– Ale…
– Żadnych ale – przerwał jej gwałtownie. – W porze suszy sama tu nie przetrwasz, tak jak ja nie przetrwałbym nagi śnieżycy na Alasce. Street może mieć jakiś powód, żeby utrzymać cię przy życiu, natomiast ten kraj z pewnością cię nie oszczędzi.
Cole zdjął kapelusz, wytarł czoło wewnętrzną stroną dłoni i rozejrzał się po okolicy. Dno suchego wąwozu było wąskie i kręte. Biegło łagodnie w górę, pomiędzy dwa wzgórza położone jakieś półtora kilometra od nich. Żar palił niemiłosiernie. Coraz grubsza pokrywa chmur pogarszała warunki, a wilgotne powietrze dobrze przenosiło dźwięki. Oboje natychmiast usłyszeli, kiedy helikopter zmienił kierunek.
– Dlaczego krąży właśnie tutaj? – wymamrotała Erin.
– Bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie roślinność jest na tyle gęsta, żeby ukryć samochód. Możliwe też, że helikopter jest wyposażony w tak czuły sprzęt, że potrafi wykryć metalową karoserię samochodu.
– A może w Roverze jest nadajnik? – zapytała z obawą dziewczyna.
– Wątpię. Sprawdzałem. Zresztą pilot nadal szuka, więc nie odbiera sygnału.
Hałas nagle się wzmógł. Zaczął dobiegać z innej strony, co znaczyło, że pilot zmienił kierunek lotu i znów się do nich zbliża. Był już niemal tuż tuż. Dźwięk silnika niósł się wokół nich. Erin próbowała wciągnąć powietrze w bolące płuca. Miała wrażenie, że oddycha przez wilgotną wełnę. Zamknęła oczy i siłą woli starała się nakłonić helikopter do odwrotu.
Warkot wolno zamierał. Erin westchnęła głęboko. Zanim zdążyła się odezwać, silnik znów zaryczał w nagłym zrywie, a potem nagle całkiem ucichł, kiedy maszyna wylądowała.
– Znalazł samochód – domyślił się Cole.
Skoczył na równe nogi, odrzucił wszystkie bagaże, oprócz strzelby, napełnił kieszenie nabojami i pobiegł w dół wąwozu. Wściekły upał i grząski piach spowalniały jego ruchy, pętały nogi i zmieniały płuca w ogień, a mięśnie w ołów. Rover był oddalony o półtora kilometra. Pokonanie tej odległości w normalnych warunkach zajęłoby Blackburnowi osiem minut. Teraz miałby szczęście, gdyby dobiegł tam w dwanaście.
Był jeszcze prawie czterysta metrów od samochodu, kiedy helikopter uruchomił silnik i wzbił się w powietrze. Zawisł na wysokości trzydziestu metrów i zataczając kręgi zaczął oddalać się od pojazdu, wyraźnie czegoś szukając. Kurz wzbił się wąskimi obłokami w powietrze. Nagle helikopter zawrócił i skierował się prosto na Cole'a.
Skoczył pod cienką zasłonę porastających brzegi łożyska eukaliptusów. Tuż za nimi, u stóp stromego zbocza, leżało rumowisko wapiennych głazów, pozostałość po obsunięciu się ziemi w porze deszczowej. Dotarł do skał, kiedy helikopter był jakieś sto metrów od niego. Warkot maszyny rozsadzał mu uszy. Cole rozejrzał się za lepszym schronieniem. Zobaczył, że spod niektórych kamieni woda wymyła ziemię, tak że głazy niemal zawisły w powietrzu, tworząc nawis. Rzucił się w ich cień, kiedy helikopter zakołysał się i ruszył na niego jak rozszalały byk. Silnik pracował głośno, ale nie tak głośno, żeby zagłuszyć urywany terkot karabinu maszynowego. Kule uderzały o piach i ze świstem odbijały się od skał. Przywarł plecami do kamienia i podniósł strzelbę. W zamkniętej przestrzeni huk wystrzału na chwilę go ogłuszył. Cole przeładował i strzelił, potem jeszcze raz, i jeszcze raz, tak szybko, jak tylko potrafił. Nie zadawał sobie trudu, żeby dokładnie celować, bo helikopter był za blisko, żeby w niego nie trafić.
Helikopter uniósł się wyżej i odskoczył jak przestraszony jastrząb. Cole wyjął naboje z kieszeni i po jednym wkładał do magazynka, aż jeszcze raz całkowicie go napełnił. Przyłożył broń do ramienia i położył palec na spuście.
– Podejdź bliżej, sukinsynu – wycedził. – Trochę bliżej. Właśnie tak… właśnie tak. Jeszcze trochę.
Helikopter kołysał się nerwowo tuż poza zasięgiem strzału, co chwila niespodziewanie uskakując na boki, próbując ściągnąć na siebie ogień. Cole czekał z cierpliwością drapieżnego zwierzęcia zaczajonego u wodopoju. W końcu jego przeciwnik znowu przeleciał tuż nad skalnym rumowiskiem.
Pilot albo nabrał zbytniej pewności siebie, albo źle ocenił odległość. Kiedy tylko znalazł się w zasięgu ognia, strzelba Cole'a natychmiast ożyła, wypluwając z siebie serię strzałów, które chyba jak na nerwy pilota sięgały zbyt blisko celu. Helikopter skoczył naprzód i nabierając szybkości zniknął za wzgórzami.
Cole odruchowo załadował strzelbę co do ostatniego naboju. Warkot helikoptera zanikał, aż w jego uszach zostało tylko lekkie dzwonienie. Ostrożnie wytoczył się spod osłony skał i się rozejrzał. Między nim a samochodem nic się nie poruszało. Wolałby zaczekać jeszcze dwadzieścia minut, na wypadek gdyby helikopter zostawił tu zabójcę, ale wątpił, czy Erin tak długo wytrzyma.
Wykorzystując wątłe drzewa jako osłonę, posuwał się naprzód do Erin. Znalazł dziewczynę dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Kiedy go zobaczyła, skoczyła na nogi i rzuciła mu się w ramiona. Przez chwilę kurczowo się do niego tuliła, potem nabrała głęboko powietrza i zrobiła krok do tyłu.
– Nic ci nie jest? – zapytała, spoglądając na niego świetlistymi, zielonymi oczami. – Wydawało mi się, że słyszę strzały.
– Żaden z nas nie trafił przeciwnika.
– Kto to był?
– Nie widziałem, bo nie podchodziłem zbyt blisko. Ale rozpoznałem helikopter z stacji.
Erin nie zadawała więcej pytań, tylko poszła za Cole'em po rozgrzanym, suchym piachu do miejsca, gdzie zostawili samochód. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła pojazd. Jego duszne wnętrze było przyjemniejsze niż nagie promienie słońca.
Cole pierwszy zrozumiał, co oznaczają ciemne plamy, wyłaniające się spod Rovera. Chociaż oczekiwał sabotażu, ten widok nim wstrząsnął.
– Cole?
– Twoje obawy są słuszne – stwierdził szorstko. – To płyn z chłodnicy.
Erin patrzyła w milczeniu, jak Cole sprawdza silnik samochodu, tablicę rozdzielczą i skrzynie ze sprzętem.
– Sukinsyn działał bardzo dokładnie – stwierdził, zatrzaskując drzwi samochodu. – Nie zostawił ani jednego przewodu w całości i ani jednej kropli wody.
– Zabrał nam wodę?
– Nie, zabrał jedzenie. Wodę wylał.
Erin jęknęła.
– A radio?
– Również zniknęło, tak jak i mapy.
Zaczęła szybko oddychać. Odwróciła wzrok, żeby Cole nic zobaczył, jak bardzo się boi.
– Rozumiem. Co teraz?
Spojrzał na rozpalone niebo, a potem na dziewczynę, która pobladła, mimo że jej skóra zarumieniła się od tropikalnego upału.
– Napij się wody z manierki, kochanie.
– Nie powinnam jej oszczędzać?
– Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, ilu znaleziono zmarłych z pragnienia ludzi, którzy wciąż mieli przy sobie wodę. Odwodnienie działa podobnie jak hipotermia. Zanim cię zabije, odbiera zdrowy osąd rzeczywistości. Pij, dopóki jeszcze masz wodę. I tak wkrótce poczujemy pragnienie.
Rozdział trzydziesty pierwszy
Erin spojrzała na zawartość plecaka, którą Cole rozłożył na cienkiej płachcie ratowniczej. Wyjął zza paska młotek i bez wahania położył obok stalowego talerza do przesiewania minerałów, torebek na próbki i próbek, które do tej pory zebrał. W pobliżu zobaczyła swoją izolowaną torbę na filmy. Kompas Cole'a leżał obok jego manierki, tak jak zapałki, saperka, nóż w skórzanej pochwie i kilka złożonych w kostkę, dużych płacht plastyku. Cole nadal wyjmował przedmioty z plecaka i sortował je według stopnia, w jakim mogą im się przydać do przetrwania.
– Ile lodu zostało w przenośnej lodówce? – zapytał nie podnosząc głowy.
– Nic. Stopił się, jeszcze zanim ten ktoś zerwał pokrywę. Pewnie zajrzał do środka, zobaczył tylko filmy i zajął się ważniejszymi rzeczami.