Cole włożył na ramiona plecak. Erin wyszła za nim ze schronienia pod skałami na nagą ziemię. Nawet kiedy słońce skryło się za horyzontem z błyskawiczną szybkością, która wciąż zaskakiwała Erin, przyzwyczajoną do długich, arktycznych wieczorów, żar wciąż bił od nagrzanego gruntu wyraźnie wyczuwalnymi falami. Wilgotność, chociaż tak wielka, że obezwładniająca, była jednak zbyt niska, żeby uchronić organizm ludzki przed odwodnieniem i zatrzymać na skórze pot spływający strużkami.
Cole szedł w równym rytmie, w świetle latarki sprawdzając wskazania kompasu, dopóki chmury się nie przerzedziły i nie odsłoniły gwiazd migoczących w gęstej masie na niebie południa. Droga Mleczna jak odległa fala jasności omywała jedną trzecią firmamentu. Niespodziewanie wystrzeliła w górę błyskawica, niewiele jaskrawsza od gwiazd. Księżyc również oświetlał okolicę srebrnym blaskiem.
Erin szła za Cole'em wśród spinifeksu i kamienistego skrubu. Jedynymi przerwami na odpoczynek były chwile, kiedy spoglądał na kompas, dopasowując jego wskazania do układu gwiazd lub czarnej nierównej linii horyzontu. Zwykle wybierał drogę w wyschniętych korytach strumieni, chociaż zalegał tam grząski piach. W ciemnościach miejsca, którymi kiedyś spływała woda, wydawały się o ton jaśniejsze od otoczenia i nie natrafiali w nich na tyle przeszkód.
Wypili ostatnie łyki wody w póżnonocnych, niemal chłodnych godzinach.
Kiedy gwałtowny świt wybuchnął na niebie, Erin ze zmęczenia chwiała się na nogach. Przez noc krajobraz wokół nich trochę się zmienił. Wzgórza były teraz bardziej strome i wyrastały z ziemi osobno, a nie w długich, niskich łańcuchach.
Cole wykorzystał światło, żeby przyśpieszyć wędrówkę. Mimo narastającego upału utrzymywał szybkie tempo marszu, aż znalazł mały jar u stóp wzniesienia, ocieniony rzadkimi eukaliptusami. Rozciągnął płachtę ratowniczą między dwoma gałęziami i mocno ją przywiązał, tworząc baldachim, pod którym mogli się przespać.
– Połóż się w cieniu – powiedział. – I nie ruszaj się, chyba że będziesz koniecznie musiała.
Rzucił plecak na ziemię, żeby służył jako poduszka, chwycił saperkę i wyszedł na oświetlony słońcem teren. Tam wykopał dół szeroki na dziewięćdziesiąt centymetrów i głęboki na sześćdziesiąt, i wyłożył jego ściany liśćmi, zerwanymi z eukaliptusów i akacji. Na dnie zagłębienia postawił blaszaną menażkę, nakrył wszystko jedną z plastykowych płacht i przygniótł krańce płachty kamieniami. Na środku również położył kamień, tak że plastyk zwisał nad menażką.
Bez odpoczynku wrócił pod baldachim, wziął jeszcze kilka kawałków plastyku i znów przystąpił do dzieła. Kolejne płachty przywiązał do gałęzi zielonych drzew, starannie zbierając ich końce, aż utworzył coś w rodzaju torby z uwięzionymi wewnątrz liśćmi. Ściśle obwiązał je na górze i schronił się w miłym cieniu baldachimu.
Erin podniosła głowę, kiedy opadł obok niej na ziemię.
– Co to jest? – zapytała, wskazując na połyskliwe kawałki plastyku.
– Destylatory. W liściach jest mnóstwo wilgoci. Tym razem zmusimy słońce, żeby pracowało dla nas, a nie przeciwko nam. Spij.
Oblizała usta, zastanawiając się, jak to możliwe, że są takie wyschnięte, kiedy powietrze wokół jest nasycone wilgocią. Trwało to tylko chwilę. Sen spadł na nią z szybkością tropikalnego zachodu słońca. W ostatnim przebłysku świadomości poczuła, jak Cole wciera w jej skórę krem ochronny. Chciała mu podziękować, ale się okazało, że to zbyt duży wysiłek.
Obudziła się, kiedy potrząsnął jej ramieniem.
– Wstawaj, Erin. Nadchodzi śniadanie.
Na wzmiankę o jedzeniu jej gruczoły ślinowe ścisnęły się boleśnie. Usiadła i przetarła oczy, zaczerwienione od snu i pyłu.
– Śniadanie? – zdziwiła się.
– Musisz na nie zapracować.
– Jak?
Cole pomógł jej wstać.
– Widzisz go? – Wskazał miejsce oddalone o jakieś pięć metrów..
– Co takiego?
Po rumowisku pod eukaliptusem w zygzakowatych skrętach sunął wąż, polując na jakąś ofiarę albo po prostu szukając chłodniejszego miejsca do wypoczynku.
Erin wydała dziwny dźwięk.
– Śniadanie?
– Jeśli dopisze nam szczęście. – Cole wręczył jej liściastą gałązkę długości ramienia. – Odwróć tym jego uwagę, a ja zajdę węża od tyłu. Nie rozdrażnij go, tylko ściągnij jego zainteresowanie. Trudniej będzie go złapać, kiedy wpełznie między skały.
– Czy to niebezpieczny wąż? – zapytała, kiedy Cole ruszył w jego stronę.
– Tylko dopóki go nie zabiję. Potem zmieni się w śniadanie.
Erin otrząsnęła z siebie ostatnie pozostałości snu i wyszła spod baldachimu. Chociaż nastało późne popołudnie, słońce prażyło przez chmury z dziką wściekłością. Zaszeleściła gałęzią, omiatając jej czubkiem ziemię. Jednym zwrotem silnego ciała wąż odwrócił się w jej kierunku.
– Ściągnęłam jego uwagę! – zawołała Erin.
Gad spoglądał na nią oczami jak płatki obsydianu. Jej obecność go nie denerwowała. Mulgi są bezspornymi władcami australijskiego interioru. Dla nich istota ludzka to raczej ciekawa nowinka niż zagrożenie.
– Nie podchodź za blisko – ostrzegł Cole.
– I kto to mówi.
Nic nie odpowiedział. Wolno przysuwał się do węża, a Erin lekko poruszając gałęzią koncentrowała na sobie uwagę gada.
Nagle ręka Cole'a poruszyła się błyskawicznie i chwyciła zwierzę za ogon. Cole uniósł go w górę i w jednej chwili zabił, uderzając nim jak biczem o skałę i łamiąc mu kręgosłup. Dla pewności jeszcze raz uderzył gadem o kamienie. Metr dwadzieścia śniadania zwisało bezwładnie z jego ręki.
Erin przełknęła gęstą ślinę i powtarzała sobie w duchu, że każde białko to białko. Jej umysł zna różnicę między mięsem mulgi a sushi, ale żołądkowi to obojętne. Z pewnością wąż nic smakuje gorzej niż foka.
– W mięsie węża jest dużo wody – zapewnił Cole, wyciągając nóż z pochwy przytroczonej do ramienia. – Jeśli mi nie wierzysz, zobacz, jak obdzieram go ze skóry.
– Nie, dziękuję.
– Nie przejmuj się. Po upieczeniu mięso robi się białe i smakuje jak…
– … kurczak – dokończyła za niego, krzywiąc się.
Zerknął na nią, zaskoczony.
– Jadałaś węże na Alasce?
– Nie, ale to samo mi mówiono o żabich udkach, gąsienicach i każdym innym tak zwanym egzotycznym przysmaku, którego kiedykolwiek próbowałam. To kłamstwo. Tylko kurczak smakuje jak kurczak.
– Wąż jest lepszy od goanny.
– Jeśli tylko smakuje lepiej niż foka, nie będę narzekać. Przynajmniej niezbyt głośno.
Kąciki ust Cole'a uniosły się.
– Mówiłem ci już, że jesteś świetną towarzyszką podróży?
Nie czekając na odpowiedź zaczął oprawiać węża szybkimi, wprawnymi ruchami. Erin patrzyła spod spuszczonych powiek doszła do wniosku, że czyszczenie ryb jest równie krwawe, a foki o wiele bardziej nieprzyjemne.
– Rozpal ogień – polecił Cole. – Upieczesz mięso, a ja opróżnię destylatory. Jeśli nie chcesz teraz zjeść swojej porcji, zachowam ją dla ciebie na później. Po całonocnym marszu twój żołądek będzie tak domagał się pożywienia, że mulga posmakuje ci niczym wędzony łosoś.
Nie uwierzyła mu, ale nie protestowała. Kiedy nadejdzie pora jedzenia, zje, co będzie można, ponieważ jest to jedyny sposób na podtrzymanie energii.
Upiekła kawałki pożywnego białka na ognisku z gałęzi eukaliptusa, a Cole tymczasem zebrał wodę z czterech destylatorów słonecznych. Było jej prawie cztery i pół litra. Wlał równe części płynu do dwóch manierek.
– Ta jest twoja – oznajmił, podając jej jedno z naczyń. – Wypij.