Van Luikowi zaparło dech w piersiach, kiedy dotarło do niego, jak dokładne śledztwo zarządzono by po śmierci Erin Shane Windsor, choćby nastąpiła ona w najbardziej naturalnych okolicznościach. Chociaż zimny pot spłynął mu wzdłuż kręgosłupa, Holender jednocześnie podziwiał kuszącą, brutalną prostotę planu Streeta. Jedno pociągnięcie rozwiązałoby wszystkie problemy.
– Co się stało? – zapytał po chwili.
– Blackburn ukrył się gdzieś w Windjana i zaczekał, aż go minę. Potem wrócił na drogę Gibb River i znalazł boczne połączenie z szosą Great Northem. Kiedy tylko się upewniłem, że mi się wymknął, pojechałem dalej, do Fitzroy Crossing. Wiedziałem, że będzie się tam musiał zatrzymać, żeby nabrać paliwa. Zobaczyłem tam zaparkowany pociąg drogowy. Kierowca poszedł coś zjeść. Było ciemno i nikt mnie nie widział, oprócz czarnuchów. Pomyślałem, że może uda mi się drania staranować. Ukradłem ciężarówkę i ruszyłem na poszukiwanie Blackburna. Już myślałem, że go mam, ale sukinsyn jest szybki. Skręcił w busz, trochę nim rzucało, aż w końcu wylądował na kopcu termitów. – Street przerwał, żeby zgasić papierosa. Van Luik nic nie mówił. – Chwilę trwało, zanim udało mi się zatrzymać tę pieprzoną górę złomu. Potem musiałem podejść do Rovera. To też zabrało mi chwilę. Nie chciałem działać zbyt szybko, żeby się na coś nie nadziać. Ten facet jest za sprytny. Dobrze, że na siebie uważałem. Miał przy sobie strzelbę z oberżniętą lufą. Mało brakowało, a by mnie rozwalił.
– Potrafiłby cię rozpoznać? – zapytał Holender.
– Wykluczone. Było ciemno, a ja nie podszedłem blisko. Inaczej bym już nie żył.
– Co z dziewczyną?
– Nie widziałem jej.
– Czy może być ranna?
– Udało mi się zajrzeć do samochodu, zanim Blackburn spróbował odstrzelić mi głowę. Tam jej nie było. Może ją wyniósł. To wielki chłop.
– Czy istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś cię skojarzy ze skradzionym pojazdem?
Street roześmiał się krótko.
– Właśnie wypłacili zasiłek. Ci czarni nie poznaliby własnej matki.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Rząd Australii płaci aborygenom tylko za to, że się urodzili, a oni przepijają cały zasiłek. W dniu wypłaty są tak pijani, że nie wiedzą nawet, czy żyją. Nikt biały i trzeźwy mnie nie widział.
– Gdzie teraz jesteś?
– W Kununurra. Pojadę na stację Abe'a, kiedy tylko mnie wezwą, żebym wycenił działki. Pewnie jutro, jeśli urzędniczce będzie się chciało kiwnąć palcem. Najdalej pojutrze.
Van Luik przez chwilę milczał, zanim znowu przemówił.
– Twój rząd niechętnie odnosi się do propozycji, żebyś to ty oficjalnie wyceniał Kopalnie Śpiącego Psa, chociaż przez ostatnie dziesięć lat w imieniu Windsora negocjowałeś kontrakty z ConMinem i OHO.
– Niech to szlag! – warknął Australijczyk. – Czy ona już wystąpiła o uznanie testamentu.
– Zrobił to Matthew Windsor. On, rzecz jasna, jest w stanie przyśpieszyć załatwienie formalności.
Street zapalił następnego papierosa i wydmuchnął dym.
– Nie możemy czekać na zielone światło w sprawie wyceny działek. Wspólnik Blackburna zwiózł mnóstwo sprzętu na stację. Bardzo mnie to denerwuje.
– Rozmawiamy z Amerykanami o wycenie – oznajmił van Luik. – Nie są zgodni. Oczekuję jednak, że wkrótce dostaniesz zezwolenie.
– Im szybciej, tym lepiej. Kazałem niektórym czarnym ze stacji obserwować, czy w okolicy nikt nie prowadzi jakichś poszukiwań. Ale oni w każdej chwili mogą wyruszyć na włóczęgę.
– Więcej im zapłać.
Street cmoknął niecierpliwie. Nie wiedział, jak wytłumaczyć naturę australijskiego tubylca komuś tak ucywilizowanemu jak van Luik.
– Aborygenom nie zależy na pieniądzach. Słuchają mnie, dopóki myślą, że jestem cieniem Abe'a. Jeśli będę za bardzo naciskał, odejdą.
Holender odetchnął wolno i odezwał się, starannie dobierając słowa.
– Jeśli Erin Windsor znajdzie i uruchomi tę kopalnię, to już nie żyjesz. Mazel und broche.
Połączenie przerwano. Street spojrzał na słuchawkę i warknął:
– A jeśli to ja uruchomię kopalnię, to co, ty stary durniu? – Roześmiał się. Rzucił słuchawkę na widełki i skrzywił się, czując ból w ramieniu. – Udław się tym swoim mazel, staruchu, i niech cię szlag.
Rozdział dwudziesty czwarty
Erin obudziła się nie wiedząc, gdzie jest. Czując wilgotny upał, brak materaca i duszny odór w pokoju, wszystko sobie przypomniała. Znajdowała się na stacji Windsora, spała w sypialni stryjecznego dziadka, a raczej w tym, co z niej zostało. Cole spojrzał na stare łóżko i wyrzucił je razem z materacem na podwórko za domem. Przyniósł z samochodu śpiwory i maty. Bez słowa rozłożył na podłodze dwa posłania. Sam spał tuż pod drzwiami, blokując je ciałem.
Erin leżała bez ruchu i przypominała sobie, jak wyczuła z trudem kontrolowane emocje, które szarpały Cole'em, kiedy pojawiła się na stacji. Przedstawił jej młodą Chinkę o imieniu Lai, która patrzyła na Cole'a tak, jakby chciała rozebrać go wzrokiem. Nie przedstawił jej pozostałych sześciu ludzi pracujących na stacji, również Chińczyków. Nie znali angielskiego, a nawet jeśli, to się z tym nie zdradzili.
Lai znała angielski. Erin podejrzewała, że Lai zna również Cole'a Blackburna, albo bardzo chce go poznać.
Niespokojnie przekręciła się na twardej podłodze. Czuła zmęczenie, ale mimo tego nie mogła już dłużej spać. Śpiwór Cole'a leżał pod ścianą, pusty. Drzwi były zamknięte. Spojrzała na nie i zastanawiała się, czy jest za nimi Cole w towarzystwie Lai o głodnym spojrzeniu i pięknej, delikatnej figurze. Na myśl, że ukochany jest sam na sam z tą chińska pięknością, Erin poczuła ukłucie zazdrości. Była zbyt uczciwa, żeby się tego wypierać, choćby przed samą sobą.
– Erin? Helikopter już prawie gotowy. – Głos Cole'a dobiegał z drugiej strony zamkniętych drzwi.
Szybko usiadła i jęknęła. Drzwi otworzyły się z hukiem.
W progu stanął Cole z miną równie groźną, jak pistolet w jego dłoni. Przeczesał spojrzeniem pokój, ale nie zobaczył nic oprócz ponurego wnętrza, które w zupełności zadowalało Abe'a.
– Co się stało? – zapytał, przyglądając się dziewczynie.
Siedziała na posłaniu w pogniecionym podkoszulku i szortach i widać było, że nic jej nie dolega.
– Wszystko w porządku, tylko trochę zesztywniałam po nocy na podłodze.
Cole powoli się rozluźnił.
– Księżniczka na ziarnku grochu, co?
– Raczej na kuli do kręgli.
Pomógł jej wstać, przytulił i pocałował tak namiętnie, że zapomniała o bólu.
Odgłos kroków na korytarzu zabrzmiał jak wystrzał armatni. Chociaż Cole stał plecami do drzwi, nie musiał się odwracać, żeby zidentyfikować intruza. Wiedział, że Lai podążyła za nim z kuchni, kiedy szedł obudzić Erin.
– O co chodzi, Lai? – zapytał, nie odwracając głowy.
Oczy Erin rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy zauważyła zmianę, jaka zaszła w Cole'u; Różnica była wstrząsająca. Zniknęło gdzieś zmysłowe ciepło i delikatność, a ich miejsce zajęło jakieś nieokiełznane, gwałtowne uczucie. Mógł to być równie dobrze gniew, jak pożądanie. Chciała się wysunąć z jego intymnych objęć, ale ją przytrzymał, spojrzeniem i ramionami.