Выбрать главу

Cole mruknął coś pod nosem.

– Czy filmy są w dobrym stanie?

– Chyba nic im się nie stało. Pojemniki są szczelne.

Erin szybko wybrała naświetlone filmy i zaczęła je wkładać do wojskowego pasa, który był wyposażony w wiele kieszeni i uchwytów z tkaniny w maskujących kolorach.

– Nie zawracaj sobie głowy tym pasem – poradził Cole. – To tylko niepotrzebne obciążenie. Weźmiemy tylko to, co absolutnie niezbędne i ani grama więcej.

– Kiedy tu wrócimy? – zapytała Erin, spoglądając na naświetlone filmy.

– W ogóle nie powinniśmy na to liczyć – odparł Cole spokojnie. – Do drogi Gibb River mamy ponad sto dziesięć kilometrów w prostej linii. Praktycznie jest to trochę więcej.

– Jak daleko stąd do stacji Windsora?

– Mniej więcej osiemdziesiąt kilometrów, jeśli poszlibyśmy drogą. Mniej na skróty. Ale między nami a stacją nie ma nic oprócz wapiennych wzgórz i spękanych, gliniastych równin, na których poza porą deszczową nie ma żadnej wody. – Zaczął pakować plecak. – Nawet gdybyśmy dotarli do stacji, to ten sukinsyn z helikoptera czekałby tam na nas, a my nie mielibyśmy możliwości, żeby go przechytrzyć, zaskoczyć czy uciec. Mamy większą szanse na znalezienie wody w drodze do Gibb River, a kiedy tam dotrzemy, większą nadzieję na pomoc.

Cole nie powiedział, że jeśli w ogóle mają jakąś szansę na przetrwanie, to jest ona minimalna. Bez jedzenia, z małą ilością wody, mieli przemierzyć długie kilometry terenu, który będzie stawiał przed nimi wielkie wymagania, w zamian nic nie dając, tylko piętrząc jeszcze większe trudności, w miarę jak będą opuszczały ich siły.

Erin spojrzała na ponurą minę Cole'a. Bez słowa odwróciła się plecami do filmów, na których zapisała swoją pierwszą niepowtarzalną reakcję na nieznany krajobraz wyżyny Kimberley.

– Czy w przenośnej lodówce zostało trochę wody? – zapytał Cole.

– Tak.

– Przelej ją do pustej manierki, którą znajdziesz pod siedzeniem. Jeśli ciężko będzie ci to zrobić tak, żeby nic nie rozlać, pomogę ci.

Zanim Erin skończyła przelewać wodę, podszedł do samochodu z ciężkim plecakiem i strzelbą. Włożył jedną koszulę khaki, a drugą zapakował do plecaka. Potem patrzył, jak Erin ostrożnie wlewa ostatnie krople wody do manierki. Kiedy zakręciła naczynie i oddała mu je, zważył je ze zdziwieniem w rękach.

– Prawie dwa i pół litra – stwierdził. – Dobrze.

Nie wspomniał, że taka ilość wody zaspokoi tylko niewielką część ich dziennego zapotrzebowania. Przypiął manierkę do parcianego pasa. Po drugiej stronie zwisała inna duża manierka, również zawierająca ponad dwa litry wody.

– Odepnij swoją manierkę i zdejmij pas – nakazał, wyciągając rękę.

– Poniosę ją sama.

– Daj mi.

– Cole…

– Nie – przerwał jej stanowczo. – Jestem od ciebie trzy razy silniejszy. Daj mi ją.

Erin spojrzała w jego szare oczy i zrozumiała, że spór niczego nie da. Co gorsza, zmarnują tylko energię. Oddała Cole'owi manierkę i rzuciła pas na ziemię. Odruchowo podeszła do samochodu i wyjęła torbę z aparatem. Natychmiast uświadomiła sobie, co robi, i odłożyła torbę na miejsce. Wróciła do Cole'a z pustymi rękami.

– Tak mi przykro – powiedział, lekko gładząc ją po policzku.

– To z przyzwyczajenia. Ale przecież nie możemy go zjeść ani wypić, ani z niego strzelać, więc jest nam niepotrzebny, prawda?

– Tak. Wing zwróci ci wszystko, co tu zostawisz.

Skinęła głową. Nawet gdyby przeżyła i doczekała dnia, kiedy Wing odkupi jej sprzęt, nie da się odzyskać już zrobionych zdjęć. Erin odsunęła od siebie tę myśl, bo wcale nie podnosiła jej na duchu.

Cole sprawdził wskazania kompasu i ruszył w górę łożyska strumienia swobodnym, długim krokiem, ani szybkim, ani wolnym. Erin podążyła za nim, starając się nie zwracać uwagi na pot spływający po ciele i żar bijący falami od spieczonej ziemi. Przeszli w górę wyschniętego koryta niecałe trzy kilometry, kiedy Cole skręcił w bok i wszedł pod ciemny, aksamitny cień, zalegający pod jednym z wapiennych wzgórz. Była to bardziej nisza niż jaskinia, ale dawała schronienie i był z niej dobry widok w dół wąwozu. Na nierównej skale widać było rysunki. Tam, gdzie kiedyś płonęło ognisko, skałę znaczyły czarne języki sadzy.

– Aborygeni – powiedział Cole, rozglądając się. – Musieli tu obozować w porze deszczowej.

Erin patrząc na piktogramy zapomniała o upale. Zastanawiała się, jak by je sfotografowała, gdyby miała przy sobie aparat.

– Tutaj nikt nas nie dostrzeże z powietrza. Do zmroku będziemy bezpieczni – powiedział Cole. Kiedy odwrócił wzrok od rysunków, dostrzegł tęskne spojrzenie Erin. – Może cię pocieszy, że w całej Australii są tysiące takich miejsc. To nie jest twoja ostatnia szansa sfotografowania starego obozowiska aborygenów.

Skinęła głową. Nie wiedziała, czy Cole wierzy we własne słowa, które sugerowały, że przeżyją, nie zginą. Nie zapytała go o to. Taka rozmowa wcale nie zwiększyłaby szans na przeżycie.

– Te rysunki rąk robią niesamowite wrażenie – powiedziała.

– To święte miejsce.

– Naprawdę? – Erin przyjrzała się piktogramom z nowym zainteresowaniem.

– Każde miejsce, które chociaż trochę się różni od otoczenia, jest dla aborygenów święte. Wszystkie źródła, dziwnie ukształtowane skały, wszystko, co nie jest porośniętą spinifeksem równiną albo wzgórzami, pokrytymi z rzadka eukaliptusami. – Blackburn zrzucił plecak i rozprostował ramiona. – Nie musimy się martwić, że ktoś tu wpadnie z wizytą. Nikt tu nie obozował od pojawienia się na kontynencie białego człowieka.

– Skąd wiesz?

– Nie ma potłuczonych butelek i puszek po piwie. – Wskazał na plecak. – Użyj go jako poduszki. Jeśli potrafisz, zaśnij. Przed nami długa noc marszu.

– Cała noc. Tak bardzo się boisz, że ktoś nas zauważy?

– Jeśli będziemy spali w dzień, a maszerowali nocą, będzie nam potrzeba mniej wody.

Erin po krótkim wahaniu zdecydowała się zadać pytanie, chociaż obiecywała sobie, że tego nie zrobi, bo odpowiedź i tak nic nie zmieni.

– Ile czasu zajmie nam droga do Gibb River?

– Cztery dni, jeśli nam się poszczęści. Bardziej prawdopodobne, że będzie to sześć dni. Druga połowa trasy jest cholernie ciężka, a w dodatku będziemy już wyczerpani.

– Na ile czasu starczy nam sił?

– Jeśli nie znajdziemy wody i wypijemy tylko tę z manierek, jutro skończy nam się zapas. Pojutrze ledwie będziemy trzymać się na nogach. – Cole usiadł, oparł się o skałę i nasunął kapelusz na oczy. – Jeśli dopisze nam szczęście, znajdziemy jakiś nie zaznaczony na mapie przeciek. Jeżeli nie, są inne sposoby.

Zanim Erin zdążyła zapytać, co to znaczy, Cole zasnął. Nie przypuszczała, że i jej się to uda, ale przejście tych niewielu kilometrów bardzo ją wyczerpało. W ostatniej chwili przed zapadnięciem w sen poczuła ulgę, że już dzisiaj nie będzie musiała wędrować w okrutnym słońcu.

Obudziła się dopiero, kiedy Cole obok niej się poruszył. Po natężeniu światła domyśliła się, że jest późne popołudnie. Blada, prawie niewidoczna błyskawica przecięła ciemnoszare niebo. Wisząca nad całą krainą rzeka chmur zmieniła się w zwartą, skłębioną pokrywę, która nie przynosiła wspaniałej, chłodnej wilgoci deszczu, tylko nie pozwalała ziemi ostygnąć.

– Jesteś pewien, że tu kiedykolwiek pada? – zapytała Erin przełykając ślinę w zaschniętych ustach.

– W końcu kiedyś zacznie. Ale nie dzisiaj. Chmury za kilka godzin znikną. To tylko ciche błyskawice. – Podniósł się, podał rękę Erin i pomógł jej wstać. – Więcej przejdziemy, jeśli wyruszymy jeszcze przed zmrokiem.