Выбрать главу

Skinął głową.

– Każda kropla wody, która spada na szczyt wzniesienia, dąży ku dołowi. Jestem przekonany, że ten wapień jest poprzecinany mnóstwem wypłukanych kanałów.

– Jaskinie? – zapytała Erin cienkim z przejęcia głosem.

– „Twój spadek to istny skarbiec zamknięty przez skalną pieczęć”. – Zęby Cole'a zalśniły jaskrawą bielą na tle czarnego zarostu. – Idziemy, kochanie. Zobaczmy, jak można się dostać pod tę pieczęć.

Pierwszy rumieniec podniecenia na policzkach Erin zbladł, kiedy Cole bezskutecznie przeszukiwał podstawę wzgórza Bridget. Szukał otworu, który mógłby prowadzić do jaskini. Znalazł pęknięcia w skalnej ścianie, w których znikała woda. Były też szczeliny, gdzie wpływało więcej wody, niż wypływało. Jednak nie dostrzegł otworu na tyle dużego, żeby wsunąć weń dłoń, nie mówiąc już o przejściu na drugą stronę.

Znowu zaczęło padać. Krople były rzadkie, powolne i ciepłe. Czuli się jak uwięzieni pod nie dokręconym prysznicem.

Po dwóch godzinach Erin zdjęła kapelusz z miękkim rondem, wytarła nim twarz i usiadła na spadającym pod ostrym kątem w dół, kamienistym gruncie, pod obojętnym cieniem drzewa. Temperatura dochodziła do czterdziestu stopni. Pomiędzy opadami wilgotność powietrza sięgała maksimum.

– Przynajmniej mamy tyle zapasów wody, że możemy uzupełnić wszystko, co wypocimy – powiedział Cole.

– Wcale nie narzekam.

Uśmiechnął się i pogładził ją po policzku.

– Wiem. Na nic nie narzekałaś.

– Z wyjątkiem tej goanny.

– Powiedziałaś, że jest lepsza niż focze mięso.

– Wszystko jest lepsze niż focze mięso, nawet głód – odparła. – No, może nie do końca. – Westchnęła i przeciągając się podniosła wysoko ramiona. – Cud! – zawołała ze zdziwieniem.

– Co takiego?

– Chłodny powiew.

– Chyba w końcu dopadła cię tropikalna choroba – stwierdził, ocierając pot z twarzy. – Stąd aż po Snowy River nie uświadczysz chłodnego wiatru.

– Ależ tak! – Wzięła jego dłoń i uniosła do góry. – Tutaj.

Kiedy tylko Cole poczuł strumień chłodnego powietrza, większa dawka adrenaliny zaczęła krążyć w jego żyłach. Minął Erin, przedarł się przez ostry spinifeks i karłowate drzewka, i stanął jak wryty. Ukryte wśród rumowiska i roślinności, otwierało się w wapiennej ścianie czarne wąskie przejście.

– Cole? Czy znalazłeś to, czego szukaliśmy? – Erin spojrzała w napięciu na skalne zbocze. – To chyba za małe. Czy Abe to był duży mężczyzna?

– Mniejszy ode mnie.

– Prawie każdy jest mniejszy od ciebie – odparła sucho.

Sprawnym ruchem Cole zdjął z ramienia strzelbę i odłożył na bok. Plecak z głuchym jękiem opadł na ziemię.

– Wchodzę do środka. Zaczekaj tutaj.

– Nie ma mowy.

– Jaskinie są niebezpieczne – oznajmił surowo.

– Większość interesujących rzeczy w życiu jest niebezpieczna.

Spojrzał na nią z ukosa, a potem uśmiechnął się krzywo.

– Przynajmniej daj mi sprawdzić, czy przy wejściu nie ma żadnych pułapek, naturalnych albo zrobionych przez człowieka.

– Dobry, stary Abe, król kłamstwa – wymamrotała Erin.

– Właśnie. Chociaż nie mamy gwarancji, że to jaskinia Abe'a. Jak mówiłem, całe wzgórze może być podziurawione jaskiniami.

– Ale ta szczelina trochę przypomina żeńską „mapę Tasmanii” – stwierdziła Erin ze śmiertelnie poważną miną.

Po chwili zaskoczenia Cole parsknął śmiechem, niespodziewanie chwycił Erin i mocno ją pocałował.

– To na szczęście – powiedział i wypuścił ją równie nagle. Zanim Erin zdążyła go upomnieć, żeby uważał, zniknął bez śladu, jak spływająca ze stoku woda.

Otwór nie był tak wąski, jak się wydawało, ponieważ biegł trochę krzywo. W ciągu kilku sekund Cole z tropikalnego słońca wszedł w nieprzeniknione ciemności. Zatrzymał się, zapalił zapałkę i osłonił płomień dłonią. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzał w drżącym świetle, był stos grubych kremowych świec. Dalej leżał rząd górniczych kasków z lampkami i paliwo.

Zobaczył też zardzewiałe blaszane pudełko po cukierkach. Podniósł je dygoczącymi z emocji rękami. W pudełku coś zagrzechotało. Kiedy na nie patrzył, paląca się zapałka zaczęła parzyć jego skórę. Zgasił ją z przekleństwem i sięgnął po następną.

– Cole? – zawołała Erin. – Nic ci się nie stało?

Wydał długie, urywane westchnienie. Uświadomił sobie, że przez chwilę nie oddychał.

– Nic mi nie jest. Możesz przynieść plecak i strzelbę do wejścia?

Erin chwyciła broń i plecak. Jego ciężar ją zaskoczył. Na myśl, że Cole dźwigał go w morderczym upale, podczas gdy ona szła bez żadnego obciążenia, zrobiło jej się przykro. Wspięła się po kamieniach i zajrzała do pęknięcia w skalnym zboczu.

Cole zapalał świecę od płomienia poprzedniej. Lekko drżącą z przejęcia ręką podał jej jedną z nich.

Z początku Erin nic nie widziała, oprócz samego korytarza, chłodnego mroku, w którym ginęło światło i powracało z niespodziewanych miejsc, gdzie kamień odbijał blask. Z oddali dobiegał głośny szum spadającej wody. Bliżej dawało się słyszeć kapanie i delikatny szmer cienkich strużek, jak drżące westchnienie rozchodzące się po wiecznym mroku jaskini.

Wapień ożywał pod wpływem wody.

– Co to jest? – zapytała Erin, dostrzegłszy blaszane pudełko.

– Coś, co zostawił Abe.

– Puste?

– Nie.

– Są tam diamenty? – zapytała podniecona.

Cole podważył wieczko.

– Nie. Ale jest tu coś, co w jaskini jest cenniejsze od diamentów. Zapałki.

Na garści drewnianych zapałek i wodoszczelnych pojemniczkach, zawierających kolejne zapałki, leżała złożona kartka. Erin ostrożnie wzięła papier i rozłożyła. W migocącym płomieniu świecy zobaczyła wyblakłe, eleganckie linie pisma Abe'a.

„Wnuczko,

Jeśli dotarłaś tak daleko, jest w tobie więcej mojej krwi niż krwi Bridget. Ona nienawidziła Kimberley. Twierdziła, że to miejsce dobre tylko dla skazańców i tubylców. Ale to mnie kochała, a nie mojego brata. Moje dziecko urodziła. Królowa Kłamstwa. Przeklinam ją.

Napij się, dziecię, moich marzeń. Zobacz, gdzie płynie czarny łabędź. Dotknij skarbu Pana Boga, Tam, gdzie pod zimną skałą się chowa.

Żegnaj, wnuczko zdradzonej miłości, krwi z mojej krwi, kości z mojej kości. Nie zostawaj tu zbyt długo. Zachłyśniesz się czernią i utoniesz”.

– Wygląda na to, że miałeś rację – odezwała się Erin. – Bridget nosiła w sobie dziecko Abe'a, kiedy wyszła za mąż za mojego dziadka..

– „Królowa Kłamstwa” – mruknął Cole. Schylił się i w ciemnościach zaczął szperać w plecaku. Wyjął z niego wszystko, oprócz małej latarki.

– „Przeklinam ją” – powiedziała cicho Erin. Złożyła papier i schowała z powrotem do pudełka. – Chyba nie umiał przebaczać.

– A ty byś umiała?

– Czasami mi się to udaje – odparła wzruszając ramionami.

Wzięła wodoszczelne pudełko zapałek, sprawdziła jego zawartość i włożyła je do kieszeni szortów.

– Czy to znaczy, że przebaczyłaś Hansowi? – zapytał Cole.

Wziął strzelbę i oparł ją o skałę w pobliżu wejścia.

– To znaczy, że sama sobie przebaczyłam głupotę i łatwowierność. – Zamknęła pudełko i postawiła na ziemi. – Nie sądzę, żeby Abe dotarł do tego punktu. Wolał wypić morze piwa niż stanąć twarzą w twarz z samym sobą.

Jasne oczy Cole'a zalśniły w świetle świecy, kiedy zwrócił się do niej.