– Przemawia przez ciebie pora przejściowa – odparł Cole patrząc na jej zaróżowioną twarz i wilgotną od potu skórę. – W takim upale i parnym powietrzu wydaje się, że nie warto żyć. Kiedy spadną deszcze, zobaczysz Kimberley w innym świetle.
Erin spojrzała na niebo i ziemię. Dziwna, zwracająca uwagę rzeka chmur, która codziennie nadpływała znad odległego Oceanu Indyjskiego, powoli się zmieniała. Rozszerzała się na boki, tworząc mroczną pokrywę nad lądem. Wielkie chmury burzowe toczyły się wolno nad ziemią, leniwie przemierzając rozgrzany nieboskłon. U szczytu białe, ciemnoszare u podstawy, obiecywały koniec klaustrofobicznego upału i przesycającej powietrze wilgoci.
– Te chmury mogłyby wreszcie przestać wędrować i zabrać się do pracy – stwierdziła.
Cole uśmiechnął się.
– Lepiej, żeby jeszcze się wstrzymały. Jeśli zacznie padać, nie będziemy w stanie prowadzić poszukiwań. Utkniemy na dobre.
Mówiąc to zerkał na deskę rozdzielczą. Zmarszczył czoło i stuknął palcem we wskaźnik poziomu paliwa. Igła zakołysała się, uniosła, a potem gwałtownie spadła, jeszcze raz się uniosła, wskazując niemal pełny zbiornik.
– Jakieś problemy? – zapytała po chwili Erin.
– Pilot mi mówił, że ten wskaźnik zawodzi, kiedy bak jest pełny. Gdybym ręcznie nie sprawdził poziomu paliwa, zawrócilibyśmy do domu.
– A jeśli bak nie jest pełny?
– Pilot nic o tym nie wspominał. – Cole spojrzał na Erin. – Nie martw się, kochanie. Helikopter jest sprawny.
– Skąd wiesz? – odparowała. – Nie sprawdziłeś go tak dokładnie, jak tego wypożyczonego Rovera.
– Pilot wrócił właśnie z Psa numer trzy. Dopełnił bak, bo myślał, że poleci z nami na inspekcję. Kiedy się dowiedział, że zostaje, uważnie pilnowałem, żeby nic nie majstrował przy helikopterze.
Erin była zaskoczona, że Cole tak obojętnie mówił o możliwości sabotażu.
– Nikomu nie ufasz, co?
Zerknął na nią z ukosa.
– Ty też nie. Nawet do mnie nie masz zaufania.
– Wierzę, że znajdziesz kopalnię – odparła spokojnie.
– Ale nie wierzysz, że nie mam ochoty na romans z Lai.
– To byłoby z mojej strony dość niemądre, biorąc pod uwagę tę intymną scenę, której rano byłam świadkiem.
– Erin, na miłość boską…
– Nie ma o czym mówić – przerwała mu sztywno. – Obiecałeś mi tylko to, że sumiennie się postarasz znaleźć kopalnię diamentów. Reszta była tylko skutkiem fizycznej bliskości i zwiększonej dawki adrenaliny. Koniec rozmowy.
– Naprawdę chcesz doprowadzić mnie do szału. Czy ty, do cholery, myślisz…
Jednym szarpnięciem zdjęła słuchawki z głowy.
Cole miał ochotę chwycić je i przemocą włożyć Erin na głowę. Zadziwiało go, że dziewczyna tak łatwo potrafi wyprowadzić go z równowagi. W duchu nakazywał sobie spokój, jednak ze zdenerwowania pot jeszcze grubszymi strużkami spływał mu po twarzy. Wytarł czoło, koszulą i przesunął dłońmi po szortach. Po chwili jego skóra znów lepiła się od wilgoci.
Wiedział, że do końca pory przejściowej zostało trochę czasu i upał stanie się jeszcze trudniejszy do wytrzymania. Czekały ich długie dni i noce nieznośnego żaru i obezwładniającej wilgotności. Promienie słońca będą prażyły, jakby chciały spalić ziemię na popiół, a powietrze jak senna bestia będzie próbowało zadusić wszelkie życie, które oparło się słońcu.
– Cholerny klimat! – zaklął z wściekłością.
Erin go nie słyszała. Jej słuchawki nadal leżały na kolanach, a warkot helikoptera oddzielał ją od mężczyzny, któremu zbyt wiele z siebie dała. Ale zawsze taka była – wszystko albo nic, życie pełną parą albo uśpienie, żadnych półśrodków. Nawet brutalność Hansa tego nie zmieniła. Nic nie mogło tego zmienić. Erin miała taką naturę.
Świat pod nią gwałtownie uskoczył w bok, kiedy Cole zmienił kierunek lotu. Lecieli teraz nad krótką północną granicą niemal prostokątnego obszaru stacji. Erin spojrzała na Cole'a z zaskoczeniem, ale zaraz ułożyła mapę odpowiednio do nowego kierunku i znów patrzyła na okolicę, szukając czegoś nowego, innego, czegoś, co poprawiłoby jej nastrój.
Zobaczyła tylko spękany, zniszczony, spalony słońcem kraj, który uginał się pod brzemieniem wilgotnego powietrza, słońca i mijającego czasu.
Erin ze smutkiem doszła do wniosku, że spadek po Szalonym Abe w pewnym sensie tak samo ją rozczarował, jak widok Cole'a w ramionach Lai. I Cole, i spadek obiecywali jej coś nowego, początek nowego życia, które pozwoli uwolnić się od brzemienia przeszłości i zbadać nowe horyzonty. Wiązała z nimi wielkie nadzieje i w obu wypadkach gorzko się rozczarowała. Ziemie Abe'a okazały się dusznym, zapylonym piekłem. Cole Blackburn dowiódł, że chociaż jest kochankiem jednej kobiety, nie potrafi oprzeć się drugiej.
W zamyśleniu rozłożyła następną część mapy, przytrzymała ją na kolanach, żeby nie szarpał nią wiatr wpadający przez otwarte drzwi helikoptera, i znów zaczęła dopasowywać charakterystyczne punkty krajobrazu do symboli na mapie. Jedynymi użytecznymi symbolami były te starannie naniesione przez Cole'a. Ukazywały rzadkie przecieki wodne i granice stref geologicznych, suche koryta strumieni i bezładnie rozrzucone bloki piaskowca, które wychodziły z rdzawej ziemi, nieco urozmaicając monotonię spłaszczonej przez czas równiny.
Wzrok Erin przyciągnął zielony gęsty szpaler eukaliptusów.
Przyjrzała się im uważniej i zobaczyła, że drzewa wyznaczają bieg niewidocznego koryta rzeki, położonego między dwoma poszarpanymi grzbietami czarnego wapienia. Zerknęła na mapę i jeszcze raz spojrzała w dół. Po chwili sięgnęła po słuchawki i włożyła je na głowę.
– Wciąż lecimy wzdłuż północnego krańca? – zapytała. Cole popatrzył na nią badawczo. Za ciemnymi szkłami trudno było dostrzec jej oczy.
– Tak.
– Kierujemy się na Psa numer jeden?
– Tak.
– W takim razie mamy problem. – Pokazała na drzewa i na mapę. – Tu jest północna granica, tu jest kopalnia, a tu my.
– A tutaj jest coś, co chciałbym obejrzeć. – Cole uderzył palcem w mapę.
– Co takiego?
– Te wapienne grzbiety. Podejrzewam, że to pozostałości po pradawnej rafie koralowej, ale możliwe, że zostały uformowane winny sposób.
– Co to za różnica?
Przez chwilę Cole miał ochotę zignorować chłodne zainteresowanie Erin szczegółami geologicznej budowy terenu i zmusić ją do rozmowy na bardziej osobisty temat. Jednak oparł się pokusie. Jeśli Erin jeszcze bardziej się od niego oddali, zostanie obezwładniona i pokonana jak samotne jagnię osaczone przez stado wilków. Muszą trzymać się razem – jeśli nie jako kochankowie, to jako wspólnicy w interesach.
– Jeżeli te skały są pozostałością rafy, to znaczy, że gdzieś w pobliżu był brzeg – wyjaśnił spokojnie. – A gdzie brzeg, tam plaża. Wspaniale byłoby odkryć nową Namibię. Różnica jest taka, że tutaj plaża z pewnością dawno zamieniłaby się w piaskowiec, chyba że ten piaskowiec zdążył już zerodować i z powrotem zamienić się w sypki piasek.
– Czy to możliwe?
– A jak myślisz, skąd się bierze piasek na pustyni, jeśli nie ze skały?
Erin zamrugała powiekami.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Chcesz powiedzieć, że piasek zamienia się w piaskowiec, a piaskowiec, w piasek?.
– I tak dalej, i tak bez końca – powtórzył słowa, które wypowiedziała wcześniej. – Powierzchnia ziemi ciągle się przetwarza, płyty kontynentalne zderzają się i pochłaniają nawzajem. Po takim zderzeniu wszystko się zmienia, nawet diamenty. Ale wyżyna Kimberley od półtora miliona lat nie została wchłonięta przez inną płytę geologiczną. To najstarsza powierzchnia na ziemi, co oznacza, że tutejsze diamenty, które wydostały się ze złoża pierwotnego, wciąż są gdzieś w pobliżu. Wygładzone i zebrane w jakimś złożu okruchowym, czekają na swojego odkrywcę.