– Na razie ten drań ma takiego samego pecha jak my – stwierdził ponuro.
Ślady stóp prowadziły od wyschniętego koryta strumienia do samego wzgórza i znikały na kamienistej powierzchni. Widać było, że aborygen, nie zważając na niebezpieczeństwo piorunów, postanowił wspiąć się na szczyt skalnej formacji, żeby poszukać zapadlisk albo głębokich kotłów, w których woda mogła się utrzymywać przez całą porę suchą.
Cole wiedział, że nie ma innego wyboru, jak tylko podążyć za nim. W milczeniu zrzucił plecak i rozejrzał się za najłatwiejszą do wspinaczki drogą wśród kamiennego labiryntu.
– Nie! – wychrypiała Erin. – Pioruny!
Jakby dla podkreślenia jej słów, w tej samej chwili niebo od horyzontu do horyzontu przecięła jaskrawa błyskawica, a w powietrzu rozniósł się zapach spalenizny. Grzmot przetoczył się po ziemi i niebie, wprawiając wszystko w drżenie. Błyski nieustannie rozjaśniały okolicę, aż drobne włoski na ciele Erin i Cole'a zjeżyły się, reagując na ładunki elektryczne w powietrzu.
Z minuty na minutę wszystko wokół ściemniało, jakby ktoś zerwał z nieboskłonu słońce. Cały świat zadrżał konwulsyjnie, kiedy ciężkie chmury zmieniały się w wodę. Deszcz spadł na ziemię równie gwałtownie jak błyskawica, z taką siłą jak grom, jakby gdzieś w górze pękł zbiornik oceanu i chciał zatopić i niebo, i ziemię.
Erin i Cole chwycili się w objęcia i ze śmiechem podnosili do góry głowy, żeby powitać życiodajną ulewę.
Rozdział trzydziesty czwarty
Godzinę po wschodzie słońca Erin patrzyła na płomienie ogniska, buchające pod niebem, które drżało od zamglonego światła. Kiedy ulewa ustała, nocne niebo zasnuwały czarne chmury. Tuż przed świtem zerwał się pachnący deszczem wiatr i przyniósł szum wody, wypływającej z każdej szczeliny i zagłębienia wzgórza Bridget. Niebo było zasnute gęstą powłoką napęczniałych od wilgoci chmur.
Erin, ubrana w dodatkową koszulę, którą Cole zabrał właśnie na taki wypadek, prawie zmarzła, mimo że siedziała w schronieniu zbudowanym z przezroczystych płacht plastyku. Było to uczucie tak nowe, że wydało jej się zabawne, podobnie jak apetyt na kawałek węża mulga, którego Cole upolował, kiedy pierwsza fala ulewy wypłoszyła go ze skalnej rozpadliny. Roześmiała się cicho, sięgnęła po pełną manierkę i wypiła tyle wody, na ile miała ochotę.
Cole podniósł wzrok znad rozpalanego ogniska i również się uśmiechnął.
– Lepiej się czujesz?
– Wręcz niedorzecznie wspaniale – przyznała, odkładając manierkę po kilku łykach. – Być może jutro albo pojutrze zginiemy, ale teraz tu siedzę i cieszę się, że jest mi chłodno, a na myśl o wężu na śniadanie ślinka napływa mi do ust.
Roześmiał się radośnie i żywiołowo. W jego oczach odbijały się płomienie ognia.
– To lepsze niż foka, co?
– Bez porównania. – Przeciągnęła się, lekko zadrżała i usiadła wygodniej. – Woda to wspaniała rzecz! Chociaż muszę przyznać, że przez chwilę się bałam, że utonę.
– Ja, też -przyznał wesoło Cole. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że ta masa wody, która spłynęła tą szczeliną, nie porwała nas i nie zmyła aż do Zatoki Admiralicji. – Zobaczył, że Erin dla rozgrzewki rozciera ramiona. – Usiądź przy ogniu i zjedz śniadanie. Za godzinę nie będziesz wierzyła, że miałaś na to ochotę.
– Na jedzenie?.
– Nie, na ogrzanie się przy ognisku. Dzisiaj będzie równie gorąco jak wczoraj, ale ponieważ wilgotność po deszczu jest jeszcze większa, upał da nam się dotkliwiej we znaki.
Erin potrząsnęła głową.
– Co za klimat. To cud, że aborygeni tu przetrwali.
– Wielu z nich to się nie udało – odparł Cole, podając jej kawałek spieczonego mięsa.
– Myślisz, że ten przeżył?
– Ten, który nas śledził?
Skinęła głową z ustami pełnymi jedzenia.
Cole wzruszył ramionami i ugryzł kawałek mięsa.
– Po deszczu nie znalazłem żadnych nowych śladów. Jeśli zszedł ze wzgórza, to nie na tę stronę.
Zanim skończyli śniadanie, ziemia zaczęła parować. Słońce wyciągało z niej wilgoć. Cole wstał i korzystając z jaśniejącego światła przyglądał się uważnie wzniesieniu.
– Cole?
Mruknął coś pytająco.
– Czego szukasz? Aborygena?
Wolno potrząsnął głową. Całą uwagę skupił na podnóżu wzniesienia.
Erin podniosła się i stanęła obok Cole'a. Popatrzyła w tym samym kierunku, ale nic nie zauważyła, oprócz niewielkiej kaskady spływającej po nierównej skale.
– A niech mnie! – odezwał się w końcu Blackburn.
– Co się stało?
– Widzisz tę kaskadę? – Przytaknęła. – Płynie między kępami spinifeksu i tymi karłowatymi drzewkami. Potem spada na to rumowisko u stóp wzgórza, prawda?
– Tak. – Erin pochyliła się naprzód.
– A widzisz, gdzie potem wypływa?
Erin jeszcze bardziej się pochyliła i wytężyła uwagę.
– Nie widzę – odparła w końcu.
– Ja też nie.
Cole wziął plecak i strzelbę i ruszył w kierunku kaskady. Erin poszła za nim, wyciągając nogi, żeby dotrzymać mu kroku.
Kiedy stanęli na skraju rumowiska, wcale nie znaleźli rozwiązania zagadki. Woda spadała na kamienie, wśród których wyrastał skrob, ale nie było widać, gdzie następnie wypływa.
– Co… – zaczęła Erin, ale Cole przerwał jej gwałtownym gestem.
– Słyszysz coś? – zapytał. Erin chwilę nasłuchiwała. – Słyszę szum wody.
Blackburn zrzucił plecak i podał jej strzelbę.
– Idę przyjrzeć się temu bliżej. Sprawdź, czy w pobliżu nie ma innych miejsc, gdzie woda spływa ze wzgórza, ale nie pojawia się na równinie.
Im dłużej Erin patrzyła na wzgórze Bridget, tym bardziej nie wiedziała, co o tym myśleć. Mimo nocnej gwałtownej ulewy bardzo mało wody spływało z długiego wapiennego stoku. Można to było wytłumaczyć tym, że karłowate drzewka, twardy spinifeks i popękana powierzchnia kryły większość strumyków. Ale trudno było wyjaśnić fakt, że tylko kilka ze spadających języków wody wypływało spod stóp wzniesienia za krąg wypalonej ziemi, pozostały po aborygeńskim ognisku. W niecce dostrzegła jedynie płytkie kałuże, pozostałość deszczu.
Cole zszedł z rumowiska i szybko zbliżył się do Erin.
– To miejsce jest bardzo dziwne – oznajmiła dziewczyna.
– Tak, cholernie mały odpływ wody – przytaknął zwięźle.
– Czy właśnie to miałeś na myśli mówiąc, że wapień jest jak gąbka?
Roześmiał się, ale w jego oczach płonęło podniecenie.
– Niezupełnie, kochanie. Potrzeba więcej czasu i większego ciśnienia, żeby woda wniknęła w niewielkie przestrzenie między cząsteczkami wapienia.
– W takim razie, co się dzieje z tą wodą? To nie jest małe wzgórze. Jego szczyt musi mieć przynajmniej dziesięć kilometrów kwadratowych powierzchni.
– Raczej około dwudziestu pięciu. A wczoraj w nocy spadło około trzech, a może nawet pięciu centymetrów deszczu.
– Czy to wszystko spłynęło ze szczytu w ciągu nocy?
– Gdyby tak było, brodzilibyśmy po pas w wodzie. Założę się, że tylko niewielki ułamek wody, która spada na wzgórze Bridget, widzi kiedykolwiek światło dzienne. Większość wpada w rozpadliny, znika w wypłukanych kanałach i w końcu dociera do wód gruntowych.
– Czy właśnie coś takiego dzieje się z tą kaskadą?