Выбрать главу

Rozdział dwudziesty ósmy

Świt napływał jak cicha fala upału i jaskrawego światła.

Wielkie drapieżne ptaki wyżyny Kimberley rozpościerały skrzydła i wzbijały się z gałęzi baobabu pod rozpalające się niebo. Erin pochyliła się nad pierwszym statywem, a potem nad drugim. Naciskała raz po raz wyzwalacz, ponownie ustawiała ostrość i jeszcze raz uruchamiała migawkę, aż ostatnia klatka filmu przewinęła się automatycznie, wydając cichy szelest. Erin pochyliła się nad trzecim aparatem, ale zaraz sobie uświadomi• ła, że jest już za późno. Moment przebudzenia drapieżnych kani odszedł już w przeszłość.

Przeciągnęła się, westchnęła i zaczęła zdejmować aparaty ze statywów.

– To już koniec? – zapytał Cole, wyłaniając się z nikłego cienia pod akacją.

Erin podskoczyła. Tak bardzo skupiła się na pracy, że zapomniała o obecności Blackburna, który pilnował jej ze strzelbą w ręku.

– Tak, na dzisiaj wystarczy.

Spakowała sprzęt, przewiesiła torby przez ramię i rozejrzała się po okolicy, która z wolna, ale nieodwołalnie zmieniała się pod wpływem gwałtownie wschodzącego słońca. Uczyła się nowego rytmu, jaki obowiązuje w tym dziwnym, surowym kraju. Między innymi przekonała się, że trzeba wstać wcześnie, żeby się nacieszyć stosunkowym chłodem. Każdego ranka przez chwilę niemal tęskniła za słońcem.

Ale tylko przez chwilę. Mimo że wschód nastąpił niecałe pięć minut temu, temperatura dochodziła do trzydziestu stopni. Ciężkie powietrze po prostu nie pozwalało ziemi wystygnąć nawet w ciągu mrocznych godzin nocy. Każdy dzień był gorętszy i bardziej wilgotny niż poprzedni. Chmury niezmiennie napływały, pomrukując obiecująco, ale nie spadała ani kropla deszczu.

Mrużąc oczy dla ochrony przed rannym blaskiem, Erin popatrzyła na czarne plamki drapieżnych ptaków, szybujących z gracją po rozświetlonym niebie.

– Zawsze się zastanawiałam, czy drapieżne ptaki tak dużo spędzają w powietrzu dlatego, że to potrafią, czy dlatego, że muszą.

– Pewnie jedno wynika z drugiego.

Cole sięgnął po torby ze sprzętem i niechcący przesunął dłonią po nagim ramieniu Erin. Dziewczyna uchyliła się i zrobiła krok w tył, mówiąc mu bez słów, że nie chce jego pomocy i nie życzy sobie, żeby jej dotykał.

Cole zacisnął wargi, odwrócił się i ruszył przed siebie.

Erin nie sprzeciwiała się jego zarządzeniu, że nie wolno jej znikać mu z oczu, ale jasno dała mu do zrozumienia, że łączą ich teraz jedynie wspólne interesy. Nie podobało mu się to, ale nie starał się tego zmienić. Wiedział, że wszelki nacisk doprowadzi do tego, że dziewczyna jeszcze bardziej się od niego odsunie.

Kiedy przemierzali krótką drogę dzielącą ich od stacji, usłyszeli odgłosy nieznanych ptaków, dobiegające ze wszystkich akacji i eukaliptusów. Studnia Abe'a i koryto do pojenia bydła stały się Mekką dla wszelkiego rodzaju dzikich zwierząt. Ułatwiło to pracę Erin. Przez dwa dni pobytu na stacji udało jej się sfotografować czternaście różnych odmian miejscowej fauny. Na własnej skórze przekonała się, dlaczego drapieżniki zasadzają się na ofiary przy wodopoju.

To po prostu bardzo skuteczna metoda.

– Którą kopalnię dzisiaj obejrzymy? – zapytała.

– Psa numer cztery.

– Jeszcze raz? – Cole skinął głową. – Dlaczego?

– Ponieważ w jej pobliżu znajduje się miejsce, które chciałbym zbadać.

– Czy to nie przy czwartej kopalni widzieliśmy goannę?

– Tak.

– Świetnie. Od dawna się zastanawiam, jak najlepiej ją uchwycić.

– Byle nie gołymi rękami – odparł z poważną miną.

Erin uśmiechnęła się mimo postanowienia, że utrzyma znajomość z Cole'em na oficjalnej stopie. Teraz było to równie trudne, jak na początku, i z tych samych powodów. Jego inteligencja, refleks i specyficzne poczucie humoru pociągały ją jeszcze bardziej niż regularne rysy twarzy i silne ciało.

Pomyślała gorzko, że Cole jest na tyle rozgarnięty, że nawet nie próbuje dostać się znowu do jej łóżka. A może to słodka drobna Lai zaspokaja te jego potrzeby.

Erin ani przez chwilę w to nie wierzyła. Kiedy znajdowali się na stacji, wciąż był obok niej. Spali w jednym pokoju, jedli przy tym samym stole, razem latali helikopterem.

Przyszło jej do głowy, że Cole'owi nie chodzi tylko o jej bezpieczeństwo. Może boi się zostać sam na sam z Lai.

Usta Erin wygięły się w podkówkę. Cole nie wyglądał na przestraszonego, kiedy zaskoczyła go, jak głaskał szyję Chinki. Nie wydawał się też podniecony. Był… napięty, cierpliwy, zaciekawiony, gotowy do skoku.

Jak drapieżne zwierzę.

Niepokojący dreszcz przebiegł ciało Erin. Cokolwiek zdarzyło się kiedyś między nim a Lai, głęboko wryło się w jego duszę. Może była to miłość, może nienawiść, albo połączenie obu tych uczuć. Cole dał Lai coś więcej niż swoje ciało. W zamian otrzymał lekcję, że kobiety są tym, za co uważał je Abe: królowymi kłamstwa.

Erin wyszła spod wątłego cienia akacji na trawę. Słońce otuliło ją jak wilgotny, rozgrzany całun. Pot wystąpił na skórę i zbierał się w strużki między piersiami i pod pachami. Muchy nadleciały w bezładnej chmarze, ale nie siadały na niej. Używane przez Australijczyków połączenie kremu przeciwsłonecznego i środka przeciw owadom okazało się skuteczne.

Żałowała, że nie wymyślili jakiegoś kremu chroniącego przed zabójczym klimatem Kimberley. Już teraz czuła, że robi się zgryźliwa, napięta i gotowa do wybuchu pod pierwszym lepszym pretekstem. Podejrzewała, że Cole jest w takim samym stanie, ale lepiej to ukrywa. To również ją zirytowało. Zapragnęła skruszyć skorupę jego opanowania.

– Jak długo trwa pora przejściowa – zapytała.

– Dopóki nie spadnie deszcz.

Mruknęła coś niecierpliwie.

Cole spojrzał na nią spod oka. Jej blada skóra już się zaróżowiła od gorąca i pokryła błyszczącą warstewką potu. Zdjął kapelusz i włożył go na mahoniowe włosy Erin.

– Gdzie zostawiłaś swój kapelusz? Mówiłem ci, że…

– A ja ci mówiłam, ze nie potrafię pracować, kiedy coś mi dynda nad czołem – odcięła się, wpadając mu w słowo. – Poza tym, wiedziałam, że będziemy na słońcu tylko podczas krótkiej drogi do domu.

Zerwała kapelusz i oddała Cole'owi. Znów wcisnął go jej na głowę.

– Noś go – polecił. – Dwa tygodnie temu siedziałaś na lodowcu po drugiej stronie kuli ziemskiej i przygotowywałaś się do zimy. Teraz weszłaś do rozpalonego pieca i czekasz na lato. Twój organizm wciąż jeszcze się nie przestawił.

– Za to twój nie ma takich kłopotów – odparła z niechęcią.

– Ja przyjechałem tu z Brazylii. To inny piec, ale taka sama temperatura i pora roku. Przestań marnować energię na udowadnianie mi, że znosisz ten klimat równie dobrze jak ja. Wiesz, że to nieprawda. I daj mi te cholerne aparaty.

Nie czekał na jej zgodę. Szybkim ruchem odebrał jej sprzęt.

W milczeniu doszli do budynków stacji. Lai czekała na nich przy stole ustawionym w cieniu pod szerokim białym daszkiem, który biegł wzdłuż całego tyłu budynku. Dawał cień, a jednocześnie powiększał przestrzeń mieszkalną. Wielki biały namiot rozbito jakieś piętnaście metrów od domu. Mieszkało tam ośmiu Chińczyków. Obsługiwali liczne urządzenia na stacji, a również, jak podejrzewała Erin, byli ich strażnikami.

Lai wyglądała jak figurka ze złotej porcelany; spokojna, delikatna i doskonale zbudowana, co podkreślały jedwabne spodnie i bluzka w kolorze indygo. Grzecznie skinęła im głową i wycofała się do domu.

– Czy ona nigdy się nie poci? – wymamrotała Erin pod nosem.

– Może się bardzo zmienić do dwudziestego piątego roku życia, a potem tylko jeśli człowiek jest pijany, chory albo ranny. Dlaczego pytasz?