– A ja? Już mi wybaczyłaś, że nie zacisnąłem ręki na szyi Lai i nie skręciłem jej karku?
– Pytasz niewłaściwą osobę. – Wzięła kilka świec i włożyła do drugiej kieszeni.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Zapytaj samego siebie, a nie mnie.
Przez kilka chwilę w jaskini było słychać tylko szum wody cieknącej w szczelinach nieczułego kamienia.
Potem Cole włożył plecak i odwrócił się; chrzęst jego kroków na kamieniach wymieszał się z odległym szemraniem wody. Obejrzał znajome karbidowe lampki na kaskach i spróbował jedną zapalić. Ku jego zdziwieniu, działała. Czysty płomień palił się równo, a okrągłe lusterko zwielokrotniało jego jasność. Cole przykrył płomień stożkowatym szklanym kloszem.
Zdmuchnął świeczkę i chciał zapalić kolejną lampkę, ale nie działała. Trzeciej też nie udało mu się uruchomić. Dopiero czwarta okazała się dobra. Zdjął kapelusz, włożył kask, a drugi, również z palącą się lampką, podał Erin. Dziewczyna szybko nauczyła się nie patrzeć prosto w światło nad czołem Cole'a.
– Zdejmij kapelusz – polecił.
Kask był za duży. Cole dopasował paki i sprzączki i jeszcze raz włożył go Erin na głowę. Tym razem trzymał się dobrze.
– Idź przynajmniej trzy metry za mną – powiedział. – Nie ma sensu, żebyśmy oboje wpadli w tę samą dziurę.
Erin zmrużyła oczy. Chciała zgasić świecę, ale zawahała się.
– Chcesz mnie przestraszyć, żebym tu została, prawda?
– Nie. Po prostu mówię ci prawdę. Może będziemy szli po skale grubej jak całe to wzgórze, a może cienkiej jak jesienny lód na rzece – odparł bez ogródek. – Można się o tym przekonać, dopiero kiedy się na niej stanie. Albo się załamie, albo nie.
Nerwowo spojrzała na ziemię pod stopami. Była nie równa i wydawała się solidna.
– Może powinniśmy wstrzymać się z badaniami do czasu, kiedy wrócimy tu z linami i sprzętem?
– Zaczekaj na mnie przy wejściu. Tam nic nie grozi. – To była jedyna odpowiedź Cole'a.
– Nie.
– W takim razie idź za mną ślad w ślad. Jeśli podłoże nie zarwie się pode mną, utrzyma również ciebie.
Erin zdmuchnęła świecę i ruszyła za Cole'em, trzymając się trzy metry z tyłu. Korytarz szybko się obniżał i musieli teraz iść pochyleni. Żeby zapomnieć o ciemnościach i olbrzymiej masie wapienia, która odgradzała ją od słońca, Erin myślała o Szalonym Abe Windsorze.
– Ile lat miał Abe? – zapytała dysząc ciężko, zmęczona marszem w nienaturalnej pozycji.
– Tyle, ile powinien mieć dziadek. Dlaczego pytasz?
– Może surowa wątroba krokodyla ma jakieś zalety, o których nie wiem.
Roześmiał się i nagle zaklął, kiedy sklepienie opuściło się jeszcze niżej. Musiał teraz iść na czworaka. Woda spływała po wszystkich powierzchniach, a rozmiękły kamień był śliski. Ciemne poziome linie biegły wzdłuż obu gładkich ścian. W miarę jak korytarz schodził coraz niżej, ich wysokość się zwiększała.
– Coś z tą jaskinią jest nie tak – odezwała się Erin po chwili. – Jest mała, wąska i wilgotna. Jaskinie powinny być wielkie i wspaniałe.
– Takie są tylko te najsłynniejsze. Większość to wąskie, błotniste korytarze, w których nie ma żadnych ciekawostek.
– Dlaczego?
Cole zaklął, gdy ostry kamień zranił go w kolano.
– Warunki nie są odpowiednie – wymamrotał.
– Dlaczego?
– Bo ja tak mówię, i koniec – odparował.
Erin zrozumiała aluzję i o nic już nie pytała. Pełznąc wolno, odwracała głowę i oświetlała wąskie przejście. Rozsądnie tłumaczyła sobie, że jej strach nie ma sensu. Wzgórze Bridget z pewnością się nie zapadnie i nie zmiażdży jej. Po prawej mignęło jej kilka czarnych wejść do bocznych korytarzy. Odwróciła głowę, ale światło nie docierało do ich mrocznego wnętrza. Otwory były wystarczająco duże i mógł się w nich zmieścić człowiek. Gdzieś z ich czeluści wydobywał się szum spadającej wody.
Erin drżąc sunęła naprzód. Woda skapywała ze ścian i zbierała się w kręte strumyczki, popychana siłą ciążenia wpływała z wapiennej szczeliny. Była chłodna i tajemnicza, zalewała ciemne zagłębienia i niknęła w wąskich kanałach wzdłuż ścian tunelu. Ciemne linie na ścianach zniknęły. Na nierównej powierzchni zbierały się małe, płytkie kałuże. Faliste podłoże wyglądało jak wymyte przez wartki strumień wody.
Korytarz schodził niżej pod coraz ostrzejszym kątem. Erin przypomniała sobie o bocznych odnogach, które wyławiało światło jej latarki.
– Skąd wiemy, że to właściwy korytarz? – zapytała.
– Tu są strzałki.
Tunel szedł jeszcze stromiej w dół. Wapienny występ uderzył Erin w kolano, aż poczuła ostry ból w całej nodze.
– Ile już przeszliśmy?
– Najwyżej sto pięćdziesiąt metrów.
Zaklęła pod nosem.
– To wcale nie to, kochanie. To jaskiniowy szlam. Bardzo długo musi się zbierać. Prawdę mówiąc… Nie ruszaj się!
Erin zamarła.
– Co się stało?
– Dziura w podłożu – oznajmił krótko.
Wolno wysunął głowę, obwodząc światłem nieregularny kolisty cień, który pojawił się na ziemi kilka metrów przednim. Cienkie strużki wody spadały migocząc i wijąc się z niewidocznego wylotu na sklepieniu i znikały w ziejącej poniżej dziurze. Cole położył się na brzuchu i ostrożnie posuwał się po śliskiej, nierównej powierzchni, żeby zajrzeć w dół pionowego tunelu.
Tańczące strumyki wody znikały w czerni. Sześć metrów niżej rozkołysana powierzchnia wody odbijała światło w chaotycznych błyskach. Cole zobaczył też coś, co wyglądało jak splątany łańcuch i wyraźniej niż woda odbijało światło. Stwierdził, że to ciężka, aluminiowa drabinka. Spuścił jeden jej koniec w otwór. Woda spływała i rozpryskiwała się o metalowe drążki. Górny koniec był przytwierdzony do ściany trzydzieści centymetrów poniżej krawędzi otworu.
Cole długo oglądał w świetle górniczej latami wielkie sworznie, które utrzymywały drabinkę w tunelu. Były trochę zużyte, ale nie za bardzo.
– Czy zejście jest bezpieczne? – zawołała Erin.
– Właśnie się nad tym zastanawiam.
Kiedy już straciła nadzieję, że Cole coś powie, odezwał się.
– Abe był dobrym górnikiem. Stemple we wszystkich jego kopalniach wciąż się mocno trzymają.
– No i co?
– Prawdopodobnie wystarczająco solidnie przymocował drabinkę; żeby wytrzymała mój ciężar, nie tylko jego. Poza tym, na tych sworzniach można by zawiesić Most Brooklyński.
– Tam jest drabina?
– Szczególnego rodzaju.
Cole stęknął, dźwignął się z ziemi i opuścił nogi w głąb szybu, podpierając się tylko ramionami. Z pozycji Erin wyglądało to tak, jakby był po szeroką pierś uwięziony w skale.
– Odwróć głowę. Świecisz mi prosto w oczy.
– Przepraszam. – Erin pośpiesznie się schyliła.
Cole odnalazł prawą stopą aluminiowy szczebel. Wolno przenosił ciężar ciała z ramion na nogę, nie zwracając uwagi na wodę, która ciekła mu po twarzy i ramionach. Nagle stopa się ześlizgnęła i musiał z całej siły zaprzeć się ramionami.
– Cole!
– Nic się nie stało. Szczeble są mokre.
Tym razem głębiej wsunął stopę, aż czubkiem buta dotykał skały. Metal wytrzymał jego napór nie uginając się. Sworznie ani drgnęły. Cole świadomie zmieniał nacisk na drabinkę, unosząc się w górę i opadając sprawdzał wytrzymałość zaczepu. Nic się nie poruszało.
– Ten stary drań nie był taki całkiem stuknięty – wymamrotał Cole. Spojrzał na Erin. W świetle latarki spadająca na niego woda migotała i błyszczała. – Wolałbym, żebyś nie musiała tego znosić, kochanie.
– W życiu każdego człowieka zdarzają się deszczowe dni.