Odgłos wystrzałów niósł się w ciszy nocy jak grzmot. Gdzieś po prawej zakrzyczały niespokojnie ptaki. Stopniowo do buszu wracała cisza. Nie rozległ się żaden okrzyk bólu ani strzał ze strony wroga. Trudno było odgadnąć, czy chociaż część śrutu dosięgła mordercy.
Wstrzymując oddech Cole czekał bez ruchu. Każdym nerwem ciała nasłuchiwał odgłosów z otoczenia. Wyłowił ledwie słyszalny szelest materiału ocierającego się o spinifeks, cichy chrzęst podeszwy buta o ziemię. Niewyraźny cień wycofywał się. Cole rzucił się w bok, przetoczył kilka razy i wystrzelił. Potem znów się przetoczył w innym kierunku, znieruchomiał i czekał.
Cisza.
Wsunął jeszcze trzy duże naboje do magazynka, zanim bezgłośnie ruszył w kierunku pociągu drogowego. Nagle przez myśl przebiegły mu podobne obrazy z minionych lat – noc, gęsta od upału i wilgoci, wokół cicha dżungla, zbyt cicha, co świadczyło, że drapieżnik ruszył na łowy. Zabić albo zginąć. Przeżyć albo umrzeć. Nic nowego.
Tym razem jednak było inaczej, trudniej, ponieważ bronił nie tylko swojego życia. Przechylił głowę i nasłuchiwał, czy Erin jakimś ruchem nie zdradziła swojej kryjówki. Odpowiedziała mu cisza.
Erin leżała nieruchomo i wsłuchiwała się w noc. Z trudem się powstrzymywała, żeby nie zawołać Cole'a. Często podchodziła z aparatem dzikie zwierzęta, widziała, jak wilki osaczają i powalają łosia, ale nigdy jeszcze nie leżała w ukryciu i nie czekała, aż jeden z dwóch walczących mężczyzn zabije drugiego. Żałowała, że nie ma przy sobie skuteczniejszej broni od własnych zaciśniętych pięści.
Trzasnęły drzwi. Silnik pociągu drogowego zawarczał.
Skrzynia biegów zazgrzytała gwałtownie i pojazd ruszył, z każdą sekundą nabierając prędkości. Reflektor i światła zgasły, jakby uciekający zabójca się bał, że ściągnie na siebie kolejne strzały.
Cole wycofał się w kierunku Rovera. Kiedy znalazł się w pobliżu miejsca, gdzie zostawił Erin, wyszeptał jej imię.
– Tutaj jestem – odpowiedziała również szeptem.
Chwilę potem osunął się na ziemię obok niej, wziął dziewczynę w ramiona i trzymał, aż przestała drżeć i też go objęła. Nie wypuszczał jej z objęć długo po tym, jak minęły wywołane napięciem dreszcze. Gładził ją po włosach i wsłuchiwał się w mrok. Z wolna powróciły odgłosy insektów i nocnego życia buszu, upewniając Cole'a, że nikt nie został na drodze, żeby podkraść się blisko samochodu i zastawić na nich pułapkę.
– Cały dzień mówiłaś, że chcesz prowadzić – powiedział cicho. – Teraz też masz na to ochotę?
Erin skinęła głową.
– Zostań tu, a ja się rozejrzę. Jeśli nic się nie stanie, postaraj się zjechać z tego kopca termitów.
– Po co czekać? – zapytała. – Może ten ktoś urządza następną zasadzkę gdzieś na drodze.
– Pojechał do Fitzroy Crossing. My jedziemy w przeciwnym kierunku.
– A jeśli było ich dwóch, jeden odjechał, a drugi tu został?
– ,Niestety, pewnie nie jest taki głupi.
– Mówisz tak, jakbyś tego żałował.
Zęby Blackburna zalśniły chłodno w świetle księżyca.
– O niczym tak nie marzę, jak o przygwożdżeniu tego sukinsyna. – Jego uśmiech zniknął. – Tym razem nie chodziło tylko o mnie. Ty też zginęłabyś pod kołami tego pociągu. Jeśli o mnie chodzi, to ogłaszam, że okres ochronny się zakończył.
Zanim Erin cokolwiek powiedziała, zamknął jej usta krótkim, gorącym pocałunkiem, który skończył się równie niespodziewanie, jak się zaczął.
– Pięć minut – powiedział Cole. – Jeśli nie wrócę i nic nie usłyszysz, spróbuj uruchomić samochód. Dogonię cię, zanim dotrzesz do drogi.
Kiedy Erin doszła do wniosku, że minęło już pięć minut, podeszła do Rovera. Trudno było dostać się do środka, ponieważ samochód stał w nienaturalnej pozycji, ale kiedy znalazła się za kierownicą, z łatwością uruchomiła silnik. Skrzynię biegów zaprojektowano dla mężczyzny, i to silnego. Erin z wysiłkiem przesunęła dźwignię na wsteczny bieg i nacisnęła pedał gazu. Rower zsunął się kilkanaście centymetrów w dół. Przeszła na pierwszy bieg, podjechała trochę do góry i szybko znów wrzuciła wsteczny. Tym razem przednie koła dotknęły nawierzchni.
Rover zjechał z warkotem z kopca, ale koła natychmiast zabuksowały w piaszczystej ziemi. Erin wrzuciła niski bieg i spróbowała jeszcze raz. Rover ruszył do przodu. Zawróciła wolno, nie włączając świateł, i skierowała się na drogę. Cole zmaterializował się w ciemnościach tuż obok drzwi.
– Ja poprowadzę – powiedziała szybko Erin, zatrzymując samochód. – Ty trzymaj strzelbę.
Cole przeszedł na stronę pasażera i wsiadł do środka.
– Dojedziesz do drogi prowadzącej do stacji. Potem ja przejmę kierownicę.
– Nie będziemy spali na stołach?
– Nie dzisiaj. Ukryjemy się w buszu i poczekamy, aż znowu zacznę widzieć pojedynczo.
– A na stacji nie byłoby bezpieczniej?
– Bezpieczniej? – Cole roześmiał się, ale raczej ponuro. Spojrzał na nią oczami, które w świetle tablicy rozdzielczej lśniły jak lód.
– Jeszcze tego nie zrozumiałaś? Stacja to nie jest bezpieczne miejsce. To teren łowów diamentowego tygrysa.
Rozdział dwudziesty drugi
Cole obudził się, zanim pierwsze gwiazdy zaczęły znikać z gęsto usianego złotymi punktami nieba południowej półkuli. Powietrze było wilgotne, wonne i wypełnione cichymi odgłosami budzącego się życia. Erin poruszyła się przez sen i przywarła do niego, ciesząc się ciepłem jego ciała w chłodnym przedświcie. Objął ją.
Ten ruch nie wywołał bólu głowy, który nękał go poprzedniego wieczora. Ból głowy nie powrócił też, kiedy Cole poczuł nagłe podniecenie bliskością miękkiego kobiecego ciała. Kusiło go, żeby obudzić Erin tak jak poprzedniego ranka. Bez strachu i wahania, prosto ze snu wprowadzić ją w krainę rozbudzonych po wielu latach zmysłów.
Powtarzał sobie, że nie powinien tego robić, ale jego ręka już dotykała ciała Erin, odsunąwszy cienką barierę ubrania. Pieścił jej wrażliwe miejsca i czuł, jak jej ciało reaguje. Zastanawiał się, o czym Erin teraz śni.
Uniosła powieki, a jej oczy zamigotały tajemniczo pod rozgwieżdżonym niebem.
– To ci wchodzi w nawyk – zamruczała i z uśmiechem się przeciągnęła..
– Mogę przestać.
– Naprawdę? – Jej ręka wolno sunęła po ciele Cole'a, które również chętnie reagowało na jej pieszczoty. – Kiedy?
– Kiedy tylko zechcesz.
Spojrzała w jego rozpalone oczy i wiedziała, że nie kłamie. Gdyby zażądała, natychmiast by się opanował. Ale nie chciała tego. Półśpiąca, słuchała utajonego instynktu i bardzo go pragnęła.
Cole poruszył dłonią, a Erin czuła, że w jej ciele zapala się gorący płomień. Posuwał rękę coraz dalej, aż dotarł do ukrytego między miękkimi fałdkami ciała najwrażliwszego punktu. Erin spuściła rzęsy i oddychała urywanie. Przeszywały ją igiełki rozkoszy, jakby za chwilę miała się roztopić. Spojrzała Cole' owi w oczy. Teraz wiedziała tylko tyle, że go kocha.
Cole jęknął głucho, kiedy ich ciała, na wyraźną zachętę Erin, połączyły się tak mocno, jak to tylko możliwe. Poruszał się wolno, dopasowując się do jej rytmu, aż oboje zatopili się w rozkoszy. W ostatecznej chwili przywarł do jej ust i spił z nich krzyk podniecenia. Potem trzymał ją w ramionach, aż oddechy obojga się uspokoiły, a bicie serc wyrównało. Czuł, jak ciało Erin wiotczeje w jego uścisku, kiedy dziewczyna znowu zaczęła zapadać w sen.