Wokół stało się bardzo cicho. Piach kłębił się w kabinie Rovera. Erin spojrzała na Cole'a.
– Co, nie będzie żadnych dowcipów o kobiecie za kierownicą? – zapytała roztrzęsiona.
– Dałbym ci się zawieźć na koniec świata – odparł. – Chcesz zjechać na dół, czy mam cię zastąpić.
– Z przyjemnością się z tobą zamienię.
Uruchomili samochód i zjechali na dno wąwozu; Erin trochę ochłonęła. Była całkiem wyczerpana. Kiedy Cole zaparkował na płaskim terenie, westchnęła z ulgą. Wyszedł z samochodu, wyjął ze skrzynki z narzędziami małą latarkę, półokrągły klucz, śrubokręt, kilkadziesiąt centymetrów cienkiej gumowej rurki i zniknął pod Roverem.
– Tylko mi się nie waż nigdzie odchodzić i nie zaczynaj fotografować – powiedział.
Erin podskoczyła, ponieważ głos rozległ się tuż pod nią.
Z poczuciem winy schowała aparat do torby. Po chwili wzięła lornetkę i wspięła się po przednim zderzaku na platformę nad kabiną. Znalazła stosunkowo wygodne miejsce między kanistrami z benzyną a zapasowymi kołami. Było tam chyba wiele wygodniej niż na ziemi, o czym świadczyły przekleństwa, wydobywające się spod samochodu. Włożyła kapelusz i zaczęła oglądać okolicę przez szkła.
Nic się nie poruszało, oprócz rozedrganego od upału powietrza. Od czasu do czasu zrywał się lekki wietrzyk, nie dający żadnej ochłody. Wąwóz i równina na jego drugim końcu były zupełnie puste. Nie widziała bydła ani kangurów, ani ptaków, tylko skały i drzewa, niewiarygodne w tych trudnych warunkach.
Erin odsunęła lornetkę od oczu. Jej wzrok przyciągnął jakiś ruch w pobliżu. Popatrzyła na punkt odległy od niej o trzydzieści metrów.
– Cole? – zawołała. Odpowiedział jej głuchy pomruk – jak wyglądają australijskie jadowite węże?
Spod samochodu wysunęła się głowa, a za nią ubrudzony smarem tors. Szorty Cole'a i tył jego nóg przybrały rdzawy kolor ziemi. W ręce trzymał kawałek czarnej rurki. Spojrzał na Erin, która siedziała po turecku na zapasowej oponie i patrzyła przez lornetkę. Dziewczyna pokazała mu węża, pełznącego po ziemi. Był jasnobrązowy, a jego brzuch połyskiwał na niebiesko. Migotliwe błyski przemykały po całym, jakby świeżo wypolerowanym, półtorametrowym ciele, kiedy gad wił się z leniwą, pełną siły gracją prawowitego mieszkańca tej okolicy.
– Niektóre z nich dokładnie tak wyglądają – powiedział Cole.
– Jest niebezpieczny?
– Jak diabli.
– Cholera. Chciałam podejść bliżej i go sfotografować.
– Dlaczego?
– Spójrz na ten kontrast między błyszczącymi łuskami i ziemią, na te idealne łuki jego ciała na tle kanciastych skał. To jedyny wykwit życia wśród kamieni i piachu… – Wzruszyła ramionami. – Jest piękny.
– To królewska mulga, jeden z najbardziej niebezpiecznych węży na ziemi. Trzymaj się od niego z daleka – nakazał surowo. – Piękny! – powtórzył ironicznie. – Mogłem tego oczekiwać. Każdy, kto wierzy w dobre wróżki, musi mieć jakieś inne dziwactwa.
Erin spojrzała na rurkę, którą trzymał w ręku.
– To na pewno wygląda brzydko. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
– W dodatku mogło się również okazać śmiertelnie niebezpieczne – oznajmił Cole, przeciągając się. – Od zderzenia z kopcem termitów za Fitzroy Crossing mieliśmy niewielki wyciek. Zacisk przytrzymujący rurkę wbił się w gumę, przetarł w niej dziurę i cały płyn się wylał.
– I co teraz?…:. zapytała. – Będziemy wolniej jechać i modlić się, żeby nie trzeba było hamować?
– Nie ma problemu. Kimberley to zabójczy teren dla samochodów i dlatego wszyscy tu wożą ze sobą zapasowe przewody i płyn hamulcowy. Wymieniłem zniszczoną rurkę i sprawdziłem, czy nie ma innych przecieków. Kiedy napełnię zbiornik, ruszamy dalej.
– Dzięki Bogu. Wcale mi się nie uśmiechała dalsza droga piechotą.
– W porze przejściowej? To byłoby bardzo trudne. Przeszłabyś najwyżej trzy kilometry.
Cole poszedł na tył Rovera, otworzył skrzynię z częściami zapasowymi, wyjął duży kanister z płynem i potrząsnął nim. Był prawie pełny. Wrócił do maski, otworzył ją i odkręcił zbiorniczek. Miał w pamięci zanieczyszczone paliwo do helikoptera, więc wylał kroplę płynu na dłoń i potarł palcami. Nie wyczuł ziaren piachu.
Jednak po kilku minutach palce zaczęły go piec. Powąchał płyn w kanistrze. Oprócz jego charakterystycznego zapachu, wyczuł coś jeszcze.
– A to drań – warknął.
Wytarł palce o ziemię i wylał zawartość kanistra do wyschniętego kanału odpływowego na poboczu drogi.
– Co się stało?
– Ktoś dodał żrącej substancji do płynu hamulcowego. Gdybym go wlał do zbiornika, w całym Kimberley nie znalazłbym wystarczającej ilości rurek na wymianę.
Erin spojrzała na pusty pojemnik.
– Jak daleko dotrzemy bez hamulców?
– O wiele bliżej niż z nimi.
Przeszukał pudła z zapasami. Wyjął kilka butelek, obejrzał i schował z powrotem. W końcu znalazł wielką butlę mydła w płynie. Erin patrzyła z niedowierzaniem, jak wlewa je do pustego zbiorniczka. Kiedy skończył, dokręcił wieczko i uśmiechnął się.
– Płyn to płyn. Ten jest trochę cięższy niż właściwy, ale spełni swoje zadanie. – Uśmiechnął się krzywo. – Pociesz się, że będziemy mieli najczystsze przewody hamulcowe w całej okolicy.
– Na jak długo nam to wystarczy?
Wzruszył ramionami.
– Pierwsi się o tym przekonamy.
Rozdział trzydziesty
Następnego dnia wyruszyli w okolice położone za kopalnią, gdzie istniało prawdopodobieństwo znalezienia wymytych przez procesy krasowe jaskiń. W miarę zbliżania się dusznego, obezwładniającego popołudnia, chmury napływały w skłębionych ławicach, obiecując deszcz, który jednak nie nadchodził. Erin patrzyła tęsknym wzrokiem na niebo, w nadziei, że zobaczy zapowiedź ulewy, która zakończy przytłaczający, wilgotny upał pory przejściowej.
– Żeby tak już zaczęło padać – wymamrotała.
– Dzisiaj nic z tego – odparł Cole. – Pewnie jeszcze przez tydzień nie spadnie ani kropla.
– Chciałabym, żeby tak lało i lało – stwierdziła z westchnieniem.
– Ciekawe, czy to samo powiesz mi w styczniu. Nie raz już widziałem, jak pewnego dnia zaczynało padać i lało bez przerwy przez cztery miesiące.
– Obiecanki, cacanki. – Erin odciągnęła bluzkę od ciała, żeby trochę powietrza owiało jej piersi. – Nic dziwnego, że ludzie wariują. Każdy dzień zapowiada zmianę, a następny jest jeszcze gorszy. Zupełnie jak te przeklęte kopalnie Abe'a. Z każdą wiążemy jakąś nadzieję, a nic w niej nie znajdujemy.
Cole z wysiłkiem oderwał wzrok od podkoszulka Erin, który ściśle przylegał do jej kształtów. Pragnął jej, ale nie mógł zaspokoić pożądania, a to rozdrażniało go jeszcze bardziej niż klimat.
– Przynajmniej znowu znaleźliśmy się na terenach wapiennych – oznajmił.
– Czy badanie dało jakieś ciekawe wyniki?
– Na tyle ciekawe, że chcę zbadać teren w górze strumienia.
– Jakiego strumienia? Jedyny płyn w promieniu wielu kilometrów to mój pot. I twój – dodała, spoglądając na błyszczące strumyczki, które spływały między czarnymi włosami na piersi Cole'a. Jedna kropla zsunęła się środkiem ciała i zniknęła pod bawełnianymi szortami. Erin szybko odwróciła wzrok.
– Nie zapominaj o manierce przy pasie – zauważył. – Przecież masz w niej wodę.
– Jak mogłabym o tym zapomnieć? Waży więcej niż torba ze sprzętem.
– Wątpię. Samych filmów masz chyba ze dwa kilogramy.
– I zużyłam już prawie wszystkie, z wyjątkiem trzech rolek. – Westchnęła. – Wróciłabym do samochodu po następne, ale nie chce mi się tak daleko chodzić.