– Co zrobimy?
– Będziemy uciekać, tak szybko jak się da.
Bez dalszych ostrzeżeń przyśpieszył. Samochód przebył niskie wzniesienie i opadł w długą, łagodną dolinę. Pedał gazu uderzył o podłogę i tam został, przyciskany stopą Cole'a. Rover gwałtownie nabierał szybkości, silnik wył na pełnych obrotach. Strzałka prędkościomierza przesunęła się wokół tarczy i wskazywała sto trzydzieści kilometrów na godzinę.
Erin starała się nie myśleć o różnych zwierzętach, które bez żadnych przeszkód wędrują po, tych okolicach.
Rdzawoczerwona droga przewijała się pod kołami pojazdu.
Minęli suche koryto strumienia na dnie doliny i zaczęli wspinać się po długim zboczu. Stopniowo zbocze stawało się bardziej strome, i samochód musiał nieco zwolnić. Cole nadal mocno wciskał pedał gazu, co chwilę zerkając na wskaźniki temperatury i ciśnienia oleju. Starał się prowadzić samochód po najrówniejszej części nie utwardzonej drogi i sprawdzał, czy na poboczu nie ma żadnych zwierząt.
Rover przebył szczyt kolejnego wzniesienia, zanim chmura pyłu znów się pojawiła w lusterku wstecznym. Cole nadal maksymalnie dociskał gaz. Droga stała się bardziej płaska, a potem okrążyła niewielkie rumowisko skalne. Erin po raz pierwszy zobaczyła w Australii coś, co przypominało wzgórze.
Cole bez litości wyciskał z maszyny wszystkie soki.
Droga do Windjana gwałtownie się zwęziła. Pojawiły się koleiny, a pobocze stanowiła mieszanina rudej ziemi i kamieni. Kręty gościniec prowadził teraz między rzadkimi drzewami i kępami trawy. Ukształtowanie terenu i liczne zakręty sprawiły, że główna droga Gibb River wkrótce zniknęła z oczu.
Erin jedną ręką trzymała strzelbę, a drugą chwyciła się deski rozdzielczej. Tak jak Cole, spoglądała na wskaźniki.
– Jak długo samochód to wytrzyma? – zapytała.
– Krócej niż trzeba i założę się, że ten drań o tym wie. Bawi się z nami jak z rybą schwytaną na haczyk.
– Co zrobimy?
Cole uśmiechnął się posępnie.
– To, co robią ryby. Chwycimy przynętę i uciekniemy z nią.
– A co będzie, jeśli to tylko zbieg okoliczności i tak naprawdę nikt nas nie śledzi?
– Wtedy ogolę nogi i zapiszę się do baletu.
Rover zadrżał, kiedy Cole zmienił bieg na wyboistym odcinku drogi. Erin chwyciła się mocniej deski rozdzielczej, kiedy mknęli po coraz trudniejszym terenie. Bała się, że zaraz się rozbiją, ale Cole za każdym razem wyprowadzał samochód na prostą. Pojazd przemierzał suche koryta strumieni i niebezpiecznie ślizgał się po piaszczystych fragmentach drogi.
Przez kilka kilometrów jedynym dźwiękiem było wycie rozszalałej maszyny. Erin coraz częściej zerkała na wskaźnik temperatury.
– Cole! – odezwała się w końcu. – Silnik się przegrzewa.
– Wiem. Jeśli w Windjana zobaczymy jakichś turystów czy obozowiczów, przyczepimy się do nich jak rzep do psiego ogona. Człowieka łatwo zabić. Trudniej uniknąć za to kary, szczególnie jeśli ofiarą jest córka wysoko postawionego oficera CIA. ConMin nie będzie chciał żadnych świadków.
Cole starał się patrzeć jednocześnie na wskaźnik temperatury i na otoczenie. I silnik, i okolica były rozgrzane do granic możliwości. Ziemia przybrała rdzawy kolor. Widzieli tu więcej drzew niż w Derby, były one wyższe, ale wciąż trudno to było nazwać lasem. Wokół wznosiły się bardzo niskie wzgórza o kamienistych szczytach.
Żadne z nich nie było na tyle duże, żeby samochód mógł się za nim skryć.
Wypadli z rzadkiego zagajnika na piaszczystą łachę, którą w porze deszczowej zalewa woda. Za nią jak ciemna ściana wznosił się pod niem tańcach skał. Po zupełnie płaskiej równinie, która dotychczas przemierzali, wapienny wał zdawał się nierealny. Rzeka Lennard wyżłobiła w nim wąwóz. W jej korycie nie było teraz wody, ale wąwóz Windjana dobitnie świadczył, jak wartki musi być jej nurt w porze monsunowej.
– Widzisz przed nami jakieś samochody? – zapytał Cole, mknąc w kierunku wąwozu.
– Nie, ale ktoś tam musi być. Przecież to park narodowy.
– W samym środku pustkowia.
– A strażnicy?
– Jesteśmy w Australii Zachodniej. Turystów pozostawia się tu samym sobie.
Erin osłoniła oczy i uważnie rozglądała się po okolicy. Wyblakła tablica zawiadomiła ich, że wjechali na teren Parku Narodowego Windjana. Park był równie bezludny, jak otaczające go pustkowie. Nie spostrzegła tu nic oprócz placu do parkowania samochodów i kilku spalonych słońcem, pozbawionych dachu baraków. Nie było żadnej kryjówki ani świadków, którzy mogliby opowiedzieć, co widzieli.
Droga się rozwidlała. Cole wybrał odnogę, która odchodziła od wąwozu i wejścia do parku i biegła wzdłuż południowej ściany prehistorycznej rafy. Ze skalnej ściany wychodziły długie, wymyte przez wodę występy, tworząc głębokie wąskie kaniony. W cieniu poszarpanego wapiennego wału rósł prawdziwy las. Małe eukaliptusy i kępy traw wyrastały ze szczelin w kamiennym zboczu, tam gdzie wiatr przyniósł nasiona i wytworzyła się gleba. Wszędzie widać było ślady bydła.
Droga wiła się lekko, biegnąc wzdłuż nieregularnej ściany, przez co widoczność była utrudniona. Cole ostro skręcił w lewo, kierując samochód wprost na zbocze. Wyminął wielkie drzewa pochylając głowę, żeby uniknąć uderzeń gałęzi. Rover ślizgał się i kołysał, jakby kierowca za chwilę miał stracić panowanie nad kierownicą. Kurtyna gałęzi zamknęła się za samochodem, tak że z drogi nie można go już było dostrzec. Nagle wyrosła przed nimi poszarpana, bardzo nieregularna ściana skały. Cole gwałtownie zahamował i wyłączył silnik.
– Wyjmij z mojej torby pudełko naboi – polecił. Wziął od Erin strzelbę i wysiadł z samochodu. – Biegnij wzdłuż skały, dopóki cię nie dogonię. Ruszaj!
Podmuchy wiatru wolno rozwiewały tuman pyłu wzbity kołami pędzącego w szaleńczym tempie pojazdu. Erin biegła po piaszczystej miękkiej ziemi tak szybko, jak tylko mogła. Po paru sekundach pot zlewał ją od stóp do głów. Po minucie miała wrażenie, że oddycha rozpalonym ołowiem. Kiedy Cole ją dogonił i wciągnął w wąską rozpadlinę, była całkiem mokra i wyczerpana.
– Zatarłem ślady. Zostań tu i nie pokazuj się – wydyszał. Erin wręczyła mu pudełko z nabojami i skinęła głową, zbyt zmęczona, żeby się odezwać.
Cole oszacował wzrokiem nierówną, wymytą przez wodę skałę, która wznosiła się wokół nich. Bez słowa przewiesił strzelbę przez ramię i zaczął się wspinać. Uważnie sprawdzał punkty podparcia dla rąk i nóg. W powolnym, równym rytmie podciągał się coraz wyżej, jak człowiek doświadczony we wspinaczce. W pół minuty dotarł wystarczająco wysoko, żeby zobaczyć wijącą się drogę. Wcisnął się w rozpadlinę, zdjął strzelbę z ramienia i czekał.
Pięć minut później na drodze pojawił się tuman kurzu.
Porywy lekkiego wiatru z wąwozu szybko go rozwiewały. Cole nadal czekał, zupełnie nieruchomy, w głębokim cieniu skały.
Zobaczył nadjeżdżający w pędzie samochód. Udało mu się spostrzec jedynie to, że jest w nim tylko kierowca, a sam pojazd to japońska niewielka maszyna o zamkniętej kabinie, budową naśladująca Jeepa. Samochód nie zwalniając przemknął obok miejsca, gdzie Cole pod drzewami ukrył Rovera. Blackburn spojrzał na zegarek i zaczął odliczać czas. W ciągu następnych dziesięciu minut dowie się, czy wybieg się udał, czy będzie musiał wciągnąć prześladowcę w zasadzkę, zabić go i pogrzebać w piachu. Oczywiście, jeśli najpierw sam nie zginie.
Erin słyszała przejeżdżający samochód, chociaż go nie widziała. Spojrzała w górę, na oślepiająco błękitne niebo i na Cole'a, wciśniętego w czarną szczelinę. Napięcie widoczne w jego ciele podziałało na nią jak bezgłośnie ostrzeżenie. Rozpłaszczyła się na szorstkim kamieniu i czekała.