce trzask przerywanego połączenia. Po chwili znów wykręcił numer, zaczekał chwilę i zaczął rozmowę.
– Cześć, złotko. Czy jacyś Jankesi nie chcieli wypożyczyć twojego Rovera?
– Nie Jankesi, tylko para Kanadyjczyków, wybierająca się do Windjany.
Street zawahał się.
– Kanadyjczycy?
– Właśnie.
– Mężczyzna i kobieta?
– Tak. Nazwiskiem Markham.
– Kiedy zgłosili rezerwację? W zeszłym miesiącu?
– Kilka godzin temu zadzwonili z Perth. Przylecą następnym samolotem. Dlaczego pytasz?
Street szybko się zastanowił. Mógł założyć, że to zwykły zbieg okoliczności. Akurat teraz jakaś para Kanadyjczyków nagle zapragnęła zobaczyć dzikie okolice Australii Zachodniej, szczególnie wąwóz Windjana, który znajduje się w tej samej części stanu, co stacja starego Abe'a. Być może Blackburn i Erin nadal ukrywali się w Darwin i leczyli ranę.
Mógł tak przypuszczać, ale byłby głupcem, gdyby nie obejrzał tej pary na własne oczy.
– Słuchaj, złotko – odezwał się. – Chciałbym, żebyś opóźniła ich wyjazd. Przynajmniej do jutrzejszego ranka.
– A co ja będę z tego miała?
– Najtwardszą sztukę, jaka ci się w życiu trafiła.
– Wydaje ci się, że jesteś najlepszy, co?
– Nie raz się już przekonałaś – odciął.
– Kiedy dostanę zapłatę? – zapytała ze śmiechem.
– Zajrzę do ciebie przed zmrokiem.
– Będę czekała.
Street odłożył słuchawkę z uśmiechem. W lędźwiach czuł już znaczące mrowienie. Nora uchodziła za najładniejszą wolną dziewczyną w Derby, co oznaczało tylko tyle, że była trochę ładniejsza od wiedźmy, którą można straszyć dzieci. W łóżku miała szczególne wymagania, co odstręczało większość mężczyzn. Ale nie Streeta. Jej pomysłowość wydawała mu się bardzo interesująca.
Cicho pogwizdując spakował mały plecak. Miał nadzieję, że Cole Blackburn – jeśli to rzeczywiście był on – wybierze drogę lądową, a nie powietrzną. Z Derby do stacji Szalonego Abe'a prowadziło niewiele dróg.
Jason Street znał ich każdy metr.
Rozdział dziewiętnasty
Derby robiło wrażenie miasta, w którym już dawno zaczęło zamierać życie, a wkrótce miało zupełnie ustać. Budynki krzywo spoczywały na palach, jakby rozległą równinę na brzegu oceanu regularnie nawiedzały powodzie. Chociaż tutejsze szerokie ulice z łatwością pomieściłyby kilka pasów ruchu w obu kierunkach, tylko jeden pas z każdej strony został wyasfaltowany. Na wolnej przestrzeni między pasami rosła trawa i baobaby o grubych pniach i pałąkowatych gałązkach, przypominających korzenie. Nierówny asfalt na chodniku rozmiękł od gorąca. Nie jechały tędy żadne samochody, ciężarówki ani autobusy. W takim klimacie ludzie tracili ochotę na wszelką działalność. Mogli się tylko pocić.
W Darwin również panował upał, ale nowoczesne budynki zaopatrywano w klimatyzację. Derby było upalne i prymitywne.
Rover, na którego Cole i Erin czekali osiemnaście godzin, okazał się równie nie zachęcający jak samo miasto. Był mocno używanym, rozklekotanym pojazdem, który jednak wciąż spełniał swoje zadanie. Znaleźli w nim mnóstwo starych gratów, skrzynek z narzędziami, plandek, zapasowych opon, podnośników, siatki metalowej i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. Wszystko to znajdowało się po bokach samochodu, w metalowych skrzynkach ze skoblami, w które zatknięto gwoździe. Na górze znajdowała się platforma do przewożenia towarów, ogrodzona poręczami. Zderzaki trzymały się luźno, ale za to siatka oddzielająca pasażerów od ładunku była tak gruba i mocno przytwierdzona, że wytrzymałaby szarżę rozwścieczonego byka.
Przed wyjazdem z miasta Cole robił dokładny przegląd pojazdu. Między Derby a Fitzroy Crossing mieli do przebycia kilkaset kilometrów szosą Great Northern, przy której nie było żadnych miast, osad, stacji obsługi ani pomocy drogowej tylko spinifeks, karłowate eukaliptusy i akacje, wszechobecne w Australii Zachodniej.
Erin stała w mizernym cieniu pod metalowym daszkiem i patrzyła, jak Cole sprawdza silnik samochodu. Jeśli rana mu dokuczała, to nie dawał tego po sobie poznać. Dzisiejszego ranka też nie zauważyła, żeby coś mu dolegało, kiedy obudził ją pocałunkami i pieszczotami, od których jej ciało niemal się rozpłynęło. Połączyła ich wspólna rozkosz, która tłumiła wszelki ból.
Uśmiechając się do wspomnień, Erin starała się nie zwracać uwagi na pot, zbierający się pod bawełnianą bluzką bez rękawów i z głębokim wycięciem pod szyją. Wilgoć ściekała w dół, na szorty, które już przybrały brzydki brązowawy kolor. Mimo niewiarygodnej wilgotności, powietrze w Derby było gęste od rdzawego pyłu. Między podmuchami rozgrzanego wiatru atakowały chmary much. Erin odruchowo zganiała natarczywe owady z twarzy. Cole, schylony nad brudnym silnikiem, robił to samo.
Upał wciąż ją zaskakiwał. Cieszyła się, że posłuchała Cole'a, który nalegał, żeby ich garderoba składała się głównie z krótkich spodni, skąpych podkoszulków, bielizny i sandałów. Jedynym ustępstwem na rzecz wymogów cywilizowanego stroju były skarpetki i mocne turystyczne buty, spoczywające w torbie. Erin miała na sobie nowy miękki kapelusz z płótna i okulary przeciwsłoneczne o niemal czarnych szkłach. Leżąca u jej stóp nylonowa torba podróżna też była nowa. Nawet kanadyjski paszport był dla niej nowy, chociaż wyglądał na używany od dawna. Cole dał go jej, kiedy przybyli do Perth. Sam też miał podobny. Wystawiono je na nazwisko państwa Markham, zamieszkałych w Nanaimo, w Brytyjskiej Kolumbii.