Выбрать главу

– A czy brak źródeł oznacza, że pod wapieniem nie ma wody?

– Niekoniecznie. Jeśli teren i warunki są odpowiednie, woda wymywa kanały w wapieniu i przedostaje się nimi głębiej pod ziemię. Powstają podziemne rzeki, płynące w twardej skale. Właśnie tak powstały jaskinie Carlsbad w Nowym Meksyku.

– Myślisz, że takie jaskinie Jak Carlsbad istnieją w Kimberley i jak diamenty Abe'a czekają na swojego odkrywcę?

Cole usłyszał podniecenie w głosie Erin i stłumił uśmiech.

– To mało prawdopodobne. Jaskinie to ulotne zjawisko. Większość z nich nie jest w stanie przetrwać dłużej niż sześć milionów lat.

– Tak krótko? Jejku, to może lepiej się pośpieszmy.

Spojrzał na poważną minę Erin i roześmiał się mimo obezwładniającego, znienawidzonego upału oraz podążającego za nimi samochodu.

– W skali ludzkiej jaskinie są wieczne, ale w porównaniu z diamentami żyją krótko jak jętki. Możliwe, że te kamyki, które trzymasz schowane w pasku wokół talii, są najstarszą rzeczą na ziemi.

Erin rozwarła oczy ze zdumienia.

– Co takiego?

– To długa historia. – Cole zerknął w lusterko.

– A przed nami długa droga – odparła ze śmiechem.

Widząc uśmiech na twarzy Erin, Cole żałował, że nie są w tej chwili gdzie indziej; gdziekolwiek, byle w bezpiecznym miejscu. Tutaj na pewno nie było bezpiecznie. Jadący za nimi samochód zmieniał prędkość za każdym razem, kiedy robił to Blackburn. Ktokolwiek siedział za jego kierownicą, nie chciał się z nimi zrównać ani ich wyprzedzić. Być może to zwykły podróżny, który odruchowo utrzymuje równy dystans od jadącego przed nim pojazdu, a być może ktoś wiele groźniejszy.

Jakkolwiek było, Cole nie mógł w żaden sposób zgubić intruza. Przez następne pięćdziesiąt kilometrów nie było przed nimi żadnych bocznych dróg. Oba pojazdy musiały podążać w tym samym kierunku.

Rozdział dwudziesty

Cole popatrzył w lusterko, a potem szybko zerknął na Erin, obawiając się, że dziewczyna zauważyła jego niepokój. Nie było sensu mówić jej o śledzącym ich samochodzie. Napięcie i zdenerwowanie zmęczyłyby ją jeszcze szybciej niż okrutny klimat.

Droga zaczęła biec nieco pod górę. Cole wiedział, że za dziesięć minut dotrą do okolic poprzecinanych długimi, łagodnymi wzniesieniami. Potem dojadą do rozwidlenia. Mniejsza odnoga prowadzi do wąwozu Windjana, główna droga biegnie w kierunku Gór Króla Leopolda i kończy się w niewielkiej osadzie Gibb River. Prawie wszystkie samochody poruszające się tą trasą jechały do lub ze stacji położonych przy szlaku. Miejscowi ludzie nie jeździli do Windjana w porze przejściowej, a w Derby nie było żadnych turystów. Cole i Erin stanowili widok tak niezwykły, że na ulicy wszyscy się za nimi oglądali.

To oznaczało, że jeśli posuwający się za nimi obłok kurzu skręci do Gibb River, wszystko jest w porządku. Jeśli podąży za Roverem do Windjana, to sprawa przedstawia się poważnie.

– Cole?

Oderwał wzrok od lusterka.

– Słucham.

– Jak diamenty trafiły do wulkanów?

– Kiedyś uważano, że skrystalizowały się w stopionej skale, gdy stygła – odparł. Mówił spokojnym głosem, nie okazując napięcia, jakie w nim narastało w miarę zbliżania się do rozdroża. – Ale wewnątrz wulkanu jest cholernie gorąco. Diamenty stopiłyby się tam jak kostki lodu w gorącej kawie.

Zamilkł i zerknął na bok, żeby się przekonać, czy Erin nie patrzy w boczne lusterko. Nie patrzyła. Przyglądała się Cole'owi rozszerzonymi, pięknymi oczyma i nic innego dla niej nie istniało, nie wyłączając chmury pyłu za nimi.

Pierwszy od osiemdziesięciu kilometrów znak drogowy pojawił się tuż przy rozwidleniu. Droga Gibb River zmierzała prosto. Lewa odnoga prowadziła do wąwozu Windjana i parku narodowego Tunnel Creek. Skręcili w prawo.

– Nie tak dawno temu – ciągnął Blackburn – jakiś bystry laborant spojrzał na czarny pyłek uwięziony we wnętrzu diamentu i zaciekawiło go, co to jest takiego.

– Myślałam, że to cząsteczki węgla. Wiesz, takie małe drobinki, które nie zdążyły przekształcić się w diament.

– Wszyscy tak uważali. Ale wreszcie ktoś to sprawdził. Okazało się, że to jest pirop, szczególny rodzaj granatu. Można określić jego wiek, mierząc stopień radioaktywności. Diament, który badał ten młody laborant, pochodził z komina kimberlitowego, liczącego sobie sto trzydzieści milionów lat. Diament z uwięzionym w nim piropem powinien mieć tyle samo. Okazało się, że jego wiek można liczyć w miliardach lat.

– Ale w takim razie, skąd wzięły się diamenty w kominie kimberlitowym? Przecież magma jest tak gorąca, że wszystkie by się stopiły.

– Tego nikt nie wie. Według mojej osobistej teorii gdzieś głęboko pod ziemią istnieje diamentowa strefa. Nie sięgają tam metalowe wiertła, bo wykrzywiają się i topią. Rozgrzana skała ma tam konsystencję wosku pozostawionego na słońcu. Temperatura i ciśnienie są tam tak duże, że diamenty zostały wypchnięte pod powierzchnię, kiedy planeta się ochładzała ponad cztery miliardy lat temu.

Erin nieświadomie dotknęła płóciennego pasa pod bluzką, gdzie ukryła dwanaście pradawnych kryształów.

– Kiedy Ziemia wystarczająco się ochłodziła – ciągnął Cole – bezpowrotnie minęły warunki, w których mogły powstać diamenty. Ale przetrwały i tworzą delikatny, kryształowy welon wokół jądra Ziemi.

– A jak trafiają pod powierzchnię, skąd my je wydobywamy?

– Co jakiś czas skorupa się przesuwa i cienkie igiełki magmy eksplodują, przechodząc przez diamentowy welon. Robią to tak szybko, że niektóre kryształy nie zdążą się stopić, bo skała wokół nich już zastyga. Jednak większość się spala. Tylko jeden na dwadzieścia kominów zawiera diamenty.

Erin siedziała w milczeniu i wyobrażała sobie połyskujący welon z diamentów, liczący sobie miliardy lat; wspaniałą krystaliczną pamiątkę z okresu formowania się planety.

– Co za szkoda – odezwała się w końcu.

Cole oderwał wzrok od lusterek.

– Żałujesz, że tyle diamentów przepada?

– Nie. Szkoda, że te, którym uda się przetrwać, trafiają w końcu na palec jakiejś pustogłowej lali albo rekina finansjery.

Uśmiechnął się, ale tak ponuro, jak robił to dawniej. Chmura pyłu skręciła ich śladem na drogę do Windjana.

Klnąc z irytacją Cole sięgnął jedną ręką za siebie i szukał czegoś w torbie na tylnym siedzeniu. Drugiej ręki nie zdejmował z kierownicy.

– Mogę ci pomóc? – zapytała Erin.

– Włóż turystyczne buty najszybciej jak możesz – polecił Cole. – Potem przejmiesz kierownicę, a ja włożę swoje.

Erin zerknęła na jego twarz i nie zadawała pytań. Szybko włożyła buty, a potem przytrzymała jedną ręką kierownicę, dając Cole'owi swobodę manewru. Spowodowało to zmniejszenie szybkości samochodu.

– Dzięki – odezwał się Blackburn. Przejął kierownicę, ale nie przyśpieszał. – Weź lornetkę i sprawdź, czy nikt za nami nie jedzie.

Erin ustawiła ostrość i uważnie przyjrzała się drodze.

– Widzę biały samochód.

– Chce nas wyprzedzić?

Milczała chwilę.

– Nie.

Cole zaklął pod nosem.

– Co się dzieje? – zapytała z niepokojem.

– Jesteśmy śledzeni od samego Derby. Ten za nami to lepszy cwaniak. Kiedy przyśpieszamy, on też to robi, a kiedy zwalniamy, zostaje z tyłu. Ile osób jest w samochodzie?

– Trudno powiedzieć. Powietrze drży od upału, a poza tym jest za daleko.

Cole sięgnął pod fotel, wyjął strzelbę i podał ją Erin.

– Umiesz się z tym obchodzić?

– Tak.

– Dobrze. Trzymaj to pod ręką, ale nie odbezpieczaj.