Выбрать главу

Cole zastanowił się nad jej odpowiedzią i uświadomił sobie, że Erin mówi prawdę.

– W takim razie, dlaczego traktujesz mnie tak chłodno?

– Chłodno? W tym przeklętym klimacie.

– Wiesz, o co mi chodzi – odparł sucho.

– Powiedzmy, że to okres dostosowawczy.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że nie mam tyle doświadczenia, co inne kobiety w moim wieku – wyjaśniła szczerze. – Jeśli chodzi o moje oczekiwania wobec kochanka, jest tak, jakbym miała dziewiętnaście lat i głowę pełną marzeń. Oczekuję, że dla mężczyzny, który się ze mną kochał, będę jedynym obiektem zainteresowania, tak jak i on dla mnie. To dziecinne, ale taka jestem.

Po raz pierwszy od wielu dni Erin zdecydowała się rozmawiać na tematy osobiste. Cole zerknął na nią, jakby chciał ją zachęcić do dalszych zwierzeń. Wykonała jakiś nieokreślony gest i znów szarpnęła wilgotny podkoszulek.

– Kiedy się zrównam z kobietami z mojego pokolenia, będę umiała oddać ciało jakiemuś atrakcyjnemu mężczyźnie, ale zachować dla siebie duszę. Na razie nie potrafię tego rozdzielić. Patrzę na ciebie i widzę, że jesteś tak głęboko emocjonalnie związany z Lai, że ja nie mogę z nią konkurować.

– Chyba oszalałaś – odparł chłodno. – Ja jej nie kocham.

– Nie powiedziałam, że ją kochasz. Nienawiść łączy równie mocno jak miłość. Nieważne, czy ją kochasz czy nienawidzisz. Lai ma cię w garści.

– Cholera! – Cole zdjął kapelusz z szerokim rondem, otarł z czoła pot, który zalewał mu oczy, i z rozmachem włożył z powrotem kapelusz. – Czy nie widzisz, jak łatwo dajesz sobą manipulować rodzinie Chen? Jesteś jak jagnię między doświadczonymi wilkami, a ja ci przysięgam, że nie pozwolę im cię pożreć. Gdybym pragnął Lai, to teraz byłbym z nią w łóżku. Nie chcę jej. Pragnę ciebie. I wiem, że też możesz mnie pragnąć.

Erin wciągnęła mocno powietrze, aż poczuła ból w gardle.

– Już o tym kiedyś rozmawialiśmy. Nie weźmiesz mnie siłą. Oboje to wiemy.

– To zostawia mi jeszcze całe mnóstwo innych możliwości. Pomyśl o tym, Erin. Ja wiele nad tym rozmyślałem.

Jechali w ciszy przez upał i wilgoć. Słupy rozgrzanego powietrza unosiły się z ziemi, tworząc prądy i wysysając parę wodną znad Oceanu Indyjskiego. Niekończąca się rzeka chmur rozszerzała się coraz bardziej, wolno pochłaniając całe niebo. Wtedy klimat stawał się nie tylko trudny, ale wręcz nie do wytrzymania. Deszcz jakby wisiał w powietrzu, a błyskawice przecinały odległe horyzonty. Kurtyna wodna opuszczała się z chmur, ale nie dosięgała rozpalonej ziemi, Wyparowując wysoko w powietrzu. W takiej porze kończą się przyjaźnie i rozpadają małżeństwa, ludzie zapadają na troppo i zabijają się nawzajem.

„Podzieleni upadniemy”.

Żeby temu zaradzić, Cole mógł zrobić tylko to, co zrobił: zabrać Erin i zniknąć w rozpalonym, dusznym interiorze.

Zanim droga zaczęła odchodzić od równiny pokrytej kopcami termitów, zbielałych od lepu na ptaki, Cole zahamował. Pedał zareagował leniwie, ale go to nie zaskoczyło. W systemie hamulcowym był niewielki przeciek, od czasu kiedy Rover wypadł na pobocze uciekając przed pociągiem drogowym. Cole nacisnął dwa razy i pedał znów reagował prawidłowo.

Samochód zatrzymał się przy kopcu wysokości mężczyzny.

Cole wyskoczył zza kierownicy zabrał młotek i zaczął odłupywać kawałki ze szczytu kopca. Pod białą warstwą kopiec miał jasnordzawy kolor. Erin wzięła aparat, wyszła z samochodu i skrzywiła się od słońca, które uderzyło w nią z nową siłą. Zdecydowanym krokiem ruszyła przed siebie między termitierami. Po kilku minutach zapomniała o bezlitosnym upale. Pracowała nad znalezieniem odpowiedniego kąta ujęcia i przesłony, żeby uwiecznić obcy, rozświetlony kraj, gdzie miliardy insektów wybudowały wysokie miasto z ziemi i błota.

Cole skończył zbierać próbki z różnych kopców i rozejrzał się za Erin. Nigdzie jej nie dostrzegł.

– Erin! – zawołał. – Gdzie jesteś, do diabła?

Leniwy, rozgrzany wietrzyk poruszył spinifeksem. Wąskie, szorstkie źdźbła zaszeleściły cicho…

– Erin!

– Za minutkę! – odpowiedziała.

Sądząc z głosu, znajdowała się kilkadziesiąt metrów od niego, ukryta między wysokimi kopcami o szerokich podstawach. Cole spojrzał na zegarek. Na badaniach termitier upłynęła mu godzina. Miał nadzieję, że Erin spędziła ten czas z większym pożytkiem niż on. Podniósł kapelusz i otarł twarz koszulą khaki. Od góry do samego dołu materiał już był ciemny od wilgoci. Cole rozpiął guziki, wytarł koszulą tors i rzucił ją na fotel samochodu.

– Czas jechać! – krzyknął. Nie było odpowiedzi. – Erin!

– Już idę! Daj mi jeszcze chwilę!

Dziesięć minut później Cole zaczął krążyć między kopcami, aż znalazł Erin pochyloną nad aparatem. Kapelusz leżał na ziemi obok niej. Patrzyła przez celownik, niepomna na otoczenie. Cole podniósł jej kapelusz i stanął w pobliżu, żeby zaczekać, aż skończy rolkę filmu. Potem stanął przed obiektywem i wcisnął jej kapelusz na głowę.

Erin zaskoczona podniosła wzrok. Dopiero teraz zauważyła, że nie jest sama.

– Noś ten cholerny kapelusz – upomniał ją rozdrażnionym głosem. – Kiedy fotografujesz, nie myślisz o niczym innym. Gdyby mnie tu nie było, zasłabłabyś od słońca, zanim zdążyłabyś się zorientować, że coś jest nie w porządku. Wbij sobie wreszcie do tej upartej mózgownicy, że to nie jest Alaska. Tutaj słońce to wróg. Zrozumiałaś?

– Tak. – Erin zawahała się i spytała: – Jak długo tu stoisz?

Spojrzał na zegarek.

– Siedem minut.

– Ale mi nie przerwałeś. Dlaczego.

– Nie zagrażało ci bezpośrednie niebezpieczeństwo. Wolałem zaczekać, niż ryzykować, że zepsuję jakąś „Niepewną wiosnę”.

Przez chwilę Erin myślała, że Cole żartuje. Kiedy zdała sobie sprawę, że tak nie jest, zrobiło jej się bardzo przyjemnie. Poczuła się rozbrojona.

– Wątpię, czy na tym filmie jest jakaś „Niepewna wiosna”, ale dziękuję.

– Zawsze wiesz, jaki będzie efekt twojej pracy.

Erin potrząsnęła głową.

– Nie. Właśnie dlatego tak starannie przechowuję filmy. Każde ujęcie jest jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne. Mogłabym spędzić całe życie w Arktyce i nigdy nie zrobić drugiego takiego zdjęcia jak „Niepewna wiosna”. Podobnie, mogłabym długo mieszkać w Kimberley i nigdy nie doznać takich wrażeń jak teraz, nie wymyślić takich ujęć.

– Tak przypuszczałem. – Cole spojrzał na Erin z mieszaniną rozbawienia i irytacji. – Jednak następnym razem, kiedy zobaczę, że stoisz w słońcu bez kapelusza, nie będę czekał, aż ci się skończy klisza. – Bez ostrzeżenia nacisnął kciukiem jej ramię i sprawdził, jak długo utrzymuje się jasny ślad po dotknięciu. – Kiedy ostatni raz smarowałaś się kremem z filtrem?.

– O świcie, kiedy kazałeś mi to zrobić – odparła chłodno.

– Najwyższy czas zrobić to znowu. Nawet wewnątrz Rovera…

– … odbite promienie słoneczne mogą spalić moją szkocko-irlandzką skórę na węgiel – dokończyła za niego Erin. Kiedy zobaczyła, że nerwowo zacisnął wargi, dodała: – Wiem, że to nie żarty. Na przyszłość będę o tym pamiętać.

– Przepraszam – oświadczył sucho. – Zwykle nie jestem taki nerwowy, nawet w czasie pory przejściowej. Ty masz dar wyprowadzania mnie z równowagi. Chodźmy. Schowajmy się przed tym cholernym słońcem.

– Szkoda, że nie możemy prowadzić badań w nocy – powiedziała Erin, zmierzając do samochodu.

– I tak nic nie znaleźliśmy, więc może nie robiłoby to żadnej różnicy.

– A co ty w zasadzie robiłeś? Mściłeś się na tych małych stworzonkach?

Cole uderzył szpiczastym końcem młotka w pobliski kopiec i chwycił osypujące się grudy ziemi. Roztarł je na dłoni i pokazał Erin.