Woda miała równie egzotyczny smak jak mięso mulgi. Wyczuwało się w nim eukaliptus i akację. Mimo pragnienia, Erin wypiła mniej niż jedną trzecią swojej porcji, odpięła od paska Cole'a metalowy kubek i wlała do niego połowę pozostałej w manierce wody.
– To dla ciebie – powiedziała. – Pij.
– Nie ma mowy.
– Jesteś ode mnie dwa razy większy. To oznacza, że potrzebujesz dwa razy więcej wody.
– Erin…
– Nie – przerwała mu. – Dźwigasz wszystkie bagaże, bo jesteś większy, w takim razie powinieneś dostawać odpowiednio większą porcję jedzenia i picia.
Przez długą chwilę spoglądał w jasne piękne oczy Erin.
– Wolałbym, żebyś ty to wypiła – powiedział w końcu.
– A ja wolałabym nieść swoje bagaże, ale zachowuję zdrowy rozsądek. Jeśli oboje chcemy przetrwać, musimy podchodzić do tych spraw rozsądnie, prawda?
Zawahał się, ale wypił wodę o smaku eukaliptusa i trochę złagodził męczące go pragnienie. Kiedy skończył, dotknął ustami warg Erin, oddając jej w delikatnym pocałunku ostatnie krople wilgoci.
– Jesteś wspaniałą kobietą, Erin.
– A ty jesteś wspaniałym mężczyzną – wyszeptała. – Nawet jeśli będę musiała umrzeć, to ze świadomością, że wykorzystałam wszystkie szanse na przeżycie. Dziękuję ci za to. Sama nie dałabym sobie rady.
Lekko dotknął jej policzka, ale zaraz odwrócił się i zaczął metodycznie pakować plecak. Skończył, popatrzył na kompas i przypomniał sobie mapę tych okolic. Wyciągnął rękę do Erin,
– Gotowa? – zapytał.
Uśmiechnęła się smutno.
– A jaki mam inny wybór?
– No tak. Wiem, że jesteś zmęczona, ale w resztkach dziennego światła będziemy szybciej szli.
Erin wzięła Cole'a za rękę i ruszyli w przytłaczający żar i pustkę wyżyny Kimberley. Prowadził ją tak, żeby nie zauważyła świeżych ludzkich śladów, które spostrzegł dzisiaj rano. Nie było sensu jej mówić, że ich mozolna wędrówka jest bacznie obserwowana. Gdyby to wiedziała, zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego tajemniczy wróg tak się z nimi zabawia, zamiast wykończyć ich jednym litościwym pchnięciem.
Cole sam nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Rozdział trzydziesty drugi
Czwartej nocy marszu pragnienie stało się ich nieodłącznym okrutnym towarzyszem. Spowijało ich bardziej niż ciemności nocy, dręczyło silniej niż upał i zdawało się większe niż rozgwieżdżone niebo. Erin starała się nie myśleć o wodzie. Koncentrowała się na tym, żeby utrzymać się na nogach. Cole szedł przed nią, pozornie nie osłabiony przez mizerne racje żywnościowe i pragnienie.
Erin wiedziała, że jest inaczej. Dostrzegła lekkie drżenie jego rąk, kiedy oprawiał upolowaną goannę. Mimo wyjątkowej wilgotności powietrza i codziennych porcji wody o egzotycznym smaku, ich ciała z godziny na godzinę, z każdym oddechem coraz bardziej się odwadniały.
Między czarnymi zarysami obłoków migotało zimne białe światło gwiazd. Co jakiś czas cicha błyskawica przebijała powłokę chmur, która ostatnio już nie rzedła w ciągu nocy. Mimo gwiazd, księżyca i błyskawic noc zdawała się ciemniejsza niż inne i dłuższa niż noce, których Erin doświadczyła za kręgiem polarnym.
Kurtyna światła opadła ze szczytu zbitej masy chmur zaściełających horyzont. W nagłym rozbłysku dziewczyna zobaczyła sylwetkę Cole'a. Odwrócił się i wyciągał do niej rękę. Miał minę tak ponurą, jak otaczający ich krajobraz. Kiedy ujęła jego dłoń, przyciągnął ją do siebie. Wiedział, że jeśli usiądą, natychmiast zasną, marnując cenne godziny. Stali więc razem i trzymając się w objęciach odpoczywali w jedyny bezpieczny sposób.
Znów rozbłysła odległa błyskawica. Nierówny grzmot, który po niej nastąpił, dał się bardziej wyczuć niż usłyszeć.
– Jeśli dopisze nam szczęście, za dwa trzy dni spadnie deszcz – oznajmił Cole schrypniętym głosem.
Erin tylko skinęła głową, ponieważ mówienie sprawiało jej zbyt dużo trudu. Cole przytulił się do niej policzkiem i wypuścił ją z objęć.
Spojrzał na kompas, rozejrzał się po okolicy, oświetlonej wątłym światłem błyskawicy, i ruszył w kierunku łańcucha wzgórz, który równie dobrze mógł być wysoki lub nie i znajdować się blisko lub daleko. Jednak z pewnością leżał na ich drodze do Gibb River.
Kiedy niebo na wschodzie zszarzało, wzgórza wcale nic wydawały się bliższe. Cole przystanął i zaczekał, aż Erin go dogoni. Odpiął od pasa manierkę, pociągnął dwa łyki i wręczył ją dziewczynie.
– Ostatni łyk dla ciebie – powiedział.
– Nie. Dla ciebie.
Cole przechylił manierkę, potem przyciągnął Erin i pocałował ją jak kiedyś. Jej usta się rozchyliły, a on delikatnie oddał jej wodę, której nie chciała wypić z manierki. Zaskoczona nie miała innej możliwości, jak ją przełknąć. Cole roześmiał się cicho i nadal ją całował, aż oboje na kilka słodkich chwil zapomnieli o pragnieniu. Potem ją objął, jakby to było ich ostatnie spotkanie.
Kiedy wypuścił Erin z ramion, cichy świt już wstał w nagłym, gwałtownym potoku światła. Słońce eksplodowało przez poszarpanie chmury. W ciągu kilku sekund odległości się zwiększyły, a barwy i faktura ziemi wróciły do życia.
– Do diabła z diamentami – wyszeptała wolno Erin, patrząc na wspaniałą, odwieczną przemianę nocy w dzień. – Oddałabym wszystko za aparat i kilka filmów.
Cole uśmiechnął się lekko.
– Wierzę ci. – Pogładził ją po splątanych mahoniowych włosach, odsuwając ich kosmyki z zaróżowionej od gorąca twarzy. – Dla mnie diamenty są tym, czym dla ciebie są nienaświetlone filmy: kluczem do nowego świata. Ale gdybym teraz znalazł kopalnię Abe'a, bez wahania wymieniłbym ją na sprzęt dla ciebie.
Zobaczył, że jest wstrząśnięta tym wyznaniem. Wyczuł to w drgnieniu jej ciała, kiedy odsunęła się, żeby na niego popatrzeć.
– Mówisz szczerze, prawda? – wyszeptała.
– Zawsze mówię szczerze. – Przyciągnął ją bliżej, osłaniając lśniące zielone oczy dziewczyny przed słońcem. – Kiedy zobaczyłem „Arktyczną Odyseję” poczułem się tak, jakbym odkrył kopalnię diamentów. Nabrałem energii i chęci do życia. – Tulił ją przez chwilę, a potem odstąpił o krok. – Wypatruj ptaków i kęp zielonej roślinności. To jest okolica krasowa. Woda na pewno się tu zbiera w rozpadlinach, głębokich kotłach erozyjnych albo nawet w jaskiniach. Musimy ją tylko znaleźć i módlmy się, żeby nikt tam nie dotarł przed nami.
Wypili ostatnie krople wody dwie godziny po wschodzie słońca. Ułożyli się w cieniu rzucanym przez cienką płachtę, rozpiętą między dwoma wątłymi drzewkami, i patrzyli, jak fale ciepła odrywają się od ziemi. Woda w manierce była niemal gorąca. Miała wyraźny smak liści eukaliptusa, z których ją uzyskali. Mimo to cudownie zwilżała wyschnięte gardło Erin. Cole patrzył na ciemne chmury, napływające znad Oceanu Indyjskiego. Burzowe obłoki wypiętrzały się aż pod słońce, a ich sine podstawy płynęły tuż nad ziemią.
– Tak blisko, a jednak tak daleko – powiedział ochryple Cole, szacując rozmiary nieokiełznanej, gęstej rzeki chmur, zasnuwającej powoli całe niebo i rozrywanej przez podmuchy wiatru w pojedyncze burzowe formacje.
Po kilku minutach oderwał wzrok od tej złudnej obietnicy deszczu i wpatrzył się w krajobraz. Równinną czerwoną ziemię porastały chaotycznie rozrzucone eukaliptusy. Rozgrzane powietrze drżało. Kępy twardego spinifeksu walczyły o przestrzeń z wapiennymi skałami. Równinę otaczał poszarpany łańcuch wzgórz. W oddali wypiętrzało się długie, strome wzniesienie o płaskim szczycie, zaznaczając granice niecki, gdzie nieuchronnie podczas pory deszczowej musiała się zbierać woda, ponieważ w pobliżu nie było żadnej szczeliny, rozpadliny czy wąwozu, którym mogłaby spłynąć.