Выбрать главу

– Co zrobimy?

– Módlmy się, żeby mu się powiodło.

Rozdział trzydziesty trzeci

W ciemnościach nie można było tropić aborygena. Po zachodzie słońca Cole zdjął baldachim i rozłożył go na ziemi jako posłanie. Jak to jej weszło w nawyk, mimo gorąca, Erin przytuliła się do Cole'a i zapadła w stan pośredni między snem a jawą. Noc minęła w męczarniach wywołanych pragnieniem, które w bardzo niewielkim stopniu gasiła aromatyczna woda z destylatorów.

W przeciwieństwie do poprzednich nocy, tym razem chmury nie rzedły wraz z upływem godzin ciemności. Szerokie błyskawice przecinały niebo, zamieniając połowę mroku w oślepiające, niebieskobiałe światło. Dudniły grzmoty. Jeszcze nie przebrzmiały ich ostatnie echa, kiedy niebo rozświetlił inny rodzaj błyskawic, podobnych do małych, wężowych języków, liżących chmury w konfiguracjach nasuwających na myśl pradawne rysunki na skalnych ścianach.

Nękani pragnieniem i wizjami spadającego deszczu, Erin i Cole spali niespokojnie. Kiedy pierwszy brzask oddzielił niebo od ziemi, Cole wymknął się, żeby sprawdzić, czy ich strażnik powrócił. Znalazł szerokie ślady bosych stóp tam, gdzie aborygen obszedł ich obozowisko, zanim ruszył dalej.

Tuż po świcie spadło nieco deszczu. Krople były ciężkie i nabrzmiałe. Jednak okazały się fałszywym alarmem. Prawdziwy deszcz nie zaczął padać i znowu wschodziło rozjarzone, prażące słońce.

– Pośpiesz się – ponaglił Cole. – Ukośne światło, w którym łatwiej odnaleźć tropy, nie trwa tutaj długo.

Pierwsze ukośne promienie sprawiały, że zostawione na ziemi ślady robiły się widoczne, niby namalowane jaskrawą farbą. Cole pokazał je Erin.

– To jest początek linii, która łączy nas z życiem – powiedział, rysując kreskę przy śladach. – Jej koniec jest gdzieś tam, przy wodopoju.

Jeśli trop był wyraźny, Cole maszerował szybko. Obrysowywał znaleziony ślad kółkiem i wypatrywał następnego. Kiedy gubił trop, wracał do ostatniego i jeszcze raz zaczynał poszukiwania. Z początku tropienie było dla Erin tak ciekawą nowością, że zapomniała o pragnieniu i zafascynowana obserwowała, jak Cole sprawnie odczytuje zapisane na ziemi informacje.

Jednak kiedy słońce weszło wyżej i miażdżyło ich promieniami niby młotem, Erin poczuła, że opuszczają ją siły. Cole parł naprzód bez przerwy, przeklinając zmieniający się kąt światła, które teraz zacierało odciski stóp, wcześniej tak wyraźnie zaznaczające się w pyle.

Ślady zniknęły na rozległej, wygładzonej przez wiatr i spalonej przez słońce skale.

– Stań tutaj – polecił Erin, wskazując jej ostatni odnaleziony trop.

Erin stanęła w pełnym słońcu, a Cole otoczył całą skałę, zanim znalazł kolejne ślady.

– Mam. Idziemy.

Dziewczyna stąpała po kamieniu, zastanawiając się, czy rzeczywiście jest tak rozgrzany, że dałoby się na nim usmażyć jajko. Nawet przez grube podeszwy turystycznych butów czuła, że jest gorący.

W miejscu, gdzie piechur mógł wybrać wiele kierunków marszu, Cole uklęknął, pochylił głowę i z tej pozycji wypatrywał śladów aborygena.

– Jak długo mógł iść, żeby znaleźć wodę? – zapytała w końcu Erin.

– Aż do skutku. Ale utrzymuje dobre tempo marszu. Nie zawraca, nie błądzi ani nie wspina się na wzgórza, żeby obejrzeć okolicę.

– Czy to dobrze?

– Oznacza to, że wie, dokąd idzie. Musimy tylko trzymać się jego śladów.

Cole zmrużył oczy, kiedy dostrzegł jakieś nikłe, nieregularne wgłębienia w ziemi. Kiedy podniósł głowę, wgłębienia zniknęły mu z oczu. Przysiadł na piętach i spojrzał tam, gdzie prowadziły ślady. Przed sobą zobaczył niewielką kotlinę. Za nim wyrastało strome wzgórze o płaskim szczycie, które wcale nie wydawało się bliższe, mimo że od paru godzin posuwali się naprzód.

Cole wstał. W ręku trzymał dwa kamienie. Wytarł je o koszulę i dał jeden Erin. Drugi włożył sobie do ust.

– Pomyśl, że to kawałek cytryny – poradził.

Gruczoły ślinowe Erin zareagowały błyskawicznie. Po raz pierwszy od kilku dni nie czuła w ustach suchości.

– To działa tylko za pierwszym razem – wyjaśnił Cole. Miał ochotę się uśmiechnąć, kiedy zobaczył minę Erin. – Jednak nawet jeśli nie zadziała, to kamyk w ustach pozwala zapomnieć o suchości.

– Taki figiel, co?

– Właśnie tym jest życie – odparł matowo. – Figlem, który płatamy śmierci.

Erin szła za Cole'em w coraz większym upale i wilgotności.

Chmury monsunowe nawarstwiały się i kłębiły, zapowiadając deszcz, w którego nadejście przestała już wierzyć. Ślady stały się trudno uchwytne i Cole często musiał w ich poszukiwaniu zataczać kręgi, podczas gdy Erin stała i patrzyła. Nagle świat zawirował jej w oczach, a kontury straciły ostrość. Opadła na kolana, podparła się rękami i zwiesiła głowę. Powoli wracała jej świadomość. Znów dostrzegła wokół pastelowe, zakurzone barwy spieczonej słońcem Australii Zachodniej.

Zdała sobie sprawę, że Cole nad nią stoi i osłania ją koszulą jak przenośnym baldachimem. Spróbowała wstać, ale położył jej rękę na ramieniu.

– Odpocznij. Zawroty głowy zaraz miną. Tym razem.

Tego jednak nie powiedział głośno. Spodziewał się, że Erin straci siły już dzień albo nawet dwa wcześniej: Wytrzymałość na klimat, do którego jej ciało nie było przyzwyczajone, zadziwiała go i sprawiała, że jeszcze bardziej mu zależało na ocaleniu życia dziewczyny.

– Lepiej? – zapytał w końcu łagodnym, chociaż schrypniętym głosem. Skinęła głową. – Spróbujesz wstać?

– Tak – wyszeptała.

Z pomocą Cole'a podniosła się na nogi. Poprowadził ją w cień akacji i zaczął przywiązywać do gałęzi płachtę ratowniczą.

– Nie – zaprotestowała Erin. – Musimy ruszać dalej.

– Jeszcze nie. Musisz trochę wypocząć.

Cole znów włożył koszulę i spoglądał na okolicę z ocienionego miejsca pod baldachimem. Wciąż byli na równinie, na dnie niecki, która nie miała widocznego ujścia dla wody. Jedynym wyróżniającym się punktem wśród otaczających ją wzniesień było strome wzgórze z płaskim szczytem, które uciekało przed nimi jak miraż. Nie wydawało się już takie niskie i przestało przypominać zwyczajne wzgórze. Geolog nazwałby taką formację płaskowzgórzem. Wśród rzadkiej roślinności wznosiły się zniszczone przez wiatr i wodę skały.

– Cole?

Oderwał wzrok od dziwacznie ukształtowanych kamieni i popatrzył na kobietę, której pełna determinacji chęć ocalenia życia dorównywała jego własnemu uporowi..

– Jesteś pewien, że nigdy tu nie byliśmy? – zapytała.

– Tak.

Erin osłoniła dłonią oczy i zmrużyła powieki, chcąc wyraźniej się przyjrzeć dziwacznemu, ciemnemu kształtowi, wyrastającemu pod zachmurzonym, burzowym niebem.

– Gdzie jesteśmy?

– W Kimberley – odparł łagodnie Cole.

– To wiem, ale dokładnie gdzie? W pobliżu którejś z działek Abe'a?.

Cole chwilę się zastanowił i poszukał w pamięci obrazu map, nad którymi spędził setki godzin. Spojrzał na kompas, zerknął na zegarek, obliczył coś w myślach i zwrócił się do Erin:

– Być może jesteśmy na skraju jednej z nich. Dlaczego pytasz?

Nie od razu odpowiedziała. Czuła się jak lunatyk, obudzony nagle w obcym miejscu.

– Czy kiedyś badałeś te okolice?

– Nie. To mała działka. Poszukiwacze złota przeczesali ją dokładnie czterdzieści lat temu. Znaleźli akurat tyle, że zachęciło ich to do dalszych długoletnich badań, ale w końcu się poddali. Tu jest za sucho.