– O, nie. Nie ma mowy – zaprotestował. – Pora wstawać.
Erin coś zamruczała i wolnym, niechętnym ruchem odsunęła się od Cole'a, co tylko wywołało w nim nową falę pożądania.
Nie zważając na odżywająca namiętność, ubrał się szybko, zwinął śpiwory i plandekę i włożył je do samochodu. Potem wspiął się na strome zbocze i w świetle księżyca stanął na kamienistym szczycie wzgórza.
Poniżej biegł w prawo szlak prowadzący do stacji Abe'a.
Droga była ledwie dostrzegalna w mroku przedświtu. Niektóre jej fragmenty zupełnie niknęły między rzadkimi drzewami. Potrafił ją odnaleźć tylko ktoś, kto nie raz przemierzał tę trasę albo był obdarzony doskonałą pamięcią, tak jak Cole.
Na pylistej, poznaczonej koleinami drodze nie zobaczył żywego ducha. Wokół panowała cisza.
– Chyba ten drań w końcu miał dosyć – powiedział, kiedy Erin stanęła obok niego.
– Dzięki Bogu.
– Raczej dzięki mnie – odparł z uśmiechem.
– Jak twoja głowa?
– Wciąż na miejscu.
– Nie ruszaj się.
Stanął nieruchomo, a Erin delikatnie dotykała czubkami palców jego skóry tuż nad prawą skronią. Od jej dotyku przebiegły go dreszcze, kiedy ciało instynktownie zareagowało na bliskość dziewczyny.
– Guz już prawie zniknął – stwierdziła po chwili.
Pogładził ją po policzku.
– Chodźmy stąd. Wracajmy do samochodu, zanim znowu zrobię coś niemądrego. – W jego tonie usłyszała znajomą zmysłową nutę. – Przy tobie zupełnie tracę panowanie nad własnym ciałem – dodał stłumionym głosem.
Erin poszła za nim, w półmroku uważnie spoglądając pod nogi. Pierwsze kroki okazały się najtrudniejsze, ponieważ zbocze było tu strome i kamieniste. Poślizgnęła się, odzyskała równowagę i znowu ją straciła. W końcu buty znalazły pewniejsze oparcie. Wokół niej źdźbła spinifeksu lśniły jak srebrne pręty, kołyszące się i falujące w gorącym wietrze. Gdzieś w oddali jakieś zwierzę wydało z siebie dziwaczny, dźwięczny ryk.
– Co to takiego? – zapytała.
– Krowa gada do księżyca.
Wiatr przyniósł kolejny ryk.
– A to pewnie księżyc odpowiada krowie? – odparła z poważną miną.
Cole uśmiechnął się.
– Szybko się uczysz.
Drzwi samochodu z głośnym hukiem zamknęły się jednocześnie. Cole uruchomił silnik i wjechał na wyboistą, porytą koleinami drogę. Nie włączał świateł, dopóki nie zjechali w dół, na równinę. Po drodze widział ślady jakiegoś większego pojazdu, który jechał tędy gniotąc trawę i łamiąc niskie krzewy. Spostrzegł również inne, nie zatarte przez wiatr ślady po przejeżdżających niezbyt dawno samochodach.
– Duży tu ruch – stwierdziła Erin.
– Masz dobry wzrok.
– Wyostrzył mi się po wczorajszych przygodach.
– Jak dotychczas, nie zauważyłem nic nieoczekiwanego – powiedział Cole. – Taki ruch zwykle panuje na podjeździe Abe'a.
– Niezły podjazd. Ma chyba z sześćdziesiąt kilometrów.
– To niedużo, jak na te strony. Te wąskie ślady zostawił po sobie jakiś samochód o węższym rozstawie kół niż Rover. To pewnie jeden ze starych Jeepów Abe'a. Kiedy tu ostatnio byłem, miał aż trzy takie gruchoty. Żeby jeden utrzymać na chodzie, wyjmował części z pozostałych.
– Więc sądzisz, że teraz na stacji nie ma nikogo?
– Będą tam ludzie przysłani przez BlackWing. W każdym razie lepiej, żeby tam byli, bo inaczej nie zdążymy z naszymi poszukiwaniami przed porą deszczową. Może tam być Sara, kilkoro jej dzieci i wnuków. Po śmierci Abe'a wszyscy mężczyźni pewnie ruszyli na włóczęgę.
– Kto to jest Sara?
Cole uśmiechnął się dziwnie.
– Tego nikt nie wie. Była dzieckiem, kiedy Abe i jego brat kupili pierwszą działkę. Jej plemię albo wymarło od chorób czy wojny, albo po prostu ruszyło na włóczęgę, a ją zostawiło samą. Została z Abe'em.
Rover podskoczył i zatrząsł się. Erin chwyciła się mocniej deski rozdzielczej, kiedy Cole wrzucił niższy bieg i wjechał na zrytą głębokimi koleinami, twardą jak cement powierzchnię wyschniętego bagna.
– Myślisz, że Sara wie coś o kopalni? – zaciekawiła się Erin.
– Wątpię. A nawet gdyby wiedziała, nic by jej to nie obeszło. Diamenty to pasja nowoczesnych ludzi. Aborygeni nie przywiązują żadnej wagi do nowoczesności.
– Ale przecież od przyjścia Anglików życie się tutaj zmieniło, prawda?
– Anglicy są tu od niedawna. Dopiero niewiele ponad sto lat temu pierwsi Australijczycy przypędzili bydło z Queenslandu do Kimberley. Wędrówka zajęła dwa lata. Wyruszali z dziesięcioma tysiącami sztuk, a doszła niecała połowa, więc nikt się nie śpieszył, żeby iść w ich ślady. Więcej ludzi osiedliło się tutaj w ciągu ostatnich dwudziestu lat niż przez uprzednie sto.
Rover zachwiał się i prześlizgnął po błotnistym fragmencie drogi.
– To wyciek – oznajmił Cole.
– Woda?
– To się zdarza.
– Nigdy bym nie pomyślała. To pierwsza wolno płynąca słodka woda, jaką widzę od czasu przybycia do Australii.
Cole skręcił, kiedy jakieś zwierzę wielkości małego psa przebiegło przez drogę.
– Co to było? – zapytała.
– Walla by, taki gatunek kangura.
Erin wpatrzyła się w mrok, ale nic nie dostrzegła. Z westchnieniem usiadła głębiej w fotelu.
– Czy Abe kiedykolwiek rozmawiał z tobą o swoim bracie?
– Ze mną nie. Nie bezpośrednio. Według miejscowych opowieści, po tym, jak twój dziadek wyjechał z Bridget McQueen, Abe przez jakiś czas żył jak aborygen. Nauczył się ich języka i zwyczajów. Dla tubylców, którzy wędrowali przez jego stację, stał się trochę bogiem, a trochę diabłem. Siadywał z nimi przy ognisku, oddawali mu młode kobiety i zostawiali dla niego najlepsze kawałki mięsa jaszczurek i krokodyli.
Przez kilka minut zalegało milczenie, tylko Rover z wyciem silnika podskakiwał na wybojach.
– Lubiłeś Abe'a?
– Czułem respekt dla jego twardego charakteru. Podziwiałem jego znajomość tej krainy. Ale czy go lubiłem? – Wzruszył ramionami. – Nikt go nie lubił, a już najmniej ludzie, którzy znali go najlepiej, aborygeni. Sympatia to nie jest uczucie, jakim darzy się swoich bogów lub diabła. Żyje się z nimi jak najzgodniej. Abe miał obsesję na punkcie seksu, ale nie znałem mężczyzny, który by tak nienawidził kobiet.
– W takim razie dlaczego zapisał mi stację? Mógł ją zostawić tacie albo Philowi.
Cole spojrzał na nią z ukosa, a jego oczy zalśniły blado na tle ciemnej twarzy.
– Może Abe aż tak bardzo ich nie nienawidził.
– Co chcesz powiedzieć?
Cole zaczął cichym głosem recytować fragmenty „Pawia”:
A teraz samotny się skryję
Tam gdzie czarny łabędź gości
Nad martwego morza kośćmi.
Kamienna kobieta daje mi nadzieję
Sekrety czarniejsze niż śmierć
I prawdę, za którą mogę zginąć.
Ale do ciebie przemówię.
Posłuchaj mnie, dziecko smutku.
Dzień ten przeklniesz strasznym słowem
Jak ja przeklinałem swoją królową.
Te słowa, wypowiadane głębokim męskim głosem na spowitym mrokiem australijskim pustkowiu, brzmiały zupełnie inaczej, niż wypowiadane ironicznie w drogim hotelu w Los Angeles. Erin poczuła dziwny dreszcz napięcia.
– Co takiego zrobiły mu kobiety? – zapytała. Cole uśmiechnął się twardo.