Otter gładko wylądował na rozmiękłym od upału pasie i kołował do sektora przedsiębiorstwa wydobywczego, tuż obok niewielkiego, pokrytego blachą terminalu dla podróżnych. Steward pokładowy otworzył drzwi i opuścił schodki.
– Oto pana samolot. Przyleciał punktualnie – oznajmił, wskazując na maszynę, która pojawiła się na południe od nich i schodziła prosto do lądowania. – Odlatuje za półtorej godziny.
Van Luik mruknął coś na znak, że zrozumiał, i ruszył do budynku terminalu. Osiągnięcie prawdziwego celu wizyty zajmie mu tylko kilka minut, ale spodziewał się, że będzie tu równie nieprzyjemne jak wizyta w Argyle. Gdyby miał jakikolwiek wybór, nigdy by się nie zgodził na pokazanie się w miejscu publicznym z Jasonem Streetem.
Ale nie dano mu tego wyboru. Częściowo dlatego, że wieziony przez niego list był zbyt ważny, żeby go powierzyć zwykłemu kurierowi. Przede wszystkim jednak stało się tak, ponieważ pracodawcy van Luika nie byli zadowoleni z tego, jak załatwiał sprawę spadku po Abelardzie Windsorze. To, że wyprawili go jak chłopca na posyłki, nie przydzielając należącego do kartelu samolotu i pozbawiając go dyrektorskich luksusów, świadczyło o tym, jak bardzo ConMin jest rozczarowany jego pracą. Stało się jasne, że jeśli problem nie zostanie zadowalająco rozwiązany, to Hugo van Luik okaże się równie zbędny jak Jason Street.
Holender poczuł wilgotny chłód, kiedy wszedł do klimatyzowanego wnętrza. Zmiana temperatury sprawiła mu przyjemność, ale również spowodowała przeszywające ukłucie bólu pod gałkami ocznymi. Przed okienkiem kasy linii lotniczych Ansett stało kilkoro ludzi – dwóch bosonogich aborygenów w dużych roboczych kapeluszach i dżinsach oraz jakaś gospodyni domowa z interioru, z niemowlęciem na rękach i dwójką rozwrzeszczanych, kłócących się dzieciaków.
Van Luik skierował się do wahadłowych drzwi z listewek, nad którymi widniał napis „Pub”. Wewnątrz na szczęście panował mrok. Jason Street siedział na jednym z pięciu stołków przy obitym cynkową blachą barze i rozmawiał z pulchną barmanką. Holender z niezadowoloną miną spojrzał na zwalistego mężczyznę w zakurzonym ubraniu khaki i brudnych butach. Street zsunął na tył głowy kapelusz z szerokim rondem, ozdobiony paskiem z wężowej skóry, uwidaczniając w ten sposób wyraźną różnicę między ogorzała twarzą a bladą skórą, zwykle chronioną przed słońcem.
– Patrzcie państwo, jaki zmęczony turysta – odezwał się Street. – Hej, koleś, może chcesz się wybrać na wycieczkę w głąb kraju?
Van Luik zmusił się do uśmiechu.
– Nie tym razem, ale w następną podróż wybieram się z żoną. Może ustalilibyśmy jakąś niezbyt męczącą trasę?
Street uśmiechnął się i powiedział do barmanki:
– Dwa piwa, skarbie. Dla siebie też weź jedno.
Kobieta wyjęła dwie puszki Castlemaina, otworzyła je pociągając za metalowe kółko i pchnęła po blacie baru. Street chwycił obie i poprowadził dyrektora do stolika w najciemniejszym kącie małego pubu. Barmanka otworzyła trzecią puszkę i wycofała się na krzesło za kasą.
– Częstuj się, koleś – zachęcił Australijczyk.
– Nie jestem twoim kolesiem – odparł van Luik rozwścieczonym głosem, który jednak dotarł tylko do uszu jego rozmówcy.
Street rozparł się na krześle, pociągnął łyk piwa i wyszczerzył zęby.
– Jesteśmy trochę rozdrażnieni, co? Klimat nam nie odpowiada?
Holender odwrócił się plecami do sali, żeby nikt inny nie mógł go usłyszeć.
– Uważaj, jak się wyrażasz, foutre.
Street wystarczająco dobrze znał francuski by zrozumieć, że go obrażono. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Co mi zrobisz, koleś? Wyrzucisz mnie z roboty?
– Na świecie jest z tuzin takich doradców do spraw bezpieczeństwa – odparował van Luik. – Skąd wiesz, że już nie zatrudniłem któregoś na twoje miejsce?
Uśmiech zniknął z twarzy Streeta.
– Przyślij go tutaj. Ja pierwszy go sprawdzę. Ale lepiej, żeby okazał się dobry, bo dam mu tylko jedną szansę. A kiedy już go załatwię, poszukam ciebie. Zrozumiałeś, koleś? – Ostatnie słowo wymówił z naciskiem.
Przez długą chwilę mierzyli się wrogimi spojrzeniami.
W końcu van Luik odwrócił wzrok i sięgnął po puszkę. Piwo okazało się ciepłe i gorzkie.
– Jakie zrobiłeś postępy? – zapytał.
– Nie zrobię żadnych postępów, dopóki nie dostanę się na stację, i dobrze o tym wiesz.
– Liczę na to, że wpadłeś na jakiś bardziej skuteczny i niewinniej wyglądający sposób załatwienia sprawy niż wypadek drogowy – odparował Holender.
– O, tak, koleś – potwierdził z uśmiechem Street.
Ból głowy van Luika podwoił się, aż dyrektor poczuł mrowienie w palcach. Jednak nie rozmasował nasady nosa, tylko zacisnął dłoń.
– Gdzie oni teraz są? – zapytał.
– Na stacji. Gdzie indziej mogliby być? Odbyli kilka lotów helikopterem, porównując teren z mapą.
– I co?
– Nie znaleźli nic, oprócz kangurzego gówna.
– Jesteś pewien?
– Ich zabezpieczenia transmisji radiowych są do niczego – odparł wesoło Street. – Mam identyczne urządzenie do szyfrowania rozmów w swoim biurze w Darwin. Odebrałem wszystkie wysłane przez nich wiadomości.
Dyrektor pociągnął następny mały łyk piwa. Zastanawiał się, dlaczego mu się wydaje, że Australijczyk kłamie.
– Jak ta kobieta znosi surowy klimat i warunki terenowe?
– Upał szybko dał jej się we znaki. Jest rozdrażniona jak kotka w kąpieli. Nie są już z Blackburnem tak blisko jak dawniej.
– A jak blisko byli?
– Tak, że bliżej nie można.
Van Luik skrzywił się.
– Czy panna Windsor znalazła jakieś wskazówki w „Pawiu”?
– Spędza wiele czasu na jego lekturze;
– To dobrze.
– Dlaczego?
– Nikt nie zastanawia się nad rozwiązaną łamigłówką.
Zapadła cisza. Holender walczył z pokusą rozmasowania nasady nosa.
– Jak się trzyma Blackburn?
– Wściekły jak żmija – powiedział wesoło Street. – Wyposzczony mężczyzna zwykle tak się zachowuje.
– Wyposzczony? Czyżby wystąpiły jakieś problemy z dostarczaniem na stację żywności?
– Nie chodzi mi o jedzenie, tylko o seks. Śpią w tym samym pokoju, ale nie na jednym materacu.
– Masz bardzo dokładne informacje.
– Na tym polega moja robota – odparł chłodno Australijczyk. – Jeśli mi nie wierzysz, sam się wybierz na stację.
– Tobie zostawię tę wątpliwą przyjemność. – Dyrektor wyjął z kieszeni marynarki cienki pakiet i pchnął go na drugi koniec stołu. Paczuszka była zawinięta w jaskrawożółty plastyk l zabezpieczona sznurkiem, okręconym wokół dwóch guzików na kształt ósemki. – Nie otwieraj tego.
Street zerknął na pakiet.
– Co to jest?
– Twoja przepustka, list polecający do panny Windsor. – Van Luik znów sięgnął do kieszeni i wyjął kartkę papieru. – To jest fotokopia.
Australijczyk bez słowa wziął kopię, szybko przeczytał i podniósł głowę.
– Czy to prawdziwe? – zapytał.
– A jakie to ma znaczenie?
– Żadne, jeśli tylko podpis nie wzbudzi niczyich wątpliwości.
– Z podpisem nie będzie kłopotów.
– Cholera. Ktoś na serio chwycił CIA za jaja. – Spojrzał badawczo na dyrektora. – ConMin? A może ich własny rząd?
Van Luik odebrał mu kopię, wstał i nie odpowiedziawszy wyszedł z pubu.
Dopiero gdy samolot znalazł się nad rozległą przestrzenią Oceanu Spokojnego, środki uśmierzające ukoiły ból głowy Holendra. Kiedy Van Luik zapadał w sen, w jego głowie zaświtała myśl, którą przedtem tłumiło cierpienie. Street nigdy dotąd nie wspominał, że ma jakieś inne satelitarne urządzenie szyfrujące, oprócz tego, które dostał od ConMinu.