Выбрать главу

– Czy to aluzja?

Uśmiechnęła się kwaśno, potrząsnęła głową i znów odciągnęła materiał podkoszulka.

– Dzięki, ale to nie jest konieczne. Słońce weszło już za wysoko. Cienie są płaskie. Kiedy światło znów zrobi się odpowiednie, napłyną chmury. Może przed zachodem znowu będą dobre warunki. Jeśli nie, zawsze jest jutrzejszy dzień.

Wachlując się podkoszulkiem, myślała, jak by to było dobrze pozbyć się manierki, ale nic nie powiedziała. Cole kazał ją nosić przy sobie, kiedy tylko wychodziła z samochodu, żeby robić zdjęcia. Sam również nie stosował wobec siebie taryfy ulgowej. Na wyprawy badawcze zabierał jeszcze większą manierkę, a poza tym nosił duży plecak ze sprzętem.

Erin zdziwiła się widząc, że oprócz kompasu, lornetki, saperki, toreb na próbki, etykiet i jakichś plastykowych płacht, których przeznaczenia nie potrafiła określić, miał w plecaku również strzelbę i kilka pudełek naboi.

– Napij się – polecił Cole. – Woda w żołądku ciąży mniej niż w naczyniu przy biodrze.

Erin posłusznie odkręciła manierkę i wypiła kilka łyków.

Płyn okazał się lekko stęchły i cieplejszy niż jej usta. Z westchnieniem pomyślała o lodowcach schodzących do lodowatego morza.

– Będziesz jeszcze robiła zdjęcia? – zaciekawił się Cole.

– To tak, jakbyś mnie pytał, czy mam zamiar oddychać.

Zerknął na nią i lekko się uśmiechnął.

– Głupie pytanie, co?

Kontrast między rozbawionym, delikatnym uśmiechem Cole'a a silnym, półnagim ciałem zaparł Erin dech w piersiach. Poczuła ukłucie dziwnej tęsknoty i uświadomiła sobie potrzeby, własnego ciała. Ogarnęła ja fala wyraźnych; zmysłowych obrazów z minionych dni, zanim jeszcze ujrzała Chen Lai w jego objęciach.

– Posuwaj się w górę strumienia – poradził. – W ten sposób się nie zgubisz. Dobrze?

Erin skinęła głową.

– A ty gdzie będziesz?

– Tuż za tobą. Chcę przesiać kilka warstw tego zbocza.

Erin wyczuła napięcie w jego głosie.

– Naprawdę znalazłeś coś ciekawego?

– Musi tam być jakieś stare łożysko strumienia albo złoża powstałe z pradawnych plaż – powiedział, wskazując na dwa niskie wzgórza wyrastające po obu stronach suchego koryta. – Znalazłem cząsteczki bardziej zaokrąglone i zbudowane z innych minerałów niż te, które występują we współczesnych łożyskach rzek. Te mogły być naniesione z warstw rzecznych albo plaż.

– Jakieś ślady diamentów?

– Nie. Ale te wzgórza to wapień, więc musimy wypatrywać miejsc, gdzie woda wymyła skalne podłoże. Tam mogą być jaskinie.

– Naprawdę?

– Tam gdzie jest wapień i woda, istnieje możliwość wystąpienia jaskiń – odparł zwięźle. – Nie ma jednak pewności. Tylko prawdopodobieństwo. Większość jaskiń zostaje odkryta, kiedy strumień wody wymywa skałę, jak nóż zatapiający się w szwajcarski ser. Wtedy odsłaniają się wewnętrzne korytarze i otwory.

Oczy Erin rozbłysły. Chciała coś powiedzieć, ale tylko niecierpliwie odgoniła muchy.

– Czas na smarowanie kremem – oznajmił Cole i sięgnął do plecaka. – Owady cię uwielbiają, skarbie.

Erin skrzywiła się i wycisnęła na rękę trochę rzadkiego kremu o medycznej woni. Szybko i sprawnie zaczęła rozsmarowywać go na całym ciele, począwszy do czoła. Pokryła nim każdy narażony na działanie słońca fragment skóry i nawet miejsca zwykle chronione przez ubranie.

– Uważaj na węże – ostrzegł Cole, znów biorąc do ręki paletę do przesiewania. – Zwykle kryją się w cieniu i w szczelinach skał. Jeśli dostrzeżesz jakieś ptaki albo nietoperze, daj mi znać. To może znaczyć, że w pobliżu znajduje się woda.

– Potrzebujemy już wody? – zapytała.

– Zapas w samochodzie wystarczy nam na kilka dni, ale jeśli znajdziemy źródło, którego nie zaznaczono na mapie, to utrudnimy zadanie Streetowi.

Erin zakręciła plastykową buteleczkę z kremem i oddała ją Cole'owi.

– Może Street jest tym, za kogo się podaje: inspektorem, który na polecenie rządu szacuje wartość Kopalń Śpiącego Psa.

– Może. Chciałabyś się założyć o własne życie?

Erin próbowała coś odpowiedzieć, ale Cole uciszył ją gwałtownym gestem. Zamarł w bezruchu i przechylił na bok głowę, jak człowiek, który czegoś nadsłuchuje.

– Co… – zaczęła.

Przerwał jej kolejnym niecierpliwym gestem. Bez słów wskazał na niebo na wschodzie. Erin odwróciła się i wytężyła słuch. Po chwili usłyszała odległy warkot silnika helikoptera.

Cole dotknął jej ramienia i znów coś wskazał. Zmrużyła oczy i spojrzała na rozjarzone niebo. W końcu zobaczyła czarną kropkę unoszącą się nad ziemią. Helikopter leciał na wysokości trzystu metrów i szybko przemierzał dzielące go od nich kilometry. Jeśli nie zmieni kierunku, przeleci mijając ich bokiem.

– Ktoś szuka Psa numer cztery? – zapytała Erin.

– Jeśli tak, to właśnie nad nim przeleciał.

Nagle helikopter zmienił kierunek. Cole zaklął, chwycił Erin za rękę i ruszył biegiem w stronę kępy eukaliptusów, rosnących wzdłuż zewnętrznego łuku zakola suchego łożyska.

– Padnij na ziemię i nie ruszaj się! – rozkazał.

Erin musiała go posłuchać. Ściągnął ją na dół i obejmując w pół ramieniem przygwoździł do ziemi. Otworzyła usta, żeby o coś zapytać, kiedy usłyszała wzmożony warkot helikoptera. Był tak blisko, że można było rozróżnić pojedyncze uderzenia łopat tnących powietrze. Po minucie hałas zaczął zamierać.

– Nie! – odezwał się Cole, kiedy Erin chciała się podnieść. – Dopiero kiedy nie będzie go słychać przez pięć minut.

Leżała sztywno, prawie nie czując pod sobą piachu, kamieni i korzeni drzew. Do jej świadomości docierała tylko przytłaczająca cisza dnia i napięcie człowieka, który leżał obok niej. Szczęk naboju wchodzącego do komory strzelby zabrzmiał w jej uszach jak grzmot.

– Jesteś pewien, że Pies numer cztery leży właśnie tam? – zapytała.

– Tak.

– Może pilot się zgubił.

Warkot silnika ponownie zaczął się przybliżać, burząc ciszę.

– A może zaraz przywiezie nam tu skrzynkę zimnego piwa – odparł ponuro Cole. – On wyraźnie przeszukuje teren. Kiedy ci powiem, żebyś nie podnosiła głowy, nie rób tego.

Zimny dreszcz przebiegł Erin, kiedy z głosu Cole'a wywnioskowała, że grozi im realne niebezpieczeństwo.

– A co będzie, jak znajdzie samochód?

Cole nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na położenie słońca. Ciemności zapadną zbyt późno, żeby im pomóc. Pozostała mu tylko nadzieja, że drzewa, pod którymi zaparkował Rovera, okażą się wystarczająco gęste. Sam latał nad Kimberley i wiedział, że tutejsze drzewa są bardzo nikłą ochroną. Jak u wszystkich roślin, którym udało się przetrwać w tych surowych warunkach, liście eukaliptusów i akacji były bardzo wąskie i zwisały w dół, żeby jak najmniej słońca padało na ich powierzchnię. W innych rejonach liście są szersze i ustawiają się pod kątem prostym, by schwytać dużo słońca.

Warkot przybliżył się, odbijając się echem od wapiennych wzgórz i między stromymi ścianami wąwozu. Erin nie potrzebowała ostrego rozkazu Cole'a, żeby jeszcze mocniej przywrzeć do ziemi. Przytuliła policzek do gorącego piachu i zastanawiała się, jak to możliwe, że teren, przed chwilą tak pusty i cichy, w jednej chwili wypełnił się hałasem i wniesionym przez człowieka zagrożeniem.

Ryk silnika sięgnął szczytu i stopniowo opadł, kiedy helikopter znów zmienił kierunek.

– Jeśli zostanie na tym kursie, zaraz przeleci nad Roverem – stwierdził Cole. – Gdyby wylądował, idę prosto do samochodu. Jeżeli nie wrócę i ktoś inny zacznie cię wołać, wstań i wyjdź z ukrycia.