– Nie musisz pytać, bo dobrze wiesz kto. A ja i tak nie mam zamiaru odpowiadać. – Faulkner w milczeniu paliła cygaretkę. Potem zamknęła oczy i ciągnęła znużonym głosem: – Nie powinnam ci tego mówić, ale jeśli miałabym przestać ci ufać, to równie dobrze od razu powinnam wyskoczyć z okna. – Zdusiła w popielniczce do połowy wypaloną cygaretkę. – Albo damy Jasonowi Streetowi list polecający do Erin, albo możemy się pożegnać z minerałami strategicznymi, które zakupujemy od ConMinu. Afryka Południowa nam ich nie sprzeda. Rosjanie również. A to znaczy, że Stany wkrótce wpadną w poważne kłopoty.
Jedyną odpowiedzią Windsora było milczenie.
– Powiedz coś, Matt.
– Na przykład co? Trudno mi uwierzyć, że ConMin posunie się aż tak daleko z powodu jakiejś tam kopalni diamentów, która być może nawet nie istnieje!
– Zapewniam cię, że się posunie. Może bez entuzjazmu, ale zrobi to. Wiesz, gdzie jest Erin. Zadzwoń do niej. Skorzystaj z mojego telefonu.
– Nie.
Faulkner spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Co takiego?
– Kiedyś byłem ambitny. O mały włos nie zniszczyłem Erin, ponieważ użyłem jej jako nieświadomego źródła dezinformacji dla radzieckiego agenta, znanego jako Hans Schmidt.
Faulkner siedziała w absolutnym bezruchu. Czytała akta tej sprawy i zastanawiała się, jaka w tym wszystkim jest rola Windsora. Teraz już wiedziała.
– Wmawiałem sobie, że wszystko będzie dobrze – mówił Windsor. – Przeglądałem kartotekę Schmidta tyle razy, że nauczyłem się jej na pamięć. Zasięgnąłem języka u innych źródeł. Gdyby nie pracował dla Rosjan, byłby dla każdego ojcu idealnym narzeczonym dla córki, inteligentny, silny, ambitny, prawdziwy człowiek sukcesu. Wydawał się bardzo zakochany w Erin. Ona z pewnością go kochała.
– A gdybyś nakłonił go do pracy na dwa fronty, mielibyśmy doskonałą wtyczkę na Kremlu w czasach, kiedy u nas co chwila ogłaszano żółty alarm – dodała Faulkner.
– Tak – potwierdził otwarcie Windsor. Na chwilę zamknął oczy, chociaż wiedział, że nie ukryje przed bystrym spojrzeniem Faulkner powracającego uczucia bólu, wściekłości i wstydu.
Kobieta westchnęła.
– Nie obwiniaj się. Skąd mogłeś wiedzieć, że ulubioną zabawą Schmidta jest krojenie dziewczyn nożem.
– Ale gdybym powiedział Erin, że Schmidt jest radzieckim agentem, zerwałaby zaręczyny. A tak… – Głos mu zamarł.
– A tak twoja córka wylądowała w szpitalu. To nie była twoja wina. Zresztą odbiłeś to sobie – przypomniała mu Faulkner z dziwnym, chłodnym uśmieszkiem. – Odbiłeś to sobie z nawiązką.
Przez chwilę panowała cisza. Faulkner czekała. W końcu Windsor odezwał się znowu..
– Teraz już nie wiem, czy istnieje absolutne dobro i zło – oznajmił powoli. – Zrobiłem to, co uważałem za dobre, konieczne i pożyteczne. Dostałem pochwałę, ponieważ informacje, które Erin nieświadomie przekazywała swojemu kochającemu narzeczonemu, pomogły nam na całe trzy tygodnie ukryć fakt, że prowadzimy tajne negocjacje z Iranem.
– Każda godzina z tych trzech tygodni miała wielkie znaczenie – zauważyła Faulkner. – Wiele zyskaliśmy, Matt. Niewiele brakowało, a doprowadzilibyśmy do przejęcia władzy przez bardziej umiarkowane skrzydło.
– Niewiele brakowało, ale jednak cel nie został osiągnięty. Dla tej sprawy moja córka została pobita, zgwałcona i okaleczona przez sadystę. Od tamtej pory Erin nikomu nie ufa i nie kocha ani mnie, ani żadnego innego mężczyzny. Minęło siedem lat. Ona nawet nie ma jeszcze trzydziestki. Czeka ją całe życie koszmarów, nieufności i samotności.
Faulkner skrzywiła się z powątpiewaniem, ale nic nie powiedziała.
– Siedząc przy jej szpitalnym łóżku, przysięgałem sobie, że nigdy nie wykorzystam żadnego niewinnego człowieka. Nasza gra powinna się toczyć pomiędzy dorosłymi ludźmi, poinformowanymi o jej regułach – mówił cicho. Napotkał spojrzenie czarnych oczu Faulkner. – Odpowiedź nadal brzmi: nie.
Drzwi do biura otworzyły się. Weszło dwóch mężczyzn i stanęło po bokach Windsora. Z wysiłkiem stłumił wybuch, chociaż aż zesztywniał z wściekłości. Jeśli teraz straci panowanie nad sobą, w ogóle nie będzie miał szansy pomóc córce.
– Areszt domowy? – zapytał oschle.
– Przykro mi – odparła krótko Faulkner. – Wczoraj wysłaliśmy list do twojej córki. Jason Street jutro powinien dotrzeć do stacji. Erin będzie bezpieczna.
Rozdział dwudziesty siódmy
Hugo van Luik już zapomniał, w jakich zapadłych dziurach mogą znajdować się kopalnie diamentów. Kopalnia Argyle leżała w tak bezludnym j odległym miejscu, że pracowników trzeba było dowozić samolotami, dawać im schronienie i wyżywienie, a potem co jakiś czas zapewniać ich wymianę, jakby byli personelem militarnym wysłanym na jakąś trudną placówkę. To miejsce mogło uchodzić za ponury pean na cześć sprawności technologicznej. Składały się na nie równo ustawione baraki mieszkalne i stołówki, koparki, rozdrabniarki rudy, przenośniki i stoły rentgenowskie. Kopalnia Argyle produkowała diamenty z mechaniczną regularnością, chociaż wiele obiecujących kamieni w tym procesie ulegało zniszczeniu.
Van Luik żałował, że po drodze nie niszczy się większej ilości diamentów. W tej chwili tylko drobnica była użyteczna, a nie kamienie jubilerskie.
Van Luik z westchnieniem oparł się o niewygodny fotel Ottera. Czuł ulgę, że ma już za sobą obowiązkową wizytę w kopalni Argyle, podczas której nie zabrakło nawet tradycyjnych zdjęć mężczyzn w garniturach ściskających sobie dłonie i uśmiechających się w obiektyw. Van Luika nie obchodziło już, jak ważne z punktu widzenia ConMinu jest poklepywanie po ramieniu i zapewnianie nieznajomych, że mają oni wielkie znaczenie dla międzynarodowej ekonomii.
Odegrał swoją rolę z wprawą dobrego aktora, którym zresztą kiedyś chciał zostać. Nie zdecydował się na tę nieprzyjemną podróż dlatego, że kartelowi zależało na kopalni Argyle i brudnej masie bortu, którą tu wydobywano, czasami wyławiając z niej maleńkie jasnoróżowe lub słomkowożółte kamienie jubilerskie. Pewien japoński syndykat od niedawna węszył wokół Argyle, zainteresowany jej kupnem. Van Luik życzył mu powodzenia.
Interesom ConMinu służyło wszystko, co mogło odciągnąć Japończyków od prac nad lepszymi i tańszymi metodami produkcji syntetycznych diamentów przemysłowych. Jeśli Japończycy kupią Argyle, poprawi to sytuację ConMinu. Z pewnością będą oni bardziej wyrafinowanymi i cierpliwymi członkami kartelu niż Australia.
Holender zamknął oczy i starał się nie myśleć o przeszywających czaszkę igiełkach bólu. Samolot zadrżał w skwarnym, rozgrzanym podmuchu popołudniowego powietrza. Trwała pora przejściowa, przynosząc ze sobą wilgotny upał, który zaostrzał bóle głowy dyrektora i sprawiał, że oślepiające tropikalne światło stawało się torturą. Van Luik zamknął oczy i zacisnął zęby.
Otworzył je, dopiero kiedy dwusilnikowy Otter zatoczył krąg nad sztucznym jeziorem i zaczął schodzić do lądowania w Kununurrze. Dyrektor wytarł zaczerwienioną twarz i spoconą szyję chusteczką. Przygotowywał się do spotkania, które było głównym powodem jego wizyty w Australii.
Krzywiąc się z bólu wyjrzał przez okno. Roztaczały się pod nim rozlewiska rzeczne, niewysokie czerwone skały, scrub i miasto, z tej wysokości przypominające wysypkę na spalonej skórze. Im niżej opadał samolot, tym wyższa stawała się temperatura. Ten klimat dla przeciętnego człowieka był namiastką piekła. Van Luik zastanawiał się, czy czasem pierwsi Anglicy, którzy osiedlili się w Australii Zachodniej, nie byli niespełna rozumu.